niedziela, 12 lipca 2026

Stary film — i ci, którzy zostają

Znowu drżę. Kolejna noc pośród tych samych ścian, a jednak coś we mnie przesuwa się jak klatki starego filmu. Jakbym nie był sam… jakby nie ten sam ja. Czasem mam wrażenie, że wszystko jest skazane na łzy, choć przecież wciąż próbuję wierzyć, że może być inaczej.

Pytasz mnie, co czuję. A ja odpowiadam, że czuję już wszystko — czyli nic. Że nasze lato w szron jest ubrane, choć jeszcze niedawno paliło skórę ciepłem. Że we mnie zbiera się coś, co mogłoby wybuchnąć, gdyby nie Twój szept, ten jeden, który mówi, że nie jestem zły. Że widzisz we mnie człowieka, nie cień.

I może właśnie dlatego zostaję. Bo ktoś w końcu widzi we mnie więcej niż moje drżenie.

Dziękuję, że tu jesteście. Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem. Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić. Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień. Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem. Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt. Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Dziękuję za to, że nie próbujecie mnie naprawiać, ulepszać, przyspieszać. Za to, że widzicie człowieka, a nie historię. Za to, że potraficie być — po prostu być — kiedy ja jeszcze uczę się oddychać spokojniej.

Bo może właśnie dzięki Wam ten stary film zaczyna się przewijać inaczej. Może drżenie nie jest końcem, tylko początkiem. Może lato nie zniknęło — tylko na chwilę zasnęło pod cienką warstwą lodu.

Wasza Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć: Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

piątek, 10 lipca 2026

Wiem, że nie śpisz

 Są takie noce, kiedy muzyka mówi za nas więcej, niż odważylibyśmy się powiedzieć sami.

Kiedy słowa z piosenki trafiają w miejsce, którego nie dotykamy na co dzień — zbyt czułe, zbyt nagie, zbyt prawdziwe.

„Wiem, że nie śpisz…” I ja też czasem nie śpię. Czasem przewracam się z boku na bok, próbując znaleźć oddech, który nie będzie bolał. Czasem myślę o tym, jak wiele chciałabym powiedzieć, a jak niewiele z tego naprawdę wychodzi na głos.

I wtedy wracam tutaj. Do Was.

Dziękuję, że tu jesteście. Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem. Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić. Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień. Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem. Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt. Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Dziękuję za to, że nie próbujecie mnie naprawiać, ulepszać, przyspieszać. Za to, że widzicie człowieka, a nie historię. Za to, że potraficie być — po prostu być — kiedy ja jeszcze uczę się oddychać spokojniej.

Wasza Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć: Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

środa, 8 lipca 2026

Kiedy uczysz się widzieć w ciemności

 


Były dni, w których świat wyglądał jak noc bez gwiazd.
Jak przestrzeń, w której nawet echo nie wraca.
Szłam wtedy jak zbłąkany pies — po omacku, po cichu, po swojemu.
Nie wierząc nikomu, nawet sobie.

A jednak czasem jedno spotkanie potrafi zmienić kierunek wiatru.
Nie dlatego, że ktoś mówi prawdę.
Ale dlatego, że przy kimś zaczynasz słyszeć własny głos wyraźniej.
Jakby ktoś odsunął zasłonę z Twoich oczu, choć wcale nie dotknął twarzy.

Wciąż uczę się siebie.
Wciąż nie wiem, jak stanąć, gdy ziemia drży.
Wciąż waham się między skrajnościami, jakby każda była domem.
Ale wiem jedno:
prawdy nie znajdę, jeśli nie spróbuję być sobą — nawet wtedy, gdy to najtrudniejsze.

Są tacy, którzy chcieliby mnie ulepić po swojemu.
Są tacy, którzy widzą we mnie tylko to, co im wygodne.
Są tacy, którzy mówią, jak powinnam żyć, choć sami błądzą.
Już ich nie zwalczam.
Po prostu słucham — i idę dalej.

Bo mimo tylu pomyłek, tylu granic, tylu nieznanych dróg
— wciąż wracam do siebie.
Do tej, którą byłam, zanim świat zaczął mnie przestawiać.
Do tej, która potrafi podać dłoń, nawet gdy sama się trzęsie.
Do tej, która nie boi się już patrzeć w oczy, zamiast w księżyc.

Może właśnie na tym polega światło:
nie na tym, że ktoś je przynosi,
ale na tym, że przy kimś odważasz się je zobaczyć.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt.
Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Dziękuję za to, że nie próbujecie mnie naprawiać, ulepszać, przyspieszać.
Za to, że widzicie człowieka, a nie historię.
Za to, że potraficie być — po prostu być — kiedy ja jeszcze uczę się oddychać spokojniej.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


poniedziałek, 6 lipca 2026

Pizno — o tym, co przyszło za późno i o tych, którzy zostają na czas


Są takie wspomnienia, które wracają nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że coś w nas wciąż tam stoi.
Jakby czas nie poszedł dalej, tylko czekał razem z nami — nad jeziorem, w deszczu, w tej jednej chwili, która miała zdecydować o wszystkim.

Pamiętam tamto miejsce.
Pamiętam, jak staliśmy obok siebie, niby blisko, a jednak każde w swoim świecie.
Śmialiśmy się z niczego, jakbyśmy nie wiedzieli jeszcze, że życie potrafi być ostre jak szkło.
Deszcz nas nie przeganiał.
Może dlatego, że wtedy wszystko wydawało się możliwe.

A ja czekałam.
Na znak.
Na krok.
Na cokolwiek, co powiedziałoby mi: „jestem tu naprawdę”.
Ale nie zdążyłam się dowiedzieć, jaki jesteś.
Nie tak, jak chciałam.
Nie na czas.

Wciąż widzę ten chabrowy podarunek w jego dłoni.
Trzymany tak mocno, jakby miał mu towarzyszyć aż do końca.
„Doceniaj to” — powtarzały jej głosy, a ona wciąż nie miała pewności.
Bo jak uwierzyć w coś, co jest kruche jak płatek, jak spojrzenie, jak chwila?

On wiedział o niej tylko jedno.
Że kocha kwiaty.
Że w tym jednym geście mieści się cała jego czułość.
A czasem to za mało.
A czasem to wszystko.

„Pizno” to piosenka o spóźnionych słowach.
O tym, co mogło się wydarzyć, ale przyszło za późno.
O ludziach, którzy mijają się o milimetr — i ten milimetr zmienia całe życie.

Może dlatego tak boli.
Bo każdy z nas ma swoje jezioro.
Swoją chwilę, w której stał i czekał.
Swoje pytanie, na które nigdy nie padła odpowiedź.

Ale dziś chcę powiedzieć coś jeszcze.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt.
Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.



sobota, 4 lipca 2026

Bez boju

Są takie relacje, które wchodzą w krew. Dosłownie.
Takie, które najpierw smakują jak wino — gęste, słodkie, obiecujące —
a potem nagle odkrywasz, że pijesz je już tylko po to, żeby przetrwać kolejny dzień.
Żeby zagłuszyć to, czego nie chcesz nazwać po imieniu.

Czasem człowiek patrzy w czyjeś oczy i widzi w nich wszystko:
zaproszenie, obietnicę, zagrożenie, uzależnienie.
One wołają, ciągną, prowadzą…
A Ty idziesz, choć wiesz, że to droga bez powrotu.

I nagle łapiesz się na tym, że nie rozumiesz już siebie.
Że nie potrafisz zatrzymać ani siebie, ani tej drugiej osoby.
Że dziś boli bardziej niż wczoraj, a jutro może nie być lżejsze.
Że tęsknisz nawet wtedy, kiedy powinnaś wreszcie odetchnąć.

Ale jest w tym wszystkim jedna rzecz, której nie oddasz.
Jedna, która trzyma Cię przy życiu, nawet kiedy ktoś wypił z Ciebie wszystko,
co miałaś najdelikatniejszego.

Nie poddasz się bez walki.
Nie tym razem.
Nie za cenę siebie.

Możesz nalać wina — sobie, jemu, światu.
Możesz jeszcze raz spróbować zrozumieć, jeszcze raz dotknąć, jeszcze raz uwierzyć.
Ale nie oddasz już swojego życia komuś, kto nie umie go unieść.
Nie oddasz swojej krwi komuś, kto nie potrafi jej uszanować.

Bo nawet jeśli ktoś zabrał Cię całą,
to Ty wciąż możesz odzyskać siebie.

I to jest ta walka, której nie odpuścisz.
Nie zrezygnujesz z siebie.
Nie tym razem.
Nie bez boju.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

czwartek, 2 lipca 2026

Czym jest dla mnie „Duma Osób z Niepełnosprawnościami”, gdy w środku czuję głównie lęk?


Lipiec na całym świecie jest obchodzony jako Disability Pride Month – Miesiąc Dumy Osób z Niepełnosprawnościami. Kiedy patrzę na te wszystkie nagłówki pełne haseł o sile i niezależności, jako osoba z przepukliną oponowo-rdzeniową, czuję ogromny rozdźwięk. Bo teraz, w tym konkretnym momencie mojego życia, nie czuję się wcale „silna”.
Moja samoocena bywa krucha. Jestem osobą wysokowrażliwą, co oznacza, że wszystko przeżywam mocniej, głębiej, a świat wokół potrafi mnie boleśnie przytłoczyć. Piszę ten tekst z miejsca, w którym jest we mnie mnóstwo lęku – stoję w obliczu trudnego momentu, jakim jest oswojenie i pogodzenie się z myślą o nadchodzącej operacji skoliozy.
Gdzie w tym wszystkim miejsce na dumę? Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie.
Kiedy duma oznacza po prostu: „przetrwam to”
Zawsze wydawało mi się, że duma wymaga ode mnie bycia niezniszczalną. Że muszę z uśmiechem znosić ból, bariery i kolejne diagnozy, żeby udowodnić światu, że daję radę. Ale to nieprawda.
Dla mnie, wysokowrażliwej dziewczyny, duma w tym miesiącu oznacza coś zupełnie innego:
• Prawo do strachu: Jestem dumna z tego, że potrafię przyznać przed samą sobą: „Boję się tej operacji. Boję się bólu, szpitala i tego, co będzie po”. Prawdziwa duma nie odcina się od lęku – ona pozwala mu być, a mimo to idzie naprzód.
• Akceptację swojej wrażliwości: Moje ciało od urodzenia niesie ciężar przepukliny, a teraz kręgosłup potrzebuje kolejnej naprawy. Moje emocje reagują na to wszystko bardzo intensywnie. Przestałam się biczować za to, że płaczę, że potrzebuję ciszy, że czasem mam dość. To nie jest słabość. To moja wrażliwość.
• Szacunek dla swojego ciała: Choć tak często mnie zawodzi, choć wymaga operacji, to wciąż to samo ciało, które niesie mnie przez życie. Zasługuje na opiekę i łagodność, a nie na moją złość.
Ciężki czas i lekcja łagodności
Przechodzę teraz przez jeden z trudniejszych momentów. Myśl o operacji skoliozy paraliżuje, a niska samoocena podpowiada mi czasem najgorsze scenariusze – że jestem ciężarem, że to niesprawiedliwe, że brakuje mi sił.
Ale wiesz co? Przypominam sobie, ile już przeszłam. Przepuklina oponowo-rdzeniowa uczy odporności od pierwszych chwil życia. Nawet jeśli teraz czuję się mała i bezsilna, to ta wewnętrzna siła we mnie jest – po prostu chwilowo przykrył ją lęk.
Miesiąc Dumy nie musi być głośny. Może być cichym szeptem do samej siebie w lustrze: „Dajesz radę. Jesteś ważna. Twoje ciało i Twoje emocje są ważne”.
Moje przesłanie
Chciałabym, żeby ten Disability Pride Month był przypomnieniem dla wszystkich tych, którzy – tak jak ja – nie mają teraz siły na wielkie manifestacje. Dla tych, którzy leżą w łóżku, boją się szpitala, płaczą z przebodźcowania i czują, że nie pasują do idealnego świata.
Nasza duma tkwi w tym, że wciąż tu jesteśmy. Że mimo lęku, niskiej samooceny i trudnych diagnoz, każdego dnia budzimy się i próbujemy na nowo.
Nie musisz być herosem. Masz prawo się bać. Masz prawo być krucha. I w tej swojej kruchości jesteś w pełni wartościowym człowiekiem, który zasługuje na szacunek – przede wszystkim od samego siebie.
Trzymajcie za mnie kciuki w tym czasie. Ja trzymam kciuki za Was. 💙
#DisabilityPrideMonth #PrzepuklinaOponowoRdzeniowa #Skolioza #WysokaWrażliwość #WHP #Akceptacja #MojaHistoria #Duma

.

środa, 1 lipca 2026

Kiedy miłość staje się obecnością

Są takie chwile, kiedy świat nagle staje się prostszy.
Jakby ktoś zdjął z ramion ciężar, którego nawet nie zauważałam, bo nosiłam go tak długo, że stał się częścią mnie.
I wtedy przychodzi ta jedna myśl — zaskakująco oczywista, a jednak wciąż trudna do przyjęcia:
miłość naprawdę wystarcza.

Nie ta filmowa, nie ta idealna, nie ta, którą trzeba udowadniać.
Tylko ta zwyczajna.
Ta, która jest obecnością.
Ta, która mówi: „Jestem. Nie musisz być doskonała.”

Bo niczego nie musimy udowadniać.
Nic nie musimy „zasłużyć”.
Nie musimy być szybsi, sprawniejsi, silniejsi, bardziej „ogarnięci”.
Nie musimy mieć idealnego życia, żeby zasługiwać na ciepło.

Czasem wystarczy, że ktoś po prostu jest.
Że słucha.
Że nie ocenia.
Że trzyma nas w myślach, nawet jeśli nie może trzymać za rękę.

I nagle wszystko staje się łatwiejsze.
Nie dlatego, że świat się zmienia.
Ale dlatego, że my przestajemy walczyć ze sobą.

Może właśnie o to chodzi w tej całej miłości —
nie o wielkie gesty, nie o deklaracje, nie o fajerwerki.
Tylko o to, by w tym wszystkim, co trudne, ktoś powiedział:
„Jesteś dokładnie tam, gdzie masz być. I jesteś wystarczająca.”

A reszta… reszta naprawdę jest prosta.
Bo czasem jedyne, czego potrzebujemy, to odrobina ciepła.
Odrobina obecności.
Odrobina miłości — tej prawdziwej, spokojnej, ludzkiej.


I właśnie dlatego chcę powiedzieć:

Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


wtorek, 30 czerwca 2026

Lżejszy

 

Dotykam Twojej twarzy jak ktoś, kto dopiero uczy się widzieć.

Powoli, ostrożnie, jakby każdy milimetr skóry miał w sobie odpowiedź, której szukałam od dawna.
Wyczuwam chłód Twoich dłoni, ten drobny znak obecności, który mówi więcej niż słowa.
I nagle okazuje się, że można zwolnić.
Że już nie boli.

Przychodzimy do ludzi z ciężarem, który czasem nosiliśmy zbyt długo.
Z historiami, które ciążyły bardziej, niż chcieliśmy przyznać.
Z ciszą, która potrafiła krzyczeć.

A potem pojawia się ktoś, kto patrzy tak, jakby widział kolory, których my już dawno nie widzieliśmy.
Ktoś, kto nie zabiera ciężaru — tylko pomaga go unieść.
I nagle wszystko staje się lżejsze.
Nie dlatego, że zniknęło.
Ale dlatego, że nie niesiesz tego już sama.

Może właśnie o tym jest ta lekkość.
O obecności, która nie przygniata.
O bliskości, która nie wymaga udawania.
O drodze, którą można przejść razem — nie dlatego, że inaczej się nie da, ale dlatego, że nie chce się inaczej.


Dziękuję, że tu jesteście

Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


niedziela, 28 czerwca 2026

„Dewiat” — o chwilach, które wracają, choć dawno powinny odejść

 


Są takie piosenki, które nie tylko się słyszy — one się przeżywa.
„Dewiat” od LemON jest jedną z nich.
Wpada pod skórę, zostaje w oddechu, otwiera te miejsca, które zwykle trzymam zamknięte na cztery spusty.

Może dlatego, że opowiada o chwilach, które były „na krótką chwilę”, a jednak potrafią wracać z siłą, jakby wydarzyły się wczoraj.
O spóźnionych spotkaniach.
O strachu, który czasem bardziej łączy niż rozdziela.
O tych dziewięciu łzach, dziewięciu słowach, dziewięciu światach, które niby dzielą, a jednak wciąż prowadzą „tam” — do kogoś, kto kiedyś był ważny.

Do Ciebie tam…

W refrenie jest krzyk.
Taki, który nie wychodzi na zewnątrz, tylko zostaje w środku.
Krzyk, który budzi człowieka w nocy, choć nikt go nie słyszy.

„Budzę się sam” — to zdanie znam aż za dobrze.
To moment, w którym sen miesza się z pamięcią, a pamięć z tęsknotą, której nie powinno już być.
A jednak jest.
Cicha.
Uparta.
Jak echo dawnego dotyku.

Przez chwilę byłaś…

Czasem wystarczy sekunda, jedno spojrzenie, jedno niedopowiedziane słowo, by coś w człowieku pękło albo się obudziło.
I choć życie toczy się dalej, choć człowiek buduje nowe światy, to tamte krótkie chwile potrafią wracać jak pytanie bez odpowiedzi.

Może dlatego ta piosenka tak boli.
A może dlatego tak leczy.

Spróbuj jak smakuję…

Jest w tym tekście coś z pragnienia, coś z odwagi, coś z rezygnacji.
Jakby ktoś mówił:
„Zobacz mnie jeszcze raz.
Choć przez chwilę.
Choćby w śnie.”

I może właśnie dlatego „Dewiat” jest tak prawdziwy — bo każdy z nas ma w sobie takie miejsce, do którego wraca tylko nocą.
Takie „tam”.

Do Ciebie tam… Zabij ten czas…

Czas nie zabija niczego.
Czas tylko przykrywa.
A muzyka potrafi odkopać wszystko jednym akordem.


Dziękuję, że tu jesteście

Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


czwartek, 25 czerwca 2026

Kiedy wiatr niesie to, czego nie da się wypowiedzieć

 


Są chwile, w których świat drży jak cienka nitka rozpięta między dwoma oddechami.
Chwile, w których cudzy niepokój staje się echem odbijającym się od twojej własnej ciszy.
Nie wiesz już, czy to krzyk, czy tylko wiatr przesuwający się po krawędziach dnia.
Czy to ból, czy jedynie wspomnienie dawnego pęknięcia.

Czasem próbujesz podnieść to, co nie ma kształtu.
Utrzymać w dłoniach coś, co rozsypuje się jak pył.
Czasem niesiesz ciężar, który nie należy do ciebie, choć przywarł do skóry jak cień.
I dopiero wtedy, gdy zatrzymasz się na moment, słyszysz własne serce — ciche, uparte, wciąż bijące.

Wolność nie zawsze przychodzi z hukiem.
Czasem jest tylko lekkim poruszeniem powietrza.
Czasem jest decyzją, by nie iść dalej w stronę burzy.
Czasem jest zgodą na to, że nie wszystko da się ocalić.

Idziesz więc.
Nie po to, by uciec.
Ale po to, by wrócić do siebie — do miejsca, gdzie wiatr nie niesie już cudzych historii, tylko twoją własną.
Do przestrzeni, w której światło układa się inaczej, łagodniej.
Do ciszy, która nie boli, lecz otula.

I w tej ciszy chcę powiedzieć jedno:

Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


wtorek, 23 czerwca 2026

Daj mi teplo o bliskości, która nie musi boleć i o ludziach, którzy potrafią ją unieść

 


Są takie piosenki, które nie wchodzą w życie jak goście.
One wchodzą jak wspomnienia.
Jak coś, co już kiedyś czułaś, ale nie miałaś odwagi nazwać.
„Daj mi teplo” jest właśnie takie — miękkie, ciche, a jednocześnie trafiające prosto w miejsce, które od dawna prosiło o dotyk.

Bo przecież każdy z nas zna ten moment.
Ten tuż przed pocałunkiem, kiedy świat na sekundę przestaje istnieć.
Kiedy oddech drugiej osoby staje się jedynym dźwiękiem,
a oczy — te zielone, brązowe, szare — patrzą tak, jakby widziały Cię naprawdę.
Nie Twoje zmagania.
Nie Twoje historie.
Ciebie.

To nie jest piosenka o wielkiej miłości.
To nie jest hymn o cierpieniu, choć pada tam słowo „cierpienie”.
To jest utwór o cieple, o tej najprostszej, najbardziej ludzkiej potrzebie:
żeby ktoś był.
Żeby ktoś dotknął Cię tak, jakbyś była czymś dobrym.
Żeby ktoś powiedział „dobrze, że Cię mam” — nie dlatego, że musi,
ale dlatego, że naprawdę tak czuje.

I może właśnie dlatego te słowa tak mocno we mnie rezonują:
„Daj mi swoje teplo, a ja dam Ci swoje.”

Nie jako wymiana.
Nie jako układ.
Nie jako obietnica, która ma coś naprawić.
Tylko jako zgoda na bliskość, która nie rani.
Na obecność, która nie zabiera przestrzeni.
Na dotyk, który nie jest próbą posiadania, tylko potwierdzeniem:
„widzę Cię”.

I w tym wszystkim — w tej miękkości, w tej zgodzie na bycie człowiekiem —
jest jeszcze coś, co czuję bardzo mocno.

Wy.

Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam w ciszy.
Że potraficie przeczytać to, czego nie umiem czasem wypowiedzieć.
To drżenie w dłoniach.
To milczenie, które mówi więcej niż słowa.
To wszystko, co dzieje się we mnie pomiędzy jednym oddechem a drugim.

Dziękuję, że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy powoli, delikatnie,
tak jak potrafię — bez pośpiechu, bez presji, bez lęku.
Za to, że mogę tu być sobą.
Za to, że nie muszę niczego udawać.
Za to, że widzicie we mnie człowieka, a nie tylko historię.

Może właśnie dlatego ta piosenka tak mocno we mnie pracuje.
Bo przypomina, że ciepło nie jest luksusem.
Jest potrzebą.
Tak samo jak oddech.
A Wy — swoją obecnością — dajecie mi je częściej, niż myślicie.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


poniedziałek, 22 czerwca 2026

Kiedy dobre wyniki RTG wcale nie cieszą… Moja walka o bezbolesne jutro



Wiele razy wspominałam Wam o tym, że od kilku miesięcy zmagam się z potwornym bólem kolana. Miałam ogromną nadzieję, że to tylko przejściowe, że dam radę to wypracować.
Niestety, rzeczywistość okazała się o wiele trudniejsza. Systematyczna rehabilitacja, w którą wkładałam tyle serca, wysiłku i czasu, nie była w stanie zniwelować tego bólu. Każdy dzień to walka, a brak poprawy po prostu odbierał mi siły i potwornie podcinał skrzydła. Czuję ogromną bezradność i zmęczenie tą sytuacją. Czasami człowiek robi wszystko, co w jego mocy, a ciało i tak mówi „nie”.
W tym całym obłędzie pojawiła się jednak mała iskierka nadziei. Dzięki przepisom o znacznym stopniu niepełnosprawności – które choć raz realnie zadziałały w ekspresowym tempie – udało mi się błyskawicznie zdobyć termin w poradni urazowo-ortopedycznej w Otwocku u lekarza specjalizującego się właśnie w kolanach.
Wiedziałam, że moje ciało to system naczyń połączonych. Przy mojej wadzie, zwichniętym biodrze, zrotowanej miednicy i kręgosłupie piersiowo-lędźwiowym, który wygląda dosłownie jak po wojnie, problem wcale nie musiał leżeć w samym stawie. Dla mnie to nigdy nie była po prostu kwestia "zbolałego kolana". To codzienna, wycieńczająca walka o samodzielność, niezależność i życie bez bólu – o rzeczy, które dla zdrowego człowieka są oczywistością, a dla mnie stanowią życiowy cel.
Diagnoza, która przyniosła trudną prawdę
Jestem już po wizycie u ortopedy i badaniu RTG. Stan samych kolan i bioder jest naprawdę DOBRY!
Choć powinnam się cieszyć, to mam w sobie sporo bardzo różnych i trudnych emocji. Szczerze? Wolałabym, żeby problem leżał w samej nodze, a nie w kręgosłupie. To oznacza bowiem, że źródło bólu kolana to znowu plecy.
Ewentualna trzecia operacja kręgosłupa nie jest czymś, co napawa mnie optymizmem. Tak ogromna ingerencja – implant na całą długość kręgosłupa i śruby przybite do miednicy – mogłaby bardzo utrudnić moją codzienną walkę o samodzielność i niezależność, które są dla mnie wszystkim. Wiem, że ta operacja prędzej czy później i tak się odbędzie... ale będę walczyła z całych sił, żeby stało się to jak NAJPÓŹNIEJ!
Plan działania: Intensywna walka
Teraz moim głównym zadaniem jest intensywna rehabilitacja, która ma ujarzmić ból i odwlec ten zabieg w czasie. Nie marnuję ani chwili – prosto z gabinetu poszłam do rejestracji i zapisałam się w Otwocku do pani doktor specjalizującej się w kręgosłupach. Wizytę mam w kwietniu, a do tego czasu daję z siebie wszystko na ćwiczeniach.
Przede mną czas ciężkiej i, nie ukrywam, koszmarnie kosztownej rehabilitacji. Diagnostyka, konsultacje i codzienna praca z fizjoterapeutami generują koszty, które zaczynają mnie po prostu przerastać.
Dlatego z całego serca proszę Was o wsparcie – każda pomoc w sfinansowaniu mojego leczenia i tej trudnej walki jest dla mnie teraz na wagę złota. Jeśli możecie dołożyć swoją cegiełkę lub po prostu udostępnić ten wpis dalej w świat, będę Wam ogromnie wdzięczna.
 Jak możesz mi pomóc?
Wszystkie szczegółowe informacje o tym, jak przekazać darowiznę na moją rehabilitację i leczenie oraz jak pobrać ulotkę do rozliczenia 1,5% podatku, znajdziesz na moim blogu w zakładce [JAK POMÓC].
Dziękuję, że jesteście tu ze mną. Samo to, że mogę się Wam wygadać i liczyć na Wasze dobre serca, daje mi siłę do działania. Wasze wsparcie dodaje mi skrzydeł! ❤️💪

niedziela, 21 czerwca 2026

Nie biegnę już za nikim

 

Są melodie, które wracają jak dotyk, którego nie pamiętasz, a jednak Twoje ciało go rozpoznaje.
Wracają nie dlatego, że chcesz — tylko dlatego, że coś w Tobie jeszcze nie zostało domknięte.
Coś, co czekało na odwagę, na zgodę, na ostatnie „już wystarczy”.

Ta jedna przyszła do mnie jak chłód na nagą skórę.
Jak przypomnienie, że można trzymać zbyt mocno.
Że można kochać tak, że aż boli — i wciąż nie wystarczy.
Że czasem trzeba wypuścić skrzydła, choć dłonie jeszcze drżą.

I wtedy przychodzi to zdanie, które nie jest już ciosem, tylko prawdą:
że ktoś może być wiosną dla kogoś innego,
a dla Ciebie — tylko zimnym, cichym powietrzem, które nie niesie życia.

Ale wiesz co?
W tej historii nie ma już we mnie złości.
Nie ma żalu.
Jest tylko miękka zgoda.
Jest oddech, który wraca po długim milczeniu.
Jest wolność, która nie krzyczy — tylko siada obok i mówi: „teraz już możesz”.

„Litaj, ptaszko moja” — mówię dziś bez drżenia.
Nie jak pożegnanie.
Jak uwolnienie.
Jak czuły gest wobec czegoś, co było lekcją, a nie przeznaczeniem.

A ja?
Zostaję.
Wreszcie przy sobie.
Wreszcie w miejscu, które nie boli.
W przestrzeni, którą mogę wypełnić własnym ciepłem, własnym oddechem, własnym istnieniem.
Bo czasem największą czułością jest pozwolić komuś odlecieć.
A największą odwagą — nie uciec za nim.


Dziękuję, że jesteście

Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam w ciszy.
Że potraficie przeczytać to, czego nie umiem czasem wypowiedzieć.
To drżenie w dłoniach.
To milczenie, które mówi więcej niż słowa.
To wszystko, co dzieje się we mnie pomiędzy jednym oddechem a drugim.

Dziękuję, że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy powoli, delikatnie,
tak jak potrafię — bez pośpiechu, bez presji, bez lęku.
Za to, że mogę tu być sobą.
Za to, że nie muszę niczego udawać.
Za to, że widzicie we mnie człowieka, a nie tylko historię.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


Rozpoczynamy nową serię: muzyczne opowieści inspirowane LemON i Igorem Herbutem

 



Są takie głosy, które nie tylko się słyszy — one wchodzą pod skórę, rozszczelniają ciszę i otwierają w człowieku przestrzenie, o których istnieniu dawno zapomniał.
Dla mnie jednym z takich głosów jest Igor Herbut.
A jednym z takich światów — LemON.

Dlatego dziś otwieram na blogu nową serię tekstów inspirowanych piosenkami, które niosą w sobie coś więcej niż melodię.
To będą opowieści utkane z emocji, wspomnień, metafor i światła — takie, które rodzą się wtedy, gdy muzyka dotyka najczulszych miejsc.


Co znajdzie się w tej serii?

🔸 Utwory LemON – te znane i te, które żyją ciszej, ale równie mocno.
🔸 Solowa twórczość Igora Herbuta – pełna delikatności, odwagi i kruchości.
🔸 Piosenki, w których Igor był gościem – bo jego głos potrafi zmienić każdy utwór w osobną historię.
🔸 Legendarne covery, które zapisały się w pamięci słuchaczy — jak choćby „Krakowski Spleen”, hołd dla niezapomnianej Kory.

Każdy z tych utworów stanie się dla mnie punktem wyjścia do stworzenia własnej opowieści — czasem metaforycznej, czasem osobistej, czasem zupełnie odrealnionej.


Dlaczego ta seria?

Bo muzyka LemON i Igora Herbuta to dla mnie przestrzeń prawdy.
To miejsce, w którym można się zatrzymać, odetchnąć, poczuć.
To dźwięki, które nie boją się mówić o kruchości, sile, tęsknocie i nadziei.

A ja chcę tę prawdę przenieść tutaj — do mojego domu ze słów.
Do miejsca, w którym spotykamy się bez masek.


Dziękuję, że jesteś obok

Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że w jakiś sposób idziesz tą drogą razem ze mną.
Dziękuję Ci za obecność, za uwagę, za każde zatrzymanie się przy moich słowach choć na chwilę.
Twoje wsparcie — dobre słowo, udostępnienie, a czasem po prostu sama obecność — sprawia, że łatwiej mi podnosić głowę, nawet kiedy świat bywa cięższy niż powinien.


Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie aktualne formy pomocy zebrałam w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
To miejsce, w którym wszystko jest jasno opisane i uporządkowane.

Każdy gest — mały czy duży — naprawdę zmienia moje życie.
Dziękuję za wszystko, co już zrobiłaś/zrobiłeś.
I za to, że nadal tu jesteś.


Zapraszam Cię do tej muzycznej podróży

Czytaj. Czuj. Zatrzymuj się.
Może odnajdziesz w tych tekstach kawałek siebie.
Może coś Cię poruszy, może coś ukoi, a może coś otworzy.

Dziękuję, że tworzysz ze mną to miejsce.

Monika


Cena udawania, że wszystko jest w porządku. O sztuce wciskania hamulca bezpieczeństwa



Czy zdarzyło Ci się kiedyś iść przed siebie tak szybko, że cały świat wokół stawał się tylko rozmazaną smugą? Pędzisz, odhaczasz kolejne zadania, odpowiadasz na wiadomości, a w głowie masz idealnie ułożony plan. Wszystko wygląda świetnie. Na papierze. Bo w środku, pod tą całą grubą warstwą rzekomej pewności siebie, zaczyna brakować Ci tchu.
Niedawno trafiłem na utwór Krzysztofa Iwaneczki „Zatrzymaj się”. I choć nie chcę tu cytować suchych słów z tekstu, to emocje, które ze mną zostawiły, natychmiast ułożyły się w historię, którą po prostu muszę się z Wami podzielić. To opowieść o każdym z nas.
Maska, która zaczyna uwierać
Wszystko zaczyna się od momentu absolutnej, niemal bolesnej szczerości przed samym sobą. Wyobraź sobie, że zdejmujesz z twarzy maskę człowieka sukcesu, eksperta, który zawsze wie, co robi. Czujesz ten paraliżujący wstyd? To ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, jak bardzo nikt nigdy nie nauczył nas rozmawiać o własnej bezsilności. Od dziecka powtarzano nam, by być silnymi, iść do przodu i nie marudzić. Więc kiedy pojawiają się złość, żal czy zagubienie, zamiast stawić im czoła, wolimy udawać, że ich nie ma.
Najgorsze jest jednak to, że świat wokół często oczekuje od nas gotowych recept na życie. Ludzie pytają o rady, patrzą na nas, a w nas krzyczy jedno wielkie pytanie: Jak mam uczyć kogokolwiek, jak żyć, skoro moje własne plany właśnie rozpadły się na kawałki? To moment upadku z wysokiego konia, który zamiast porażką, staje się początkiem wolności.
Cudowne uderzenie w hamulec
W tym całym życiowym pędzie, kiedy chaos próbuje przejąć kontrolę, potrzebujemy jednego: gwałtownego, stanowczego wciśnięcia hamulca awaryjnego. Wizualizuję to sobie jako moment, w którym ktoś bliski – albo nasz własny, głęboko ukryty instynkt samozachowawczy – kładzie nam rękę na ramieniu i zmusza do złapania oddechu.
Wtedy pada to jedno, najważniejsze pytanie, które tak rzadko sobie zadajemy: Co ty właściwie w tym momencie czujesz? Czego TY naprawdę chcesz od życia?
Nagle okazuje się, że największą odwagą wcale nie jest bieg przed siebie bez oglądania się za siebie. Prawdziwym bohaterstwem jest lojalność wobec samego siebie. To zgoda na to, że jeśli droga, którą idziemy od miesięcy czy lat, okazuje się ślepym zaułkiem, to mamy pełne, święte prawo zawrócić. Odwrót wcale nie oznacza przegranej. Czasem to jedyny sposób, by uratować siebie.
Lekcja poobijanych kolan
Dalsza część tej drogi to piękna, choć szorstka lekcja pokory. Człowiek patrzy na swoje życiowe błędy i zaczyna rozumieć, że niewiedza nie jest grzechem. To normalne, że się gubimy. Ludzką rzeczą jest potykać się i upadać, bo tylko z perspektywy parteru widać, jak mocno trzeba się odbić, by znowu stanąć na nogi.
Nikt z nas nie przejdzie przez życie w nieskazitelnie czystym ubraniu. Sparzymy się raz, drugi, dziesiąty. Ale to właśnie te blizny i te trudne momenty budują naszą prawdziwą tożsamość. Każdy z nas ma swoją własną, unikalną ścieżkę i musi ją przejść na własnych warunkach – z prawem do popełniania błędów i szukania własnych odpowiedzi.
Ta historia uczy jednego: kiedy wiatr wieje Ci w oczy, najważniejsze to nie stracić kontaktu z samym sobą. Pozwól sobie na chwilę ciszy.
Słowo ode mnie: Dziękuję, że jesteście!
Na koniec chcę Wam z całego serca podziękować za to, że tu zaglądacie. Wasza obecność, każde wyświetlenie, komentarz i chwila poświęcona na czytanie moich przemyśleń dają mi niesamowitą siłę do działania. To dla mnie bezcenne paliwo.
Jeśli czujecie, że to, co robię, ma sens i chcielibyście wesprzeć moje dalsze kroki oraz rozwój tego miejsca, będę ogromnie wdzięczny za każdą pomoc. Wszystkie szczegóły, informacje o tym, jak możecie realnie dołożyć swoją cegiełkę i dmuchnąć w moje skrzydła, znajdziecie w dedykowanej zakładce [JAK POMÓC] na górze strony.
A jak to wygląda u Was? Potraficie w porę powiedzieć sobie „stop” i sprawdzić, co dzieje się w Waszym sercu, czy raczej pędzicie do odcięcia zasilania? Czekam na Wasze historie w komentarzach!

piątek, 19 czerwca 2026

Ambicja vs. Rzeczywistość: Jak (nie) wracałam do formy nad zalewem w Garwolinie



Znasz to uczucie, kiedy Twoja głowa krzyczy „lecisz!”, a ciało bardzo dosadnie odpowiada „chyba cię poniosło”? No to posłuchajcie, jak wyglądał mój dzisiejszy powrót do aktywności.
Po dłuższej przerwie wybrałam się nad nasz garwoliński zalew retencyjny. Plan był prosty, spokojny i skrojony na miarę moich obecnych możliwości: zrobię dwa kółka, trochę się poruszam, złapię świeże powietrze i wracam. Brzmi rozsądnie, prawda?
I wtedy włączył się tryb: „Ja nie dam rady?!”
Gdy tylko dotarłam na miejsce, w mojej głowie odpalił się wehikuł czasu. Przypomniałam sobie, że jeszcze dwa lata temu bez większego problemu robiłam tu po 5 kółek – czyli jakieś 10 kilometrów! W ułamku sekundy racjonalny plan poszedł w odstawkę, a na jego miejsce wskoczyła czysta, sportowa ambicja. Postanowiłam: dzisiaj też będzie pięć!
Początek był super. Przy czwartym kółku zaczęłam już konkretnie odczuwać zmęczenie, ale w myślach powtarzałam sobie: „Nie no, nie odpuszczę na ostatniej prostej, zrobię to”.
W trakcie tego mojego biegu (czy też – jak kto woli – jazdy) spotkałam znajomego. Popatrzył na mnie, złapał się za głowę i podsumował krótko: „Dziewczyno, ty jesteś szalona, że tyle kręcisz!”. Zaśmiałam się tylko, rzucając: „Trzeba się ruszać i zrzucić parę kilogramów! Jak się nie chodzi na nogach, to trzeba nadrabiać inaczej!”.
Kiedy kręgosłup mówi „auć”
Żeby podkręcić dramatyzm sytuacji i pokazać, jaką mam moc, po tej krótkiej wymianie zdań jeszcze przyspieszyłam tempo. I to był ten moment, w którym mój kręgosłup postanowił zgłosić oficjalny protest. Poczułam bardzo wyraźne, głośne „AUĆ”.
W jednej sekundzie cała ta sportowa duma wyparowała, a ja musiałam gwałtownie zwolnić. Zamiast spektakularnego finiszu, skończyło się na szybkim telefonie do mojej asystentki: „Ratunku, przyjdź po mnie, bo sama nie dam rady wrócić”.
Lekcja na dziś?
To był klasyczny stan, w którym ambicje i obecna kondycja kompletnie nie poszły w parze. Chciałam przeskoczyć dwa lata przerwy w jedno popołudnie.
Choć dumna jestem z tego, że wciąż mam w sobie tyle determinacji, to dzisiejszy dzień był dla mnie lekcją pokory wobec własnego ciała. Czasem największą odwagą nie jest dokończenie założonego celu za wszelką cenę, ale umiejętność powiedzenia „stop”, kiedy organizm o to błaga.
A jak to jest u Was? Wasza ambicja też czasem wygrywa z rozsądkiem?


czwartek, 18 czerwca 2026

Dwie krainy, jedno serce. Moja podróż po godność i niezależność


Mówi się, że każdy z nas nosi w sobie mapę miejsc, które go ukształtowały. Czasami jednak człowiek rodzi się na granicy dwóch zupełnie obcych terytoriów. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam poruszający utwór „Ziemia” w wykonaniu Sargisa Davtyana, poczułam, jak głęboko rezonuje on z moim własnym życiem. Choć artysta śpiewa o rozdarciu między dwoma krajami, ja odnalazłam w tej piosence metaforę mojego własnego losu.
Od dwudziestu ośmiu lat moje życie to bowiem nieustanny taniec między dwoma światami: krainą pełną beztroski, zdrowia i swobody, którą podziwiam z daleka, a surową, pełną barier rzeczywistością niepełnosprawności, w której przyszło mi żyć.
Nazywam się Monika Mosór i mieszkam w Garwolinie. Moja codzienność to walka o to, by te dwa światy w końcu przestały się ze sobą kłócić. By społeczeństwo przestało budować mury, a zaczęło stawiać mosty.
Lekcja obcego języka i próba zakorzenienia
W utworze Davtyana, który stał się inspiracją dla moich przemyśleń, bohater przywołuje symbole kultury, by udowodnić swoją przynależność. Ja też całym sercem chłonę otaczający mnie świat. Jestem kobietą, która kocha życie, ma swoje wielkie marzenia i pragnie być po prostu traktowana jak równa wśród równych.
Jednak los już na starcie rzucił mnie na głęboką wodę, obciążając moje ciało bagażem, którego nikt nie powinien dźwigać. Przepuklina oponowo-rdzeniowa, wodogłowie, padaczka i codzienne dysfunkcje wewnętrznych organów to przeciwnicy, którzy nieustannie próbują odebrać mi prawo do decydowania o sobie. Zamiast spacerów po zielonych polach, moją ścieżką stały się ślady kół wózka inwalidzkiego. Każdego dnia na stole rehabilitacyjnym walczę o to, by moje własne ciało przestało być dla mnie obcym krajem, a stało się domem, w którym panuje spokój.
Syndrom tożsamościowej bezdomności
Piosenka „Ziemia” dotyka bolesnego motywu bezdomności – sytuacji, w której człowiek nigdzie nie czuje się w pełni u siebie. W moim życiu ten stan oznacza niewidzialną barierę, która oddziela mnie od reszty społeczeństwa. To uczucie, gdy świat ludzi sprawnych patrzy na Ciebie z dystansem, widząc jedynie wózek i ograniczenia, jakbyś nie pasował do ich krajobrazu. Z kolei w świecie czysto medycznym jesteś tylko kolejnym numerem w kartotece, kolejnym trudnym przypadkiem do zdiagnozowania.
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na jedno, wspólne „My”? Na to, by usiąść przy jednym stole bez barier, bez litości, za to z pełnym zrozumieniem?
Ta granica staje się jeszcze wyraźniejsza, gdy w grę wkracza proza życia. Moja niezależność ma niestety bardzo wysoką, materialną cenę. Co miesiąc potrzebuję ogromnych kwot na samą rehabilitację, leki oraz specjalistyczny sprzęt. To tworzy finansowy mur, przez który sama nie jestem w stanie przejść. To te chwile, gdy czuję, że brak środków zamyka przede mną drzwi do normalnego świata.
 Zbudujmy wspólny dom
Wierzę jednak – tak jak artysta w swoim utworze – że żadne podziały nie są ostateczne. Korzenie, nawet te mocno poturbowane przez los, potrafią na nowo wrosnąć w ziemię, jeśli tylko poczują ciepło. Psychoterapia pomaga mi odnaleźć wewnętrzne światło w najciemniejszych momentach, ale to obecność drugiego człowieka daje mi realną siłę do działania.
Nie musimy żyć w osobnych światach. Możesz pomóc mi zburzyć te mury i sprawić, byśmy zaczęli mówić o sobie jako o jednej, wspólnej rodzinie. Każdy gest ma znaczenie i pozwala mi wierzyć, że niemożliwe staje się rzeczywistością.
 Jak możesz mi pomóc i jak złapać ze mną kontakt?
 Wszystkie szczegółowe informacje o tym, jak przekazać mi wsparcie (w tym 1,5% podatku czy SMS), a także odnośniki do mojego Facebooka oraz innych mediów społecznościowych, znajdziesz w odpowiednich zakładkach na górze mojego bloga.
Dziękuję Ci za to, że nie przechodzisz obok mojej granicy obojętnie. Dziękuję, że pomagasz mi bezpiecznie zapuścić korzenie w normalnym, pięknym życiu.
Z głęboką wdzięcznością,
Monika Mosór

środa, 17 czerwca 2026

Miłość do zwierząt, chwile bez bólu i walka o sprawność – moja wizyta na Farmie Goławice


Witajcie kochani! 
Dzisiaj chcę się z Wami podzielić czymś bardzo osobistym, a zarazem pięknym. Kto zna mnie bliżej, ten doskonale wie, że bardzo kocham zwierzęta. Mają one w sobie niezwykłą magię – empatię, której często brakuje ludziom, oraz czystą, niczym niewymuszoną radość. Kontakt z nimi od zawsze był dla mnie formą terapii, dlatego kiedy tylko pojawia się okazja, staram się uciekać bliżej natury.
Ostatnio wybrałam się w wyjątkowe miejsce – na Farmę Goławice. To urokliwy zakątek pełen niesamowitych stworzeń. Miałam okazję z bliska przytulić ciekawskie alpaki, nakarmić osiołki, podziwiać dumne pelikany, a nawet spotkać przesympatyczne kapibary i urocze pieski preriowe. Sami zobaczcie na zdjęciach, ile było w tym wszystkim autentycznej, dziecięcej wręcz radości 
Cud, który przyniósł ulgę
Ta wycieczka miała dla mnie znacznie głębszy wymiar, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Od końca marca zmagam się z silnym, nieustannym bólem kolana, który niesamowicie utrudnia mi codzienne funkcjonowanie i potrafi odebrać całą energię. Jednak tam, na farmie, stał się prawdziwy cud.
Kiedy otoczyły mnie te wszystkie cudowne zwierzaki, negatywne emocje i fizyczny dyskomfort po prostu odpłynęły. Dzięki nim chociaż na chwilę mogłam całkowicie zapomnieć o bólu. Obecność zwierząt przyniosła mi psychiczną i fizyczną ulgę, dając mi potężnego kopa motywacyjnego do dalszej walki o siebie. 
Kilka słów o dostępności, czyli okiem wózkowicza 
Jako osoba poruszająca się na wózku, zawsze zwracam uwagę na infrastrukturę miejsc, które odwiedzam. Chcę być z Wami zupełnie szczera – Farma Goławice to cudowne miejsce z ogromnym potencjałem i wspaniałą atmosferą, ale musi jeszcze sporo popracować nad dostępnością dla osób z niepełnosprawnościami.
Największym wyzwaniem na miejscu okazały się kwestie techniczne, takie jak niedostosowana łazienka oraz bariery architektoniczne przy wejściu do kawiarni. Dla osób takich jak ja, samodzielne pokonanie tych przeszkód bywa niemożliwe. Mam ogromną nadzieję, że właściciele farmy z czasem zadbają o te detale, bo ułatwiłoby to życie wielu wyjątkowym gościom, którzy tak jak ja pragną kontaktu z naturą bez barier.
Moja codzienność
Wizyta na farmie była piękną odskocznią, jednak rzeczywistość, do której wracam, bywa trudna. Moja codzienność to przede wszystkim intensywna, nieprzerwana i niestety bardzo kosztowna rehabilitacja związana z przepukliną oponowo-rdzeniową. Aby móc dalej cieszyć się życiem, łagodzić skutki codziennych dolegliwości, przełamywać kolejne bariery i dążyć do jak największej sprawności oraz samodzielności, cały czas potrzebuję wsparcia ludzi o wielkich sercach. Każdy krok do przodu to dla mnie szansa na kolejny dzień bez bólu.
A jak to jest u Was?
Na koniec mam do Was ogromną prośbę i pytanie. Czy Wy również czujecie tak niesamowitą więź ze zwierzętami? Czy macie swoje ulubione miejsca, w których bliskość natury pozwala Wam odciąć się od codziennych trosk, stresu czy bólu?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! Chętnie dowiem się też, jakie zwierzątka ze zdjęć skradły Wasze serca najmocniej – u mnie kapibary i pieski preriowe zdecydowanie wygrywają! 
 Jak możesz mnie wesprzeć?
Jeśli chcielibyście pomóc mi w mojej codziennej walce o sprawność, wszystkie szczegółowe informacje, numery kont oraz sposoby wsparcia znajdziecie na moim blogu w zakładce [JAK POMÓC].
Ogromną pomocą będzie dla mnie również udostępnienie tego wpisu w swoich mediach społecznościowych. To nic nie kosztuje, a pozwala mi dotrzeć dalej.
Dziękuję, że jesteście ze mną na tej drodze i wspieracie mnie w drodze po lepsze jutro! 






wtorek, 16 czerwca 2026

Monika z marzeniami – o tym, jak jedna czerwona sukienka zmieniła wszystko

Pamiętacie mój wcześniejszy wpis o czerwonej sukience, którą kupiłam z myślą o wyjątkowej uroczystości rodzinnej? 31 maja nadszedł w końcu dzień jej wielkiej premiery. Kiedy rano szykowałam się do wyjścia, zupełnie nie spodziewałam się tego, co przyniosą najbliższe godziny. Nastawiałam się po prostu na miły, rodzinny dzień. W końcu jechałam tam świętować sukcesy moich kuzynów – i tutaj zdradzę Wam małą tajemnicę: to nie była zwykła komunia, bo połączono ją z huczną osiemnastką!
Gdy jednak uroczystość się rozpoczęła, poczułam, że to wielkie, rodzinne święto splata się z czymś niezwykle ważnym dla mnie samej. To nie był kolejny zwyczajny dzień, w którym po prostu założyłam ładne ubranie. Tamtego popołudnia wydarzyło się coś znacznie głębszego.
Tego dnia nie byłam „tą biedną Monisią”. Byłam Moniką – kobietą, która ma swoje pasje, cele i wielkie marzenia. Kobietą silną, dumną i w pełni świadomą siebie.
Nie jest mi łatwo o tym pisać, bo na co dzień moja samoocena bywa naprawdę niska. Często toczę ze sobą wewnętrzne bitwy, zmagając się z ogromnym brakiem wiary we własne możliwości. Rzeczywistość bywa brutalna, a budowanie pewności siebie przypomina drogę pod górę. Cholernie ciężko jest czuć się piękną, gdy świat na każdym kroku promuje sztywne, sztucznie wykreowane kanony piękna. Kiedy zewsząd zalewają nas idealne, nieskazitelne obrazki, bardzo łatwo ulec złudzeniu, że brak dopasowania do tych szablonów czyni nas gorszymi.
Jednak w takich momentach jak ten, nagle dzieje się magia i cały ten wewnętrzny krytyk milknie. Tamtego dnia odsunęłam na bok wszelkie kompleksy. Spojrzałam w lustro i poczułam się po prostu przepięknie. Wyrazista czerwień sukienki, cudowny makijaż i idealna fryzura sprawiły, że to, co zewnętrzne, w końcu idealnie współgrało z tym, co od zawsze noszę głęboko w sercu. Poczułam niesamowitą, przepełniającą mnie pewność siebie i czystą, niczym niezmąconą radość.
Ten wyjątkowy stan ducha nie byłby jednak możliwy, gdyby nie dwie cudowne kobiety, które spotkałam na swojej drodze. Z całego serca chcę podziękować Paulinie– to Twoje magiczne dłonie wyczarowały mój wizerunek. Sprawiłaś, że zyskałam niesamowity blask, a fryzura i makijaż idealnie dopełniły całą stylizację. Dziękuję Ci za Twój niezwykły talent i serce włożone w pracę! 🥰
Drugie, ogromne podziękowania kieruję do pani fotograf, Magdaleny. Pani Magdo, przez tych kilka wspólnych godzin bez przerwy powtarzała mi Pani słowa, które wryły mi się w pamięć: że jestem piękną kobietą i że aparat mnie kocha. Pani profesjonalizm, ale przede wszystkim ciepłe, niesamowite wsparcie sprawiły, że całkowicie zrzuciłam pancerz, otworzyłam się i uwierzyłam w to, co widzę na zdjęciach. Pomogła mi Pani przełamać barierę, którą tak często sama wokół siebie wznoszę. Dziękuję za to z całego serca!
Dzielę się z Wami tą opowieścią i tą energią, bo głęboko wierzę, że każda z nas – bez względu na codzienne potyczki z własnymi myślami, wątpliwościami czy narzucanymi nam przez otoczenie wzorcami – zasługuje na to, by poczuć się niepowtarzalnie. Nasze prawdziwe piękno nie mieści się w żadnych szablonach.
Moja codzienna droga po realizację marzeń i walka o pełną niezależność bywają jednak trudne i wymagają sporego wysiłku. Jeśli moja historia poruszyła Wasze serca i chcielibyście stać się częścią mojego świata, pomagając mi w pokonywaniu kolejnych barier, będzie mi ogromnie miło. Wszystkie szczegółowe informacje o tym, jak możecie mnie wesprzeć (w tym dane do przekazania 1,5% podatku czy darowizny), znajdziecie na moim blogu w zakładce „Jak pomóc”.Każdy, nawet najmniejszy gest, dobre słowo czy udostępnienie tego wpisu znaczą dla mnie więcej, niż potrafię wyrazić.
Dziękuję, że jesteście tu ze mną, czytacie moje słowa i towarzyszycie mi w drodze po marzenia!

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Melodia, którą zbyt dobrze znam. O najważniejszej walce, którą toczę każdego dnia

 


„Otwieram oczy, idę / widzę na jeden metr / skoszona trawa, nudny dzień...”

Znasz to uczucie, kiedy życie przypomina spacer we mgle? Widzisz tylko jeden krok przed sobą. Idziesz, bo trzeba. Bo tak wypada. Bo ciało i głowa nauczyły się powtarzać te same ruchy każdego dnia. Monotonia staje się bezpieczna, a jednocześnie dławiąca.

Przez lata myślałam, że moje największe bitwy to te, które toczę ze światem: z barierami, z codziennością, z opiniami ludzi. Dopiero z czasem zrozumiałam, że prawda jest o wiele bardziej bolesna.

Najtrudniejszą walkę toczę codziennie sama ze sobą.


Świat czuję za mocno, a siebie widzę za mało

Jestem osobą, która czuje wszystko intensywniej. Moja wrażliwość i empatia pozwalają mi rozumieć ból innych, wspierać ich, być dla nich. To piękna cecha — ale też miecz obosieczny.

Bo kiedy masz w sobie ocean empatii dla świata, a jednocześnie zmagasz się z niską samooceną, zaczynasz grać w grę, której nie da się wygrać.

Innym dajesz prawo do błędów, słabości, potknięć. Sobie — odmawiasz wszystkiego.

Niska samoocena działa jak filtr: każde dobre słowo od innych zamienia w przypadek, a każde potknięcie w dowód na to, że jesteś niewystarczająca. I tak zaczyna się cicha wojna, której nikt nie widzi.


Niewidzialna walka i ból cudzej oceny

Codziennie walczę o rzeczy, o których mało kto ma pojęcie. O wstanie z łóżka. O zrobienie kroku. O przetrwanie dnia w świecie, który nie jest dostosowany ani do mojej wrażliwości, ani do mojego ciała.

To wysiłek, który wyczerpuje mnie do szpiku kości.

A najbardziej boli jedno: ludzie widzą tylko to, czego NIE robię.

Nie widzą godzin walki z bólem. Nie widzą przełamywania lęków. Nie widzą milczących zwycięstw, które odnoszę każdego dnia. Widzą za to każdy moment, kiedy odpuszczam. Każdą nieobecność. Każde „nie mam siły”.

Oceniają mnie przez pryzmat tego, czego im nie dałam — nie tego, ile mnie kosztowało, by w ogóle spróbować.


Strachy, które trzymają za kark

„Weszłam na jedną chwilę / zostałam kilka lat / strachy trzymały mnie za kark...”

Lęki są jak cienie. Wchodzisz w nie „na chwilę”, pozwalasz sobie na jeden moment zwątpienia, jedną myśl, że nie pasujesz, że jesteś gorsza, że nie spełniasz oczekiwań. A potem budzisz się po latach i widzisz, że te strachy trzymają cię mocno za kark i nie pozwalają spojrzeć w górę.

Moim największym przeciwnikiem nie jest pech. Jest nim ten cichy, destrukcyjny głos we mnie, który szepcze:

„Nie dasz rady.”
„Po co próbujesz, skoro i tak nikt tego nie doceni.”
„Bezpieczniej będzie zniknąć.”

To właśnie dlatego chodzę na terapię. Bo wiem, że sama nie uniosę wszystkiego. Terapia uczy mnie oddzielać fakty od lęków, realność od katastroficznych wizji, moje prawdziwe „ja” od tego, co podpowiada mi strach.

To proces długi, czasem bolesny, czasem wyczerpujący — ale konieczny, jeśli chcę odzyskać siebie.

Walka z własnym sabotażystą to starcie bez publiczności. Nikt nie widzi rund, które przegrywam wieczorami. Nikt nie bije braw, gdy rano mimo wszystko wstaję i idę dalej.


Taniec, z którego pora się wypisać

„Wiem, że nie chcę się już dłużej bać / nie chcę tańczyć do melodii, którą znam...”

Najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, gdy uświadamiasz sobie, że tańczysz do melodii, którą znasz aż za dobrze. Melodii przepraszania za to, że żyjesz. Melodii udowadniania swojej wartości. Melodii przejmowania się ludźmi, którzy nie mają pojęcia o Twoim codziennym heroizmie.

Przełom nie następuje wtedy, gdy świat zacznie zauważać Twój wysiłek.

Przełom następuje wtedy, gdy tę ogromną empatię, którą masz dla innych, w końcu kierujesz w stronę samej siebie.

Kiedy mówisz: DOŚĆ.

Przestaję tańczyć do melodii oczekiwań. Doceniam swoje małe-wielkie kroki, nawet jeśli dla kogoś są niewidoczne. Wolę potknąć się na nowej drodze jako osoba, która walczy o siebie, niż idealnie maszerować w miejscu, które mnie niszczy.

I wiem, że przede mną długa droga. Terapia, zmiana nawyków myślenia, uczenie się łagodności wobec siebie — to proces, który wymaga czasu. Ale po raz pierwszy od dawna czuję, że idę w dobrą stronę.


Otwieram oczy. Idę.

„Jestem wolny / już mnie porwał wiatr / daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd”

Wygrana w walce ze sobą nie oznacza, że ból znika. Oznacza, że przestajesz pozwalać mu prowadzić Cię za rękę.

Kiedy w końcu podajesz dłoń samej sobie — tej wrażliwej, wojowniczej, zmęczonej, ale upartej wersji — krajobraz zaczyna się zmieniać. Nudny dzień ustępuje miejsca dobrym dniom. Mgła się przerzedza. Trawa znów robi się zielona.

Zamiast patrzeć tylko na jeden metr przed sobą, zaczynasz spoglądać w gwiazdy.

Otwieram oczy. Idę. I choć moja niewidzialna walka będzie trwać, to dziś wiem jedno:

Widzę swój wysiłek.
Widzę drogę, którą już przeszłam.
Widzę tę, która jeszcze przede mną.

I to wystarczy, by iść dalej z podniesioną głową.


Dziękuję, że jesteście

Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że czytacie to milczenie w moich dłoniach.
Że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy — powoli, bez lęku.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mi pomóc:
Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.