niedziela, 24 maja 2026

Trzeci raz z Dawidem Kwiatkowskim, czyli jak asystencja osobista otwiera drzwi do muzycznych marzeń



To było absolutne szaleństwo, a emocje trzymają mnie do teraz! W niedzielę 24 maja zameldowałam się na koncercie Dawida Kwiatkowskiego. Żeby była jasność: to był już mój TRZECI koncert Dawida, więc status psychofanki oficjalnie stał się faktem! Ten wyjazd był jednak pod wieloma względami absolutnie wyjątkowy.
 Walka o dostępność, czyli barierki kontra rzeczywistość:
Na koncert mogłam wybrać się dzięki niezastąpionemu wsparciu mojej asystentki osobistej. Ten wieczór pokazał, jak bardzo taka pomoc jest potrzebna, ale też z jakimi wyzwaniami wciąż musimy się mierzyć.
Organizatorzy niestety nie byli przygotowani na to, że osoba z niepełnosprawnością będzie chciała bawić się blisko sceny. Nie stałyśmy więc tam, gdzie bywa standardowo, czyli w bezpiecznej (i często zbyt dużej) odległości przed barierkami. Stałam tuż za barierkami – trochę dalej od samego centrum wydarzeń, ale na szczęście widoczność była dobra!
Emocje związane z tym, żeby w ogóle znaleźć się w tym miejscu i cokolwiek widzieć, są po prostu nie do opisania. W tym miejscu chcę publicznie podziękować: Paulina, dziękuję za to, że tak o mnie walczyłaś!
 Pokazałaś, że asystencja to nie tylko pomoc w codziennych czynnościach. To przede wszystkim wolność, niezależność i walka o to, by móc robić dokładnie to, co się kocha.
 Koncert pełen ciar i małe rozczarowanie
Sam koncert był po prostu rewelacyjny – wielokrotnie miałam autentyczne ciary na ciele! Energia Dawida i publiki była niesamowita. Niestety, nie obyło się bez łyżki dziegciu. Bardzo zależało mi na pamiątkowym zdjęciu, ale według zapewnień organizatorów, Dawid miał tym razem nie wychodzić do fanów. Z pewnych źródeł wiem jednak, że później takie zdjęcia były robione... To przykre i zostawia lekki niesmak, ale staram się o tym nie myśleć, bo i tak jestem ogromnie szczęśliwa, że mogłam tam być i przeżywać to wszystko na żywo.
Dobra wiadomość dla Was: nie dacie rady uciec przed moją relacją! Za kilka dni postaram się zmontować dla Was rolkę z najfajniejszymi momentami, więc wypatrujcie nowości! Do zobaczenia na fanpage  , gdyż to tam się pojawi.
 Droga do samodzielności – możesz mi pomóc
Dzięki asystencji mogę przełamywać bariery, wychodzić do ludzi i żyć aktywnie . Aby ta pomoc była jednak stała, bezpieczna i dostępna każdego dnia, wciąż potrzebuję wsparcia. Jeśli masz ochotę dołożyć swoją cegiełkę do mojej niezależności i pomóc mi w codziennym funkcjonowaniu, zapraszam Cię na moją zbiórkę:
https://pomagam.pl/monikamosor
Każda pomoc, udostępnienie czy dobre słowo są dla mnie na wagę złota!
 Profesjonalny trening wokalny zaliczony!
Na koniec dodam, że ten koncert to oficjalne i bardzo huczne rozpoczęcie mojego osobistego sezonu festiwalowego. Potraktowałam tę niedzielę jako profesjonalny trening dla moich strun głosowych. Dlaczego? Ponieważ już we wrześniu czeka mnie totalne szaleństwo i zdzieranie gardła na koncertach LemONa oraz Ewy Farnej! Jesień zapowiada się ogarnięta muzycznie na 100%, więc rozgrzewkę mam już oficjalnie zaliczoną. Gardło zdarte, Paulina spisała się na medal, a wspomnienia zostaną ze mną na zawsze.
A jak u Was? Kto z Was też bawił się w weekend na jakimś koncercie? Dajcie znać w komentarzach!

Moja recenzja: „Ktoś, kogo znałam” – emocjonalny rollercoaster, który skradł moje serce.



Przyznam się Wam bez bicia: byłaam nastawiona do tej książki niesamowicie sceptycznie. Krótki opis z okładki kompletnie mnie nie kupił, a wewnętrzny głos złośliwie szeptał, że oto znowu porwałam się na kolejny, przewidywalny i tani romansisz, jakich pełno na rynku. Boże, jak dobrze było się pomylić! Moje uprzedzenia prysły jak bańka mydlana już po kilku pierwszych rozdziałach, a to, co zastałam w środku, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zostałam dosłownie rzucona na kolana i absolutnie, mile zaskoczona. Ta książka udowodniła mi, że pod pozorem prostej opowieści o młodzieży potrafi kryć się niesamowita głębia.
Trójka przyjaciół, sekrety i rozdzierające dylematy
Fabuła kręci się wokół Leah, Theo i George’a. Są w podobnym wieku, chodzą do tej samej szkoły i na pierwszy rzut oka tworzą zgraną paczkę, którą łączy silna, niemal namacalna nić przyjaźni. Jednak ich światy wcale nie są takie same.
Rodzice Leah to ludzie o ogromnych sercach – prowadzą dom zastępczy dla młodzieży z trudnych, często poturbowanych przez los środowisk. To właśnie tam trafia George, chłopak z bagażem doświadczeń, który natychmiast przykuwa uwagę dziewczyny. Między tą dwójką zaczyna rodzić się coś głębszego, czystego, ale i niesamowicie skomplikowanego. Z drugiej strony jest Theo – syn majętnego, ekscentrycznego sąsiada z naprzeciwka, który również nie potrafi oderwać wzroku od Leah.
Serce nastolatki staje przed rozdzierającym dylematem:
• W którą stronę skieruje swoje uczucia? * Jakiego dokona wyboru i – co najważniejsze – czym będzie się w nim kierowała? Gdy wydaje się, że młodzieńcze emocje i miłosne rozterki sięgają zenitu, życie postanawia brutalnie zweryfikować ich plany. Jeden tragiczny, nieoczekiwany wypadek samochodowy burzy dotychczasowy porządek i stawia wszystko na jedną kartę. Jaki będzie finał tej tragedii? Czy los okaże się dla tych młodych ludzi bezwzględny i surowy? Tego Wam nie zdradzę, ale przygotujcie się na potężne wzruszenia.
Miłość, która rośnie i dojrzewa wraz z bohaterami
„Ktoś, kogo znałam” to przede wszystkim niesamowita, chwytająca za gardło historia o miłości szczerej, otwartej i do bólu prawdziwej. To, co zachwyciło mnie najbardziej, to sposób, w jaki autorka poprowadziła ten wątek. Na początku obserwujemy uczucie nastoletnie – momentami uroczo naiwne, pełne motyli w brzuchu i pierwszych, nieśmiałych uniesień. Jednak wraz z upływem lat obraz tej miłości drastycznie się zmienia. Staje się ona dojrzała, wymagająca, gotowa do poświęceń.
Bohaterowie nie są papierowi – oni desperacko pragną kochać i być kochanymi. Szukają swojego bezpiecznego portu i własnego miejsca na ziemi, chcąc zbudować szczęśliwą przyszłość na zgliszczach swoich dotychczasowych, bolesnych doświadczeń.
Poruszający obraz miłości bezwarunkowej
Drugim, niezwykle ważnym filarem tej powieści jest wątek rodzin zastępczych. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak realistycznie i czule został on przedstawiony. Jesteśmy świadkami codzienności trudnej młodzieży – dzieciaków z rozbitych, dysfunkcyjnych i często patologicznych domów. Widzimy ich bunt, strach, ale i niesamowitą przemianę. Z każdym dniem spędzonym pod dachem rodziców Leah ci młodzi ludzie rozkwitają i dojrzewają.
Dlaczego? Ponieważ znajdują miejsce, gdzie zamiast krzyku dostają ciepło, a zamiast odrzucenia – bezwarunkową miłość. Rodzice zastępczy traktują ich na równi ze swoimi rodzonymi dziećmi. To obraz tak wzruszający i napawający optymizmem, że podczas lektury wielokrotnie miałam łzy w oczach. Należy się im gigantyczny szacunek za stworzenie atmosfery pokoju, bezpieczeństwa i nadziei. To tam nastolatkowie dostają najwspanialszą lekcję odpowiedzialnego życia i bilet do odważnego startu w dorosłość, by w przyszłości sami potrafili stworzyć pełne, kochające rodziny.
Moje serce zostało stopione...
Mnie ta opowieść całkowicie rozbroiła. Zmiękczyła moje serce, poruszyła najczulsze struny i sprawiła, że podczas czytania czułam się, jakbym na kilka godzin uciekła do innego, niemal bajkowego świata, pełnego empatii i serdeczności. Nie spodziewałam się, że ta książka wywoła we mnie aż taki rollercoaster emocjonalny! Ta autentyczność uderzyła we mnie z całkowicie niespodziewaną siłą.
Gorąco polecam! To absolutna uczta uczuciowa dla wybrednych czytelników, którzy w literaturze szukają gorących przeżyć i czegoś więcej niż pustych słów. Mądra, głęboka, skłaniająca do głębokiej refleksji. Po prostu znakomita!
[Ważna wiadomość od autorki – Wasze wsparcie ma moc!]
Pisanie tych recenzji, dzielenie się z Wami moimi emocjami, przemyśleniami i wspólna ucieczka w świat literatury to coś, co daje mi ogromną siłę do życia. Chcę to robić dalej – pragnę pisać dla Was kolejne recenzje książkowe, dzielić się kolejnymi historiami i nie tylko!
Muszę jednak postawić sprawę otwarcie: Wasze wsparcie jest dla mnie całkowicie konieczne, abym mogła dalej tworzyć. By móc codziennie stawiać czoła barierom, rehabilitować się i walczyć o sprawność, potrzebuję Waszej pomocy. To od Waszego wsparcia zależy moje codzienne funkcjonowanie, zdrowie i siła do tego, by zasiadać do klawiatury i pisać kolejne teksty.
Obecnie moim największym celem i potrzebą jest wyjazd na turnus rehabilitacyjny, który pomoże mi utrzymać sprawność i da siłę do dalszego działania. Możecie wesprzeć mnie bezpośrednio poprzez:
https://pomagam.pl/monikamosor
Dla Was to tylko chwila, kliknięcie lub darmowy gest przy rozliczeniu podatku, który nic nie kosztuje, a dla mnie to szansa na lepsze jutro i możliwość rozwijania pasji, którą się z Wami dzielę.
Jak jeszcze możecie mi pomóc odmienić mój los?
• Tradycyjny przelew (darowizna):
◦ Numer konta: 85 1160 2202 0000 0001 9214 1142
◦ Tytuł przelewu: 232 Monika Mosór
• Szybki przelew BLIK:
◦ Numer telefonu: 692 093 760
◦ Tytuł: 232 Monika Mosór
(Wszystkie wpłaty i odpisy realizowane są za pośrednictwem Fundacji Serca dla Maluszka – Organizacji Pożytku Publicznego).
Każdy gest, każda wpłata, a także każde udostępnienie tej recenzji dalej to dla mnie ogromna pomoc i motywacja do dalszej pracy. Dziękuję z całego serca, że jesteście ze mną i wspieracie moją twórczość!
#KtośKogoZnałam #RecenzjaKsiążki #KsiążkoweRecenzje #CzytamBoLubię #KsiążkaNaDziś #Wspieram #Pomagam #Zbiórka #TurnusRehabilitacyjny #PomocDlaMoniki #PasjaIPomoc #WartoPomagać #CzytanieNieBoli #BlogKsiążkowy #ZostawSerduszko


czwartek, 21 maja 2026

Zielony reset po godzinach. Jak jedno popołudnie z leśnymi uszami naładowało moje baterie



Znacie ten moment, kiedy wybija upragniona godzina końca pracy, zamykacie laptopa lub odkładacie codzienne obowiązki, a w głowie wciąż huczy natłok myśli? Maile, tabelki, telefony, lista zadań na kolejny dzień – czasem odcięcie się od tego domowego czy biurowego kołowrotka graniczy z cudem. Dzisiaj poczułam, że tradycyjna kanapa i serial nie wystarczą. Moja głowa potrzebowała natychmiastowego, totalnego resetu.
Zamiast więc ulec zmęczeniu, podjęłam spontaniczną decyzję: spakowałam plecak, zgarnęłam solidny zapas chrupiących marchewek i ruszyłam przed siebie. Cel? Natura. I wiecie co? To była najlepsza decyzja tego tygodnia!
Ścieżka, która leczy ze stresu
Nasza popołudniowa wyprawa zaczęła się od wejścia na leśną drogę, która od pierwszych metrów urzekała spokojem. Spójrzcie tylko na to zdjęcie – prosta, piaszczysta ścieżka niknąca gdzieś wśród wysokich, smukłych drzew.
Wystarczyło kilkanaście minut w tym otoczeniu, by cały stres nagromadzony przez cały dzień zaczął po prostu parować. Zapach rozgrzanego słońcem igliwia, delikatny szum wiatru w koronach sosen i śpiew ptaków – to niesamowite, jak szybko natura potrafi wyciszyć ludzki organizm. Taki spacer działa lepiej niż najmocniejsze espresso i najdroższe zabiegi SPA. Tutaj oddycha się zupełnie inaczej, pełną piersią.
Oko w oko z leśnymi terapeutami
Prawdziwa magia zaczęła się jednak chwilę później, gdy dotarliśmy do miejsca, w którym czekali na nas wyjątkowi mieszkańcy tego lasu. Zwierzęta, które o deadline'ach, targetach i codziennym pośpiechu na szczęście nie mają bladego pojęcia.
Kiedy stajesz oko w oko z tak dostojnymi stworzeniami, świat na moment się zatrzymuje. Te wielkie, czujne uszy, niesamowicie mądre spojrzenia i ujmująca ciekawość sprawiły, że od razu zapomniałam o całym bożym świecie. Przyglądanie się im z tak bliska, obserwowanie ich dystyngowanych ruchów i pięknych poroży pokrytych delikatnym scypułem było wręcz hipnotyzujące.
Awans na Starszego Specjalistę ds. Karmienia 
Oczywiście nie przyjechałam z pustymi rękami! Moje marchewki szybko okazały się najlepszą walutą przetargową i otworzyły mi drzwi do wielkiej przyjaźni z tutejszym stadem. Karmienie tych olbrzymów prosto z ręki to doświadczenie, którego nie da się zapomnieć.
Jeden z rogaczy okazał się wyjątkowo odważny – podszedł tak blisko, że mogłam niemal policzyć mu rzęsy! Zwierzaki brały przysmaki z niesamowitą delikatnością, a głośne, chrupiące mlaskanie niosło się po całej okolicy. W tamtej chwili, trzymając w dłoni marchewkę i patrząc w te wielkie, ciemne oczy, poczułam czystą, dziecięcą radość. Zwierzęta to naprawdę najlepsi terapeuci na świecie. Nie zadają zbędnych pytań, nie oceniają – po prostu są tu i teraz, dzieląc się z nami swoim wewnętrznym spokojem.
Każdy krok to moja mała walka
Wróciłam do domu zmęczona fizycznie, ale z niesamowitą lekkością w głowie i uśmiechem, który chyba długo nie zejdzie mi z twarzy. Takie popołudnia, pełne słońca i bliskości natury, dają mi gigantyczną, wręcz bezcenną siłę do mojej codziennej rzeczywistości. To właśnie dla takich chwil – dla możliwości samodzielnego podróżowania, odkrywania pięknych miejsc i przeżywania takich przygód – każdego dnia wkładam ogromny wysiłek w swoją rehabilitację. Walka o sprawność to proces, który wymaga czasu, cierpliwości i funduszy, ale uśmiech ze zdjęć powyżej jest dowodem na to, że warto walczyć o każdy krok do przodu.
Jeśli chcielibyście stać się częścią mojej drogi, wesprzeć mnie w tej codziennej rehabilitacji i pomóc mi w walce o kolejne tak piękne dni, będę ogromnie wdzięczna za każdą pomoc. 
 Wskazówka: Wszystkie szczegółowe informacje o tym, jak możecie mnie wesprzeć (zarówno jednorazowo, jak i długofalowo), znajdziecie również na stałe na moim blogu w specjalnej zakładce [JAK POMÓC].
Każda wpłata, dobre słowo czy chociażby udostępnienie tego wpisu dalej to dla mnie realne wsparcie, za które z góry z całego serca dziękuję!
A jak u Was mija dzisiejszy dzień? Czy po pracy udaje Wam się znaleźć chwilę na urwanie się do lasu, czy raczej wybieracie regenerację w domowym zaciszu? Dajcie znać w komentarzach, chętnie poczytam o Waszych sposobach na idealny reset! Pamiętajcie, by łapać chwile i czasem po prostu... pójść pokarmić jelonki. Do zobaczenia w kolejnym wpisie!

#blogowanie #resetpopracy #popracy #popołudnie #leśnyreset #bliskośćznaturą #natura #wlesie #jelonki #karmieniezwierząt #zwierzęta #kochamnature #chwiledlasiebie #polskanatura #spacerwlesie #pozytywnaenergia #pomagamy #wsparcie #zbiórka #pomagam #siławalki #rehabilitacja #motywacja #mojadroga #walczymy #dobrowraca #razemmożemywięcej #historietwórzmysami


środa, 20 maja 2026

Moja biblioteczna supermoc, czyli jak ułatwić sobie życie z klasą


Moja biblioteczna supermoc, czyli jak ułatwić sobie życie z klasą
Znacie ten moment, kiedy idziecie do biblioteki po tylko jedną, lekką historię na wieczór, a wychodzicie z naręczem tomów tak wielkim, że ledwo widzicie drogę przed sobą? No cóż, wystarczy spojrzeć na zdjęcie. To ja w swoim naturalnym środowisku. Oficjalnie deklaruję, że jestem nieuleczalną książkoholiczką i absolutnie nie zamierzam się z tego leczyć, bo te papierowe światy przynoszą mi zbyt wiele radości.
Moje serce bije najmocniej dla dobrych obyczajówek i poruszających romansów. Uwielbiam te wszystkie życiowe zakręty, skomplikowane relacje i wielkie uczucia, które potrafią wycisnąć łzy z oczu. Jednak logistyka moich wypraw po kolejne porcje wzruszeń bywa czasem małym wyzwaniem. Nie wszędzie wjadę wózkiem, a najwyższe półki w bibliotecznych regałach są dla mnie poza jakimkolwiek zasięgiem. I tutaj wkraczają one – moje wspaniałe biblioteczne Anioły Stróże.
Perełki z najwyższej półki – i to dosłownie
Kiedy tylko przekraczam próg biblioteki, nie muszę się martwić, czy wcisnę się między ciasne regały, ani kombinować, jak dosięgnąć książki usytuowanej pod samym sufitem. Panie bibliotekarki już z daleka witają mnie z ogromną serdecznością i od razu ruszają do akcji, aby ułatwić mi całe zadanie.
To nie jest zwykłe podawanie książek z półki. Te niezwykłe kobiety doskonale znają mój gust i pamiętają, co lubię najbardziej. Zawsze z wielkim zaangażowaniem pomagają mi wyszperać prawdziwe literackie perełki. Przynoszą mi najświeższe nowości obyczajowe, podsuwają romanse, przy których z pewnością zarwę noc, i cierpliwie znoszą moje dopytywania o kolejne piękne i poruszające historie.
Ludzie tworzą miejsca
Dzięki ich empatii i zaangażowaniu każda wizyta w bibliotece to nie tylko rutynowe załatwianie sprawunków, ale przede wszystkim czysta przyjemność oraz inspirująca rozmowa o książkach, które chwytają za serce. To niesamowite, jak odpowiednie osoby potrafią sprawić, że bariery architektoniczne po prostu przestają mieć znaczenie, a człowiek czuje się w pełni bezpiecznie i u siebie.
Efekt jest taki, że moja domowa kupka książek do przeczytania właśnie urosła do rozmiarów małego wieżowca, co idealnie dokumentuje załączony obrazek. Czeka mnie mnóstwo wzruszeń, wieczorów pełnych wzruszających historii i literackich uniesień. I z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nie żałuję ani jednej wypożyczonej sztuki.
Każda pomoc ma znaczenie – wesprzyj moją codzienność
Żeby takich pięknych, codziennych chwil i wypraw po książki mogło być jak najwięcej, każdego dnia muszę wkładać mnóstwo trudu w dbanie o swoje zdrowie i sprawność. Jeśli poruszyła Was moja historia i chcielibyście dołożyć małą cegiełkę do mojego wsparcia oraz codziennej rehabilitacji, możecie zrobić to za pośrednictwem poniższego linku.
Wspieram Monikę na Pomagam.pl: https://pomagam.pl/monikamosor
Każdy gest, udostępnienie tego wpisu czy po prostu dobre słowo są dla mnie na wagę złota i dają mi ogromną siłę do działania. Dziękuję z całego serca, że jesteście tu ze mną.
A jak to wygląda u Was? Czy Wy również macie swoje ulubione panie bibliotekarki, które podsuwają Wam najlepsze miłosne i życiowe historie? I co najważniejsze – jaki tytuł gości teraz na Waszych zakładkach? Napiszcie o swoich czytelniczych planach w komentarzach.
#ksiazkoholiczka #czytamobyczajowki #romanse #biblioteka #ksiazki #wózekinwalidzki #zyciebezbarier #pomagamy #wsparcie #rehabilitacja #pomagam #czytaniejestsuper


niedziela, 17 maja 2026

Recenzja: „Aż zabraknie nam gwiazd” – Inma Rubiales


Są książki, po które sięgamy dla czystej rozrywki, i takie, które uderzają w nas z siłą taranu, bo dotykają strun, które sami nosimy głęboko w sobie. Kiedy wzięłam do ręki powieść Inmy Rubiales „Aż zabraknie nam gwiazd”, myślałam, że to będzie kolejna ładna, urocza młodzieżówka. Los jednak sprawił, że ta historia trafiła do mnie w wyjątkowy sposób. Jako osoba, która od urodzenia z powodu przepukliny oponowo-rdzeniowej i innych schorzeń toczy codzienną walkę o niezależność, mniejszy ból i godność, patrzę na literaturę przez pryzmat własnych doświadczeń. I muszę Wam powiedzieć jedno: ta książka totalnie rozbiła mnie na kawałki, ale też w niesamowity sposób podniosła na duchu.
O czym jest ta historia?
Fabuła skupia się wokół dwójki młodych ludzi, z których każdy niesie na swoich barkach ogromny, przytłaczający ciężar. Liam i Maya spotykają się w momencie, gdy ich światy wydają się rozpadać. Maya zmaga się z bolesną przeszłością, która zamyka ją w klatce strachu, z kolei Liam ukrywa swoje własne demony i ból pod maską obojętności. Tytułowe „gwiazdy” stają się dla nich symbolem nadziei – obietnicą, że nawet po najciemniejszej nocy w końcu może wzejść słońce.
Dlaczego ta historia tak bardzo mną wstrząsnęła?
• Prawdziwy, nieprzerysowany ból: Doskonale wiem, czym jest ciało, które odmawia posłuszeństwa, i codzienność pełna ograniczeń. W literaturze często irytuje mnie, gdy cierpienie jest traktowane powierzchownie. U Inmy Rubiales jest inaczej. Maya i Liam to postacie z krwi i kości. Autorka z ogromną wrażliwością opisuje walkę z lękiem, poczuciem winy i stratą. Czytając to, czułam ten ich wewnętrzny chłód, ale też niesamowitą wolę życia – tę samą, która każe mi codziennie walczyć na materacu rehabilitacyjnym o każdy mały postęp.
• Miłość, która nie jest magią, ale obecnością: Najpiękniejsze w relacji bohaterów jest to, że oni nie ratują się nawzajem jak jacyś superbohaterowie. Ich uczucie nie leczy ran za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oni po prostu są obok. Pokazują sobie nawzajem, że można krwawić, można mieć gorszy dzień i nie trzeba przed nikim udawać idealnego. Ich relacja rodzi się powoli, w bólach i z potknięciami. To droga przez małe zwycięstwa i uśmiech, który pojawia się mimo wszystko – tak bliska mojemu własnemu życiu.
• Niesamowity ładunek emocjonalny: Sposób, w jaki autorka opisała proces odzyskiwania siebie, trafia prosto w serce. Były momenty, kiedy musiałam odłożyć książkę, wziąć głęboki oddech i po prostu to przetrawić. Ta książka przypomina, że nie jesteśmy tylko swoimi diagnozami czy problemami – jesteśmy ludźmi z marzeniami, uczuciami i ogromną chęcią życia.
Drobne minusy
Dla niektórych tempo akcji w środkowej części może wydać się nieco wolniejsze. Autorka mocno skupia się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, przez co warstwa psychologiczna dominuje nad dynamicznymi zwrotami akcji. Jeśli jednak szukasz w literaturze prawdziwych, głębokich emocji, a nie pośpiechu, nie będzie to dla Ciebie żadną wadą.
Podsumowanie
„Aż zabraknie nam gwiazd” to poruszająca, mądra i do głębi podnosząca na duchu lektura. Pokazuje, że choć nie zawsze mamy wpływ na to, z czym przychodzi nam się mierzyć, to od nas zależy, czy pozwolimy, by trudności całkowicie nas zdefiniowały.
Dla mnie to była niesamowicie osobista podróż przez ciemność w poszukiwaniu choćby najmniejszego promyka światła. Przygotujcie kocyk, dużą paczkę chusteczek i nastawcie się na to, że ta historia zostanie z Waszymi sercami na bardzo, bardzo długo.
Moja ocena: Podwójne 10/10 za emocje i autentyczność!
P.S. Jeśli moja codzienna walka jest Wam bliska i chcielibyście dowiedzieć się, jak możecie mnie w niej wesprzeć, wszystkie szczegółowe informacje znajdziecie w zakładce „Jak pomóc”. Z góry dziękuję za każdą dobrą myśl i obecność!

piątek, 15 maja 2026

Różnorodność ma moją twarz. Czego uczy mnie codzienność z przepukliną oponowo-rdzeniową?



Maj w kalendarzu mieni się kolorami tęczy. To Miesiąc Różnorodności. Dla wielu firm to czas odświeżenia logotypów, dla polityków – moment na wzniosłe przemówienia o tolerancji. Ale dla mnie różnorodność to nie teoria, nie hasło i nie kolorowa grafika.
Różnorodność to moja skóra, mój kręgosłup i moja walka.
Więcej niż diagnoza
Moja codzienność z przepukliną oponowo-rdzeniową nauczyła mnie jednego: świat nie jest skrojony według jednego szablonu, choć często próbuje nas w nim zmieścić. Moja inność nie była wyborem, ale stała się moją siłą.
Różnorodność w moim wydaniu to:
• Kreatywność w pokonywaniu barier: Tam, gdzie inni widzą schody, ja widzę wyzwanie logistyczne. Moja głowa pracuje na najwyższych obrotach, by każdego dnia udowadniać, że dotrę do celu – choć może inną drogą.
• Lekcja cierpliwości: Każdy poranek to negocjacje z własnym ciałem. To hart ducha, którego nie nauczą żadne kursy motywacyjne.
• Inna perspektywa: Dosłownie. Patrzę na świat z poziomu, którego wielu nie dostrzega, i widzę detale – zarówno te piękne, jak i te, które wymagają naprawy.
Ból obojętności, moc wsparcia
Często mówi się, że niepełnosprawność ogranicza. To prawda, ale najbardziej ograniczająca jest obojętność. Różnorodność boli najbardziej wtedy, gdy spotyka się z "niewidzeniem" – gdy przestrzeń publiczna, rynek pracy czy rozmowy przy kawie udają, że nas nie ma.
Jednak ta sama różnorodność daje niesamowitą moc, gdy spotyka się ze wsparciem. Nie chcę być tylko "osobą z niepełnosprawnością" na obrazku, którą mija się z litością. Chcę być częścią społeczeństwa, które rozumie, że moja inność wzbogaca wspólny obraz świata. Moja walka o sprawność to nie tylko godziny rehabilitacji. To walka o prawo do bycia sobą, na własnych zasadach.
Możesz dopisać swój rozdział do mojej historii
Jeśli Miesiąc Różnorodności ma mieć dla mnie realny wymiar, to jest nim solidarność. Solidarność, która nie kończy się na miłym słowie, ale zamienia się w czyn. Każdy krok w stronę mojej sprawności to ogromny wysiłek – fizyczny i finansowy.
Dlatego dzisiaj, bez owijania w bawełnę, proszę Cię o wsparcie. Twoja pomoc to dla mnie sygnał: „Widzę Cię, doceniam Twoją walkę i chcę, żebyś szła przez życie z podniesioną głową”.
Możesz wesprzeć moją zbiórkę tutaj:
👉 https://pomagam.pl/monikamosor
Bądźmy dla siebie ludźmi
Nie tylko w maju. Nie tylko od święta. Bądźmy dla siebie ludźmi każdego dnia, bo to właśnie nasze różnice – te widoczne i te ukryte głęboko w nas – sprawiają, że świat jest tak cholernie piękny, różnorodny i prawdziwy.
Dziękuję, że jesteście częścią mojej drogi. Bez Was byłaby ona znacznie trudniejsza.
Tagi:#MiesiącRóżnorodności #SpinaBifida #MojaHistoria #Niepełnosprawność #BlogOsobisty #SiłaKobiety #Pomagam


środa, 13 maja 2026

18 schodów do wolności i jedna sekunda, która zmieniła wszystko



„Ludzie nie zawsze potrzebują rad. Czasami potrzebują ręki, która je podtrzyma. Ucho, które będzie słuchać i serce, które zrozumie”.
Ten cytat to dziś moja bolesna, codzienna rzeczywistość. Nie piszę tego tekstu, by zebrać kolejną porcję „dobrych rad” w stylu „uśmiechnij się, jutro będzie lepiej”. Mam ich już pełną szufladę i szczerze mówiąc – nie mam już siły ich czytać. Piszę, bo grunt usuwa mi się spod nóg. Piszę, bo mam wrażenie, że tonę we własnym domu.
Przechodzimy z mamą przez nasz najcięższy czas, a wszelkie hasła o „walce o lepsze jutro” brzmią obecnie jak wyjątkowo słaby i okrutny żart.
Fundament, który runął na parkingu
Mama jest dla mnie wszystkim. To nie jest tylko metafora – ona dosłownie jest moimi rękami i nogami. Od urodzenia toczę nierówną walkę z przepukliną oponowo-rdzeniową, wodogłowiem, zespołem Arnolda-Chiariego i padaczką. Jej sprawność to mój tlen. Bez niej moja codzienność po prostu przestaje istnieć.
I nagle ten tlen został nam odcięty w najbardziej absurdalny sposób. Wystarczyła chwila. Mama stała na parkingu, spokojnie rozmawiając z mechanikiem. W ułamku sekundy musiała ratować się ucieczką przed pędzącym prosto na nią samochodem. Uniknęła najgorszego, ale poważna kontuzja kolana stała się faktem.
W tej jednej sekundzie mój świat zgasł. Moja jedyna opiekunka, moje okno na świat, stała się tak samo unieruchomiona jak ja.
Więzienie o nazwie „Dom”
Czuję obezwładniającą wściekłość i żal. Siedzę w pokoju i patrzę na te 18 schodów prowadzących na dół. Te kilkanaście stopni stało się murem, którego nie jestem w stanie przeskoczyć. To upokarzające uczucie, gdy dorosła kobieta nie może wyjść na krótki spacer, bo nie ma fizycznej siły, która pomogłaby jej pokonać tę barierę. Nie mogę też po prostu wsiąść w auto i odjechać od tego wszystkiego – padaczka skutecznie zadbała o to, by prawo jazdy pozostało na zawsze w sferze niespełnionych marzeń.
To nie jest żadna „motywująca lekcja pokory”. To jest regularne uwięzienie we własnym ciele i czterech ścianach.
Walka o resztki godności
Mimo tego marazmu, próbuję walczyć. Już 25 maja wracam na oddział, aby dokończyć ostatnie 10 dni przerwanego pobytu. Muszę tam być. Muszę walczyć o to, by ból stał się choć trochę mniej nieznośny, bym mogła odciążyć mamę, gdy ona sama potrzebuje teraz opieki.
Codzienna rehabilitacja i turnusy to dla mnie nie wybór, a brutalna walka o życie bez bólu. To moja jedyna szansa, by choroba nie zdefiniowała mnie do końca. Moim światełkiem w tunelu jest prywatny turnus rehabilitacyjny w październiku. Jednak koszty mojej codzienności są dobijające – leczenie i rehabilitacja to około 3 400 zł miesięcznie, a specjalistyczny sprzęt kosztuje majątek. Bez Waszej pomocy ten październik będzie tylko kolejnym miesiącem „fascynującego” liczenia rys na suficie.
Bardzo długo zwlekałam z tym wpisem...
Pisałam te słowa i skreślałam je dziesiątki razy. Biłam się z myślami, czy warto się tak uzewnętrzniać, czy to nie zostanie odebrane jako słabość. Ale prawda jest taka, że dziś sama nie wystawię głowy nad powierzchnię.
Dlatego dziś proszę Was o dobre słowo. Zostawcie po sobie ślad w komentarzu – to dla mnie teraz bezcenne. Jeśli natomiast chcielibyście i moglibyście wesprzeć moją walkę o sprawność, wszelkie informacje o tym, jak można mi pomóc, znajdziecie w zakładce „Jak pomóc” na moim blogu.
Dziękuję, że jesteście tym „sercem, które rozumie”. ❤️

niedziela, 10 maja 2026

Samodzielność zamiast cudów: O co naprawdę walczę na oddziale?



Mija kolejny dzień mojego pobytu na oddziale rehabilitacyjnym. Od 5 maja każdą godzinę poświęcam na ćwiczenia, wykorzystując te trzy tygodnie w roku, które oferuje mi system. 5 zabiegów dziennie, każda minuta wykorzystana do granic możliwości, każda kropla potu wylana z jedną myślą.
Często spotykam się z niezrozumieniem celu mojej walki. Chciałabym to wyjaśnić raz a dobrze: ja nie walczę o magiczne wyzdrowienie. Moje schorzenie, przepuklina oponowo-rdzeniowa, to rzeczywistość, z którą żyję od zawsze. Moim celem nie jest cud, ale coś o wiele bardziej fundamentalnego: samodzielność i życie bez obezwładniającego bólu.
Systemowa „konserwacja” to za mało
Dla systemu NFZ sukcesem jest często samo podtrzymanie obecnego stanu. Ale dla mnie „stanie w miejscu” to de facto powolne tracenie tego, co już wypracowałam. Różnica między tym, co mam tutaj, a intensywną rehabilitacją prywatną, jest kluczowa właśnie w kontekście mojej niezależności:
• Czas, który kupuje sprawność: 30 minut pracy z terapeutą na NFZ to czas, w którym ledwo zdążymy rozgrzać ciało. 2 godziny intensywnej pracy 1 na 1 na turnusie prywatnym to realna szansa na to, bym mogła samodzielnie się przemieścić, ubrać czy funkcjonować bez pomocy innych.
• Głowa gotowa na wyzwania: Samodzielność zaczyna się w psychice. Przewlekły ból potrafi odebrać chęć do jakiegokolwiek ruchu. Na turnusach prywatnych mam wsparcie psychologa, który uczy mnie, jak zarządzać tym bólem i jak nie stracić determinacji, gdy ciało mówi „dość”.
• Ciągłość, która chroni: Moje ciało nie zna pojęcia „kolejki do specjalisty”. Bez regularnych ćwiczeń, nowoczesnego sprzętu i całorocznej opieki, ból powraca ze zdwojoną siłą, a wypracowana z trudem samodzielność zaczyna znikać.
Moja definicja zwycięstwa
Wyciskam z tego pobytu tyle, ile się da. Wykorzystuję każdą szansę od państwa, ale mam pełną świadomość, że to jedynie fundament. Prawdziwa walka o to, bym mogła jak najdłużej być osobą samodzielną i by ból nie dyktował mi warunków każdego dnia, odbywa się dzięki Waszemu wsparciu poza murami tego oddziału.
Dziękuję, że rozumiecie, o co toczy się ta gra. To nie jest walka o niemożliwe – to walka o godne, samodzielne życie.
Szczegółowe informacje o tym, jak możecie wesprzeć moją drogę do samodzielności, znajdują się w zakładce [Jak pomóc?].
#samodzielność #życiebezbólu #rehabilitacja #monikamosor #walkaosprawnosc #NFZ #przepuklinaoponowordzeniowa #determinacja #mojawalka

czwartek, 7 maja 2026

Tam, gdzie słońce spotyka moją walkę: List z krawędzi horyzontu


Są minuty, w których wszechświat zdaje się wstrzymywać oddech. To te krótkie chwile, gdy słońce, niczym zmęczony wędrowiec, kładzie głowę na krawędzi ziemi, a niebo wybucha symfonią złota, bolesnej purpury i głębokiego fioletu. Siedzę wtedy w absolutnym milczeniu, pozwalając, by ostatnie, miodowe pocałunki dnia osiadały na moich policzkach.
W tej jednej, ulotnej sekundzie, dłonie przestają pulsować zmęczeniem od pchania kół, a gęsta cisza staje się najbezpieczniejszym schronieniem przed zgiełkiem codzienności. Droga przed mną, wybrukowana gasnącym światłem, zdaje się nie mieć końca – kusi obietnicą wolności, która zawsze jest o jeden obrót koła dalej, tuż za linią wzroku.
 Ciężar metalu, lekkość ducha
Moja codzienność ma zapach magnezji na sali rehabilitacyjnej i smak słonego potu. Ma też temperaturę – to chłód metalowych ciągów pod moimi palcami, który zimą tnie jak lód, a latem parzy. Moje dłonie nie są tylko narzędziem; są mapą moich zmagań. Każde stwardnienie naskórka, każda linia na wewnętrznej stronie dłoni to zapis kolejnego zwycięstwa nad bezwładem. To one są moimi stopami, moją siłą napędową, moją jedyną drogą do świata.
Przepuklina oponowo-rdzeniowa to niechciany pasażer na gapę. To cień, który przykleił się do mnie w chwili narodzin i od tamtej pory próbuje dyktować mi tempo, narzucając ból tam, gdzie ja chcę widzieć przestrzeń. Mój wózek? Dla wielu to symbol uwięzienia, ale dla mnie to skrzydła z metalu i gumy. To moje nogi, które niosą mnie tam, gdzie wzrok sięga dalej niż lęk.
Monolog na granicy mroku
Jednak światło jest kapryśne – gaśnie, zostawiając mnie w objęciach chłodnego, sinego zmierzchu. To właśnie wtedy, w tej godzinie przejścia, budzą się demony zwątpienia. Wracają pytania, które tną duszę z precyzją skalpela.
– „Czy moje serce ma jeszcze dość ognia, by przejechać kolejny kilometr?” – pytam szeptem, gdy metal wózka staje się nieprzyjemnie zimny pod palcami.
I wtedy, z samej otchłani mojego „ja”, wydobywa się odpowiedź. Nie jest to prośba, lecz twardy jak granit rozkaz przetrwania, tętniący jak krew w skroniach:
– „Musisz. Nie dla drogi, ale dlatego, że Twoja godność płonie jaśniej niż to słońce. Nie wolno Ci zgasnąć”.
Więcej niż diagnoza
Każda godzina rehabilitacji jest jak krwawy okup płacony za chwilę samodzielności. To moja codzienna droga krzyżowa, na której pot miesza się z nadzieją. Ale odmawiam zgody na bycie jedynie „przypadkiem medycznym” opisanym w grubym folderze dokumentacji. Jestem walką, jestem tęsknotą, jestem każdym metrem pokonanym wbrew pesymistycznym wyrokom. Chcę wyrywać losowi każdy kolejny świt bez paraliżującego bólu, każdą minutę, w której czuję się panią własnego kierunku, a nie niewolnicą własnych ograniczeń.
Moja podróż trwa. I choć słońce co wieczór znika za horyzontem, ja wiem, że jutro znów położę dłonie na kołach i ruszę przed siebie. Bo dopóki patrzę w stronę światła, żadna ciemność nie zdoła mnie zatrzymać.
Moja droga jest wymagająca, a każdy krok ku sprawności to wspólny wysiłek wielu serc. Jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz wesprzeć mnie w tej walce i stać się częścią mojej podróży, wszelkie informacje znajdziesz w zakładce [Jak pomóc].

poniedziałek, 4 maja 2026

5 maja: Dzień, w którym mówimy o godności i walce o lepsze jutro

 


Dziś, 5 maja, obchodzimy Europejski Dzień Walki z Dyskryminacją Osób Niepełnosprawnych. To data, która przypomina nam, że choć różni nas wiele — od sprawności fizycznej po życiowe doświadczenia — łączy nas coś znacznie silniejszego: człowieczeństwo.

To święto nie powstało po to, by odhaczać kolejną datę w kalendarzu.
5 maja ma zwrócić uwagę na realne problemy, z którymi osoby z niepełnosprawnościami mierzą się każdego dnia. To dzień, który:

  • przypomina o prawie do równego traktowania,
  • zwraca uwagę na bariery, które wciąż istnieją — zarówno te architektoniczne, jak i mentalne,
  • podkreśla wagę dostępności w przestrzeni publicznej, edukacji, pracy i ochronie zdrowia,
  • zachęca do dialogu, bo zmiana zaczyna się od rozmowy.

W wielu krajach 5 maja obchodzony jest również jako Dzień Godności Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną, co jeszcze mocniej podkreśla, że godność nie zależy od sprawności, poziomu samodzielności czy stanu zdrowia. Godność jest niezbywalna — i należy się każdemu.

To święto przypomina, że niepełnosprawność nie jest problemem jednostki, lecz wyzwaniem dla całego społeczeństwa. Bo to społeczeństwo tworzy bariery — i to społeczeństwo może je zburzyć.

Moja walka o samodzielność

Nazywam się Monika Mosór i od urodzenia toczę walkę, której sama nie wybrałam.
Przepuklina oponowo‑rdzeniowa, wodogłowie, padaczka — dla lekarzy to medyczne terminy.
Dla mnie to codzienność pełna bólu, ograniczeń i nieustannej pracy nad własnym ciałem.

Ale nie chcę, by choroba mnie definiowała.

Jestem kobietą z marzeniami. Każdy mój dzień to godziny spędzone na materacu rehabilitacyjnym, spotkania z terapeutami i walka o każdy, nawet najmniejszy postęp. Nie walczę o pełne zdrowie — wiem, że ono jest poza moim zasięgiem. Walczę o coś znacznie bardziej realnego:

  • o życie z mniejszym bólem,
  • o niezależność,
  • o godność.

Solidarność, która zmienia życie

Rehabilitacja, sprzęt ortopedyczny, aktywny wózek, ortezy — to koszty, które potrafią sięgać kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie. To bariery, których nie pokonam sama.
I właśnie tutaj pojawia się siła wspólnoty.

W tym szczególnym dniu warto przypomnieć sobie o czterech filarach, które mogą realnie zmienić świat osób z niepełnosprawnościami:

  1. Równość — bo każdy ma te same prawa.
  2. Szacunek — uznanie godności każdego człowieka.
  3. Zrozumienie — otwarcie się na drugą osobę.
  4. Akceptacja — bycie razem takimi, jakimi jesteśmy.

Dziękuję, że jesteście.
Dzięki Wam mogę wierzyć, że niemożliwe naprawdę staje się możliwe.

Różni nas wiele, łączy nas człowieczeństwo.

W zakładce JAK POMÓC znajdziesz wszystkie informacje o tym, jak możesz wesprzeć moją walkę o lepsze jutro.

sobota, 2 maja 2026

Natura: moja siła w walce o samodzielność

 



Są takie miejsca, w których człowiek nie musi niczego udawać.
Nie musi być dzielny.
Nie musi być silny.
Wystarczy, że jest.

Kiedy siedzę pod drzewem obsypanym białymi kwiatami, mam wrażenie, że świat na chwilę zatrzymuje oddech razem ze mną. Płatki spadają powoli, jakby ktoś rozsypywał ciszę. W takich chwilach czuję, że mimo bólu, mimo ograniczeń, mimo codziennych zmagań — życie wciąż potrafi być piękne.

Poza codzienność pełną ograniczeń

Moja codzienność to nie jest prosta droga.
To raczej ścieżka, która czasem skręca zbyt ostro, czasem staje dęba, a czasem znika pod ciężarem diagnoz: przepuklina oponowo‑rdzeniowa, wodogłowie, zespół Arnolda‑Chiari.
Rehabilitacja to mój etat.
Ból — mój nieproszony towarzysz.

Ale kiedy wjeżdżam w pole tulipanów, czuję się inaczej.
Jakby każdy kolor mówił: „Zobacz, świat wciąż ma dla Ciebie miejsce”.
Czerwone, różowe, pomarańczowe — stoją w równych rzędach, a ja między nimi, w wózku, ale wolna.
Bo wolność nie zawsze polega na tym, żeby biec.
Czasem polega na tym, żeby móc się zatrzymać.

Spotkania, które dają nadzieję



Zwierzęta mają w sobie coś, czego nie da się nauczyć.
Osiołek, który podchodzi do mnie z ciekawością, jakby chciał powiedzieć: „Widzę Cię”.
Koza, która wygląda, jakby miała własne zdanie na każdy temat.
Konie, które w swojej sile przypominają, że delikatność też jest formą mocy.
Alpaka, która patrzy na świat z miną: „Spokojnie, wszystko ma swój rytm”.

A potem ja — w huśtawce zawieszonej między drzewami.
W miejscu, gdzie świat pachnie igliwiem, a cisza nie jest pustką, tylko przestrzenią, w której wreszcie mogę usłyszeć siebie.

Tężnia: miejsce, w którym oddycham pełniej



Kiedy siedzę pod tężnią, czuję, jak mgiełka solanki osiada na skórze.
Krople spadają rytmicznie, jakby ktoś grał dla mnie spokojną melodię.
Drewniana konstrukcja pachnie lasem, a powietrze jest ciężkie od soli i ulgi.

W takich chwilach moje ciało — zmęczone, napięte, codziennie walczące — zaczyna odpuszczać.
Jakby świat mówił: „Odpocznij. Teraz ja poniosę trochę Twojego ciężaru”.

Miejsca, które mnie składają na nowo

Czasem to altana, w której siadam jak w środku baśni.
Czasem ławka wygięta jak fala, na której mogę się położyć i patrzeć w niebo.
Czasem szklarnia, w której rośliny rosną tak bujnie, jakby chciały pokazać, że życie zawsze znajdzie sposób.

Każde z tych miejsc składa mnie na nowo.
Po kawałku.
Po oddechu.
Po uśmiechu.

Dlaczego natura jest dla mnie tak ważna?

Bo uczy mnie, że nawet jeśli życie czasem łamie gałęzie, to wciąż można wypuścić nowe pędy.
Bo przypomina, że siła nie zawsze wygląda jak walka — czasem wygląda jak odpoczynek.
Bo daje mi przestrzeń, w której mogę być nie „pacjentką”, ale kobietą, która kocha życie.

Możesz stać się częścią tej drogi

Moja droga do większej samodzielności jest piękna, ale kosztowna.
Rehabilitacja, leczenie, sprzęt ortopedyczny, aktywny wózek — to wydatki, które potrafią sięgać kilkunastu tysięcy złotych rocznie.
Dziękuję, że jesteście obok. Dzięki Wam mogę wierzyć, że to, co trudne, staje się możliwe.

W zakładce JAK POMÓC znajdziesz wszystkie informacje o tym, jak możesz wesprzeć moją walkę o lepsze jutro.

A teraz Ty…

Gdzie odnajdujesz spokój.
Czy masz swoje miejsce — tężnię, las, łąkę, szklarnię, zwierzęta — które pomagają Ci wrócić do siebie.
Podziel się swoją historią. Może stanie się dla kogoś światłem, którego dziś bardzo potrzebuje.


czwartek, 30 kwietnia 2026

Czerwona sukienka, szpilki z Garwolina i technologiczna fikcja: Co naprawdę definiuje kobiecość?

 

 


Zanim opowiem Wam tę historię, mam dla Was mały eksperyment.
Pokażę dwa zdjęcia: jedno z przymierzalni — prawdziwe, zwyczajne, moje — oraz drugie, wygenerowane przez AI. Chcę, żebyście wybrali, które według Was jest „prawdziwsze”. Jestem bardzo ciekawa, co zobaczycie, zanim zdradzę, jak wygląda rzeczywistość.

A teraz — skąd w ogóle wziął się ten pomysł?

Ostatnio wybrałam się na zakupy do Warszawy. Misja była jasna: znaleźć idealną kreację na komunię mojego kuzyna. Po przejrzeniu dziesiątek wieszaków trafiłam na tę jedną — czerwoną sukienkę, która od razu powiedziała „bierz mnie”.

Po powrocie do domu wpadłam na pomysł posta dla Was i wygenerowałam przez AI zdjęcie w tej sukience. I właśnie wtedy… wróciło do mnie wspomnienie sprzed prawie 10 lat. Wspomnienie, które idealnie pokazuje, jak długą drogę przeszłam.

Marzenie o szpilkach i lekcja z Garwolina

Prawie dekadę temu miałam jedno wielkie marzenie: nosić buty na obcasie.
Ze względu na moją małą stopę zamówiłam szpilki szyte na miarę. Brzmiało pięknie — do momentu pierwszej przymiarki.

Rzeczywistość była brutalna: moje porażone stopy nie były w stanie wejść w te buty, choćby nie wiem jak piękne były.

Wtedy trafiłam do szewca w Garwolinie. Ten człowiek dokonał niemożliwego — przerobił te szpilki tak, bym mogła je założyć. Jeśli to czyta: dziękuję raz jeszcze.

Założyłam je na okazję, na którą były szyte… i wytrzymałam w nich może godzinę.
Moje stopy powiedziały „stop”, a ja dostałam lekcję, której wtedy bardzo potrzebowałam.

Dzisiejsza perspektywa kontra cyfrowa iluzja

Dziś, patrząc na te dwa zdjęcia — prawdziwe i wygenerowane — uśmiecham się do tamtej dziewczyny sprzed lat.

AI „ubrało” mnie w szpilki i rajstopy, wyprostowało sylwetkę, wygładziło każdy szczegół. Dopasowało mnie do algorytmów, które promują jeden, konkretny wzorzec „zdrowego” wyglądu.

Muszę to powiedzieć jasno: to zdjęcie to technologiczna fikcja.
Moje ciało tak nie wygląda. I co najważniejsze — już nawet nie próbuję dążyć do tego, by tak wyglądało.

Kobiecość to coś więcej niż wygląd

Przez lata świat wmawiał nam, że naszym zadaniem jest „naprawiać się”, by pasować do mitycznej normy.

Ja tę pogoń zakończyłam.

Dziś wiem, że:

·        Moje ciało ma swoją historię, której nie zmienią ani buty szyte na miarę, ani cyfrowe filtry.

·        Kobiecość nie zależy od wysokości obcasa, długości sukienki czy tego, czy mam na sobie rajstopy, czy spodnie.

·        To, co mam w środku — siła, charakter, doświadczenie — waży więcej niż to, co widzi algorytm.

Akceptacja zamiast retuszu

Sztuczna inteligencja może dorysować mi najpiękniejszy ogród, idealnie ułożone nogi i perfekcyjne szpilki.

Ale nie odda jednego: mojej autentyczności.

Wolę moją prawdziwą wersję — tę, która po zakupach w Warszawie wie, że może wyglądać świetnie w czerwonej sukience, nawet jeśli pod nią ma trampki albo ortezę, a nie szpilki z Garwolina.

Wrzucam to porównanie, żeby pokazać, jak łatwo stworzyć iluzję „idealnego ciała”.
Prawdziwe życie dzieje się poza retuszem.

Moje ciało jest dokładnie takie, jakie ma być — i to mi wystarcza.

A Ty?

Co według Ciebie naprawdę definiuje naszą wartość — tę, której nie da się wygenerować jednym kliknięciem.

A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz mi pomóc, wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Kino (nie) dla każdego, czyli tor przeszkód zamiast seansu

 

Wszystko zaczęło się od ciszy.
Takiej, która nie jest zwykłym brakiem dźwięku, tylko czymś… gęstszym.
Ciszą, która osiada na skórze jak kurz w starym kinie, zanim jeszcze zapalą się światła.
Ale już przy wejściu czuję, że wieczór ma dla mnie inny scenariusz.
One wyglądają jakby ktoś zaprojektował je na potrzeby tajnego stowarzyszenia miłośników marmuru.
Czerń tak głęboka, że mogłaby wciągnąć człowieka jak studnia bez dna.
Czerwony pas jak ślad po czymś, co wydarzyło się tu wcześniej i o czym nikt nie chce mówić.
Drobinki światła migoczące jak iskry z zepsutego projektora.
A jednocześnie… złowieszczo.
„Witaj w grze. Zobaczymy, czy przejdziesz pierwszy poziom.”
Powietrze pachnie popcornem, ale pod tą warstwą czuję coś jeszcze — lekki chłód, jakby budynek obserwował mnie z ukrycia.
Rozglądam się za windą.
Nic.
Ani jednej strzałki, ani jednego piktogramu, ani jednego śladu, że gdzieś tu istnieje droga bez barier.
Taki, który nie jest sztuką, tylko… znikaniem informacji.
Odpowiedź pada jak strzał z kapiszona:
Jakby to zdanie odbiło się od ścian i wróciło do mnie w zwolnionym tempie.
Zejść po schodach… żeby skorzystać z windy… która ma zastąpić schody.
To jest architektoniczna zagadka, której nie rozwiązałby nawet Sherlock Holmes.
To ona — niczym postać z kina akcji — wciąga mnie po tych schodach, krok po kroku, jakbyśmy razem próbowały uciec z jakiegoś surrealistycznego labiryntu.
Jej determinacja kontra czyjaś obojętność.
Jej pomoc kontra architektura, która mówi: radź sobie sama.
Chcę tylko zjechać na dół.
Tylko tyle.
Panel martwy.
Cisza, która nie jest zwykłą ciszą, tylko tą… dramatyczną.
Taką, która poprzedza zwrot akcji.
To jest plot twist.
Scena po napisach, której nikt nie przewidział, ale która zmienia cały sens wieczoru.
„Jak my teraz stąd wyjdziemy?”
Możecie mieć światła, które udają Hollywood.
Możecie mieć schody, które wyglądają jak portal do innego wymiaru.
To jest escape room.
Powinna być jak dobry film:
czytelna, logiczna, przewidywalna tam, gdzie trzeba.
Wychodzę z domu z myślą o filmie, a nie o przygodzie.
Staję przed schodami.
Nie są to zwykłe schody — nie.
Wygląda to pięknie.
Jakby ktoś chciał powiedzieć:
Design 1 : Dostępność 0
Wchodzę do środka.
Minimalizm.
Pytam obsługę.
„Żeby dostać się do windy, musi pani najpierw zejść po schodach na dół.”
Przez sekundę mam wrażenie, że słyszę echo.
To nie jest absurd.
Siła asysty vs. słabość technologii
Gdyby nie moja asystentka, zostałabym na tym czerwonym pasie jak bohaterka, której wycięto scenę z filmu.
Jej siła kontra słabość systemu.
Finał, którego nie było w scenariuszu
Po seansie — kiedy światła się zapalają, a sala pustoszeje jak plan filmowy po ostatnim klapsie — podchodzę do windy.
Drzwi zamknięte.
Winda nie działa.
I nagle czuję, że to nie jest awaria.
Zamiast spokojnego powrotu mam napięcie, improwizację i pytanie, które brzmi jak cliffhanger:
Mała prośba do projektantów i menedżerów
Możecie mieć marmury, które błyszczą jak w pałacu.
Ale jeśli:
·        winda jest tylko rekwizytem,
·        oznaczenia są jak szyfry,
·        a procedury awaryjne istnieją tylko w folderach…
…to nie jest to kino.
A dostępność nie powinna być zagadką, którą trzeba rozwiązywać w półmroku.
A Ty?
Czy zdarzyło Ci się kiedyś wejść do miejsca, które miało być przyjazne, a okazało się pełne ukrytych pułapek, absurdów i „zwrotów akcji”?
Opowiedz — bo takie historie potrafią otworzyć oczy bardziej niż niejeden thriller.
A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz mi pomóc, wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Kiedy muzyka niesie bardziej niż nogi… Moja historia z „Mam Talent!” w tle

 

 


To miał być zwykły wieczór. Taki, w którym człowiek odpala Internet „na chwilę”, żeby coś obejrzeć do herbaty, a kończy z otwartymi oczami i sercem, które bije jak po maratonie.
Przewijałam sobie spokojnie filmiki, aż nagle trafiłam na występ Pati Alen i Piotra Iwanickiego z 17. sezonu „Mam Talent!”.
Kliknęłam — bez większego planu.
I wtedy świat mi się zatrzymał.

Gdy marzenie wraca jak bumerang

Zanim opowiem o tym, co zobaczyłam, muszę wrócić do miejsca, które od lat noszę w sobie.

Wyobraź sobie mnie — młodszą o dziesięć lat, z głową pełną planów i sercem, które chciało tańczyć bardziej niż cokolwiek innego.
Nie tylko na weselach, gdzie zawsze znajdę sposób, żeby wjechać na parkiet i zrobić swoje.
Ja chciałam uczyć się profesjonalnego tańca na wózku.
Zrozumieć technikę. Poczuć prowadzenie. Nauczyć się tej płynności, którą mają mistrzowie.

Pamiętam, jak szukałam zajęć. Jak sprawdzałam dojazdy. Jak próbowałam to wszystko poukładać.
I pamiętam też ten moment, kiedy dotarło do mnie, że to marzenie jest… za daleko.
Dosłownie.
Za dużo kilometrów. Za dużo przeszkód. Za dużo „nie da się”.

Odłożyłam je na półkę. Nie wyrzuciłam — nigdy.
Ale przestałam o nim mówić na głos.

A potem kliknęłam „play”

Wracamy do tego wieczoru.
Siedzę z laptopem, przewijam internet, klikam w nagranie i… już po kilku sekundach czuję, że coś we mnie drży.

Muzyka rusza.
Światła przygasają.
A Pati i Piotr zaczynają opowiadać historię, w której każde spojrzenie, każdy obrót, każdy ruch wózka ma znaczenie.

To nie był taniec.
To było porozumienie bez słów.

Piotr — mistrz świata, człowiek, który potrafi zrobić z wózka instrument sztuki.
Pati — lekka, pewna, oddana rytmowi.
Razem — jakby tańczyli od zawsze.

I nagle poczułam, jak coś we mnie pęka.
Nie z bólu.
Z tęsknoty.
Z zachwytu.
Z tego dziwnego uczucia, kiedy widzisz na ekranie czyjeś spełnione marzenie i przypominasz sobie, że kiedyś miałaś dokładnie takie samo.

Wózek, który nie ogranicza — tylko prowadzi

Najbardziej uderzyło mnie to, jak naturalnie wózek stał się częścią choreografii.
Nie dodatkiem.
Nie „mimo wszystko”.
Nie symbolem.

Partnerem.
Drugą parą nóg.
Elementem, który dodaje siły, a nie ją odbiera.

Patrzyłam na nich i czułam, jak muzyka niesie mnie bardziej niż moje własne ciało kiedykolwiek mogło.
I wiesz co?
To było piękne.

Dlaczego o tym piszę?

Bo ten występ — obejrzany przypadkiem, w internecie, między jednym filmikiem a drugim — przypomniał mi coś ważnego:
Marzenia nie umierają tylko dlatego, że nie udało się ich zrealizować w pełnej wersji.
Czasem żyją w nas dalej — w zachwycie, w tęsknocie, w tym ciepłym ukłuciu, które pojawia się, gdy widzimy je u innych.

I może właśnie po to są takie momenty.
Żeby przypominać nam, kim byliśmy.
I kim wciąż jesteśmy.

A teraz chcę usłyszeć Was

Macie takie marzenia, które musieliście odłożyć, ale wciąż coś w Was drży, kiedy widzicie je na ekranie, scenie albo u kogoś bliskiego?
A może taniec — w jakiejkolwiek formie — jest dla Was tą przestrzenią, w której świat na chwilę przestaje istnieć?

Opowiedzcie mi o tym. Chcę poznać Wasze historie.

A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz mi pomóc, wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”.