poniedziałek, 30 marca 2026

Gdy kolano ogłasza strajk… ból w wersji komiksowej

 


Czasem, żeby nie zwariować, trzeba nadać bólowi kreskówkową twarz. W komiksie wygląda to zabawnie, ale w rzeczywistości potrafi być to siódmy dzień, kiedy kolano mówi „stop”, a codzienność wymaga negocjacji, cierpliwości i determinacji. Zatrzymanie się nie wchodzi w grę — każdy dzień sprawności jest na wagę złota.

Często pojawia się pytanie:
„Jak to możliwe, że kolano boli, skoro jest paraliż?”

To jeden z paradoksów życia z niepełnosprawnością ruchową. Czucie powierzchowne może być zachowane — dotyk jest odczuwalny, choć nie wszędzie. Ale ból wewnątrz stawu? Ten potrafi być bardzo intensywny. Ciało wysyła sygnały alarmowe poprzez głębokie napięcie, rwanie, niepokój w tkankach.

Najtrudniejsze jest to, że nie da się wskazać dokładnego miejsca bólu. To bardziej ogólna okolica niż precyzyjny punkt. Jak szukanie usterki w ciemnym pokoju — wiadomo, że coś jest nie tak, ale trzeba działać „po omacku”, chłodząc cały obszar i uważnie obserwując reakcje skóry.

Dlaczego tak się dzieje?

Przy porażonych mięśniach stawy tracą stabilizację. Każda próba pionizacji, każdy krok, a nawet samo siedzenie na wózku sprawia, że obciążenia przenoszą się bezpośrednio na kości i więzadła. To prosta droga do stanów zapalnych, które potrafią wyłączyć z życia na wiele dni.

Chłodzenie — niby ulga, a jednak pełna czujność

Na grafice wygląda to jak moment wytchnienia. W praktyce to precyzyjna procedura:

  • chłodzenie zawsze przez materiał,
  • pilnowanie czasu co do minuty,
  • regularne sprawdzanie skóry, bo sygnały ostrzegawcze przed zimnem mogą być osłabione.

To mały rytuał troski o ciało — wymagający więcej uwagi, niż mogłoby się wydawać.

Na koniec

Rehabilitacja, codzienna walka o sprawność i radzenie sobie z bólem to proces, który wymaga ogromu siły, konsekwencji i wsparcia.
Informacje o tym, jak można pomóc, znajdują się w zakładce „Jak możesz pomóc” na blogu.


sobota, 28 marca 2026

Kiedy natura mówi głośniej niż słowa

 Są takie chwile, kiedy natura przemawia ciszą, która potrafi dotknąć głębiej niż najpiękniejsze zdania. Spokój łabędzia sunącego po wodzie, drzewa przeglądające się w mroku, światło odbijające się od tafli jak od lustra — te obrazy przypominają mi, że nawet w najciemniejszą noc można odnaleźć piękno.

Szukam tego piękna każdego dnia. Czasem w drobiazgach, czasem w oddechu, czasem w spojrzeniu Nico, który jak nikt potrafi sprowadzić mnie na ziemię i jednocześnie podnieść wyżej. Walczę o to, by móc cieszyć się tymi chwilami jak najdłużej — bo to one składają się na moje „jutro”.

I chcę Ci powiedzieć jedno: dziękuję, że jesteś.
Czasami, gdy ciało odmawia posłuszeństwa, to właśnie świadomość, że po drugiej stronie ekranu są ludzie, którym zależy, pozwala mi przetrwać najtrudniejsze momenty. Wasza obecność — nawet ta cicha, niewidoczna — jest dla mnie jak światło na końcu ścieżki.

Każdy gest, każde słowo, każdy ślad Waszej obecności przypomina mi, że w tej mojej nocnej wędrówce nigdy nie jestem do końca sama.

czwartek, 26 marca 2026

Kiedy ciało krzyczy głośniej niż film — moja poniedziałkowa „przygoda” w kinie





Siedzisz w kinie. Chcesz na chwilę zapomnieć o wszystkim, zanurzyć się w historii na ekranie, pozwolić sobie na oddech od codzienności. A potem — jak grom z jasnego nieba — pojawia się ten potężny ból pod kolanem. Taki, który odbiera oddech i sprawia, że jedyne, o czym myślisz, to przetrwać do jutra.
To moment, w którym Twoje ciało, naznaczone przepukliną oponowo‑rdzeniową i codzienną spastyką, zaczyna krzyczeć głośniej niż film, głośniej niż cały świat. A Ty zostajesz z tym krzykiem sama, czekając na wizytę rehabilitanta jak na kogoś, kto pomoże Ci zrozumieć własne ciało, kiedy ono nagle przestaje być Twoim sprzymierzeńcem.
Po wizycie wszystko stało się jasne — najpewniej naciągnięcie mięśnia. Niby drobiazg, ale w połączeniu ze spastyką potrafi zamienić zwykły dzień w pole bitwy. Spastyka jest jak kapryśny cień: zawsze obok, czasem cicha, a czasem nagle przejmująca kontrolę nad każdym ruchem, każdym napięciem, każdym oddechem.
Moja codzienność to nieustanna walka — z bólem, z ograniczeniami, z własnym ciałem, które od urodzenia wymaga więcej troski, cierpliwości i siły, niż ktokolwiek widzi na pierwszy rzut oka. To godziny spędzone na materacu rehabilitacyjnym, gdzie każde małe zwycięstwo jest jak zdobycie szczytu.
Ale są też chwile, kiedy ciało przypomina, że bez stałego wsparcia specjalistów trudno mi odzyskać siebie — tę wersję mnie, która chce żyć z mniejszym bólem i większą niezależnością. I choć czasem jedno naciągnięcie mięśnia potrafi wywrócić dzień do góry nogami, to właśnie dzięki rehabilitacji mogę wracać do równowagi, krok po kroku, oddech po oddechu.


środa, 25 marca 2026

Refleksje po filmie „Reminders of Him. Cząstka ciebie, którą znam”



W poniedziałek wybrałam się do kina i od tamtej chwili noszę w sobie ten film jak coś, czego nie da się po prostu obejrzeć i zostawić za sobą. „Reminders of Him. Cząstka ciebie, którą znam” to historia o winie, nadziei i pragnieniu drugiej szansy — i może właśnie dlatego poruszyła mnie tak głęboko. Bo choć nasze losy są różne, emocje, które niesie ten film, dotykają miejsc, które sama znam aż za dobrze: walki o godność, o zrozumienie, o prawo do życia po swojemu mimo bólu, ograniczeń i cudzych ocen.
Są filmy, które się ogląda.
Są filmy, które się przeżywa.
A są też takie, które się czuje — każdą komórką, każdym oddechem, każdym niewypowiedzianym słowem.
Ten film właśnie taki jest.
To opowieść o kobiecie, która wraca z miejsca, gdzie człowiek traci nie tylko wolność, ale i siebie. Kenna wychodzi z więzienia z jednym pragnieniem: zobaczyć swoją córkę. Nie odzyskać, nie zabrać — po prostu zobaczyć. Dotknąć. Uwierzyć, że jeszcze ma prawo być matką.
Ale świat, do którego wraca, jest zimny. Ludzie patrzą na nią jak na potwora. I choć rozumiesz ich ból, to serce pęka, kiedy widzisz, jak bardzo ona próbuje oddychać wśród tego gniewu.
A potem pojawia się Ledger.
Człowiek rozdarty między lojalnością a uczuciem, które nie powinno się narodzić. Ich relacja jest jak chodzenie po cienkim lodzie — piękna, ale bolesna. Każde spojrzenie między nimi to walka: między tym, co czują, a tym, co „powinni”.
I właśnie dlatego ten film tak wciąga.
Bo nic tu nie jest proste.
Nic nie jest oczywiste.
Nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły.
To świat, w którym każdy niesie swój ból, swoje straty, swoje „gdyby tylko…”.
A to wszystko powstało na podstawie książki Colleen Hoover — autorki, która dla mnie jest drugim Nicholasem Sparksem. Ma tę samą zdolność do rozrywania serca na kawałki, do opowiadania o miłości, która boli i leczy jednocześnie. Ale robi to po swojemu — bardziej surowo, współcześnie i prawdziwie.
„Reminders of Him. Cząstka ciebie, którą znam” zostawia człowieka w ciszy.
Zostajesz sama z tym wszystkim, co film w Tobie poruszył — z własnymi ranami, z nadzieją na drugą szansę i z miłością tak wielką, że aż boli, bo wiesz, jak łatwo można ją stracić.
To film, który nie tylko wzrusza.
On oczyszcza.

piątek, 20 marca 2026

Moje ręce – fundament mojego świata


 Są dni, kiedy patrzę na swoje dłonie i widzę w nich całą historię mojego życia.
Nie są idealne.
Nie są wolne od bólu.
Ale są moje — i to one niosą mnie przez każdy dzień.
Moje ręce to podstawa mojego ciała.
To dzięki nim mogę się ubrać, przesiąść, podnieść, przesunąć, sięgnąć po to, co dla innych jest oczywistością.
To one pozwalają mi żyć tak, jak potrafię najlepiej.
Czasem mówią „stop”.
Czasem drżą.
Czasem bolą tak, że trudno je podnieść.
Ale ja ich nie słucham.
Bo wiem, że jeśli się poddam — stracę część siebie.

Ręce, które niosą moje marzenia

Wzmacniam je każdego dnia.
Nie dlatego, że lubię ćwiczyć.
Ale dlatego, że wiem, że to one dają mi niezależność.
To one są moją wolnością.
Dla mnie wzmacnianie rąk to nie hantle i powtórzenia.
To codzienna walka o samodzielność.
To pasja, determinacja i cicha obietnica, którą składam samej sobie:
„Nie poddam się. Jeszcze nie dziś.”

Miejsce, w którym buduję swoją siłę

Na zdjęciach widać nietypowe ćwiczenia ze sprzętem Masterki.
Metal, uchwyty, maty — dla kogoś to zwykła sala.
Dla mnie to przestrzeń, w której odzyskuję kontrolę nad własnym ciałem.
Każdy ruch to nie tylko praca nad mięśniami.
To budowanie wiary w siebie.
To moment, w którym czuję, że mogę więcej, niż podpowiada mi strach.
Że moje ciało, choć wymagające, wciąż potrafi być moim sprzymierzeńcem.

Dziękuję, że jesteście obok

Wasze wsparcie jest jak dodatkowa para rąk, która podtrzymuje mnie wtedy, gdy moje własne zaczynają się chwiać.
Dzięki Wam mam siłę, by walczyć dalej.
By ćwiczyć, próbować, podnosić się i zaczynać od nowa.
Moje ręce niosą mnie przez życie.
A Wy — niesiecie mnie przez trudniejsze dni.
Dziękuję, że jesteście częścią tej drogi.


poniedziałek, 16 marca 2026

„Nie lepiej po prostu zejść?” – no jasne, że lepiej! Jak ja na to nie wpadłam?!


 Jakiś czas temu wrzuciłam na TikToka krótką rolkę, na której wciągam się na rękach po schodach u znajomych. I wiecie co? Sekcja komentarzy okazała się prawdziwą kopalnią genialnych porad, na które – jak widać – przez 28 lat życia z przepukliną oponowo‑rdzeniową po prostu nie wpadłam.

Mój absolutny faworyt to pytanie:

„Nie lepiej zejść po schodach?”

To jest dopiero przełom! Jutro spróbuję też lewitować albo po prostu powiem moim nogom, żeby przestały leniuchować i zaczęły współpracować. Skoro to takie proste, to po co mi schodołaz, który mam w domu? Po co ten cały wysiłek, żeby przemieścić się choćby o kilka kroków po mieszkaniu, maksymalnie obciążając przy tym ręce?

Codzienność, która nie jest wyborem

Prawda jest taka, że to nie jest mój „wybór sportowy”.
To walka o niezależność i godność w świecie pełnym barier.

Moja codzienność to godziny spędzone na stole rehabilitacyjnym i walka o każdy drobny postęp, by móc zrobić coś sama. Koszty tej „codzienności” – leczenia, rehabilitacji, aktywnego wózka czy ortez – sięgają kilkunastu tysięcy złotych. To nie są fanaberie. To narzędzia, dzięki którym mogę funkcjonować.

Zamiast „dobrych rad” – realna pomoc

Jeśli ktoś naprawdę chce pomóc mi pokonywać te schody (i wiele innych barier), to mam dwie proste wskazówki:

  • Namiary na mojego TikToka znajdziecie w zakładce Kontakt – tam możecie śledzić moją codzienność bez filtrów i bez mitów.
  • W zakładce „Jak pomóc” znajdziecie wszystkie informacje o tym, jak można wesprzeć moją rehabilitację i walkę o niezależność.

Każde wsparcie – nawet najmniejsze – realnie zmienia moją codzienność.


sobota, 14 marca 2026

Marzenia na kółkach – moje koncertowe i zwierzęce wyprawy


Marzec zawsze przypomina mi, że marzenia nie mają terminu ważności. Nie czekają na idealny moment, nie pytają o stan zdrowia, nie sprawdzają, czy na dworcu działa winda. One po prostu są — ciche, uparte, gotowe, by je spełnić, jeśli tylko damy im szansę.

Dlatego dziś chcę opowiedzieć o marzeniach, które — mimo wyzwań — nabrały skrzydeł. O muzyce, która leczy duszę. O podróżach, które uczą cierpliwości. O ludziach, którzy pomagają wspiąć się po schodach — dosłownie i metaforycznie.

Bo choć leczenie i rehabilitacja zajmują trzy czwarte mojego życia, ta pozostała część należy do marzeń.
A marzenia, jak wiadomo, rzadko bywają łatwe. I właśnie dlatego są tak wyjątkowe.

Muzyczne skrzydła: LemON i koncert, który zmienił wszystko

Od ponad dekady jestem wierną fanką zespołu LemON. Każda nuta, każdy tekst — czuję je całą sobą.
Na osiemnaste urodziny dostałam prezent, o którym marzyłam latami: bilet na koncert.

Dla wielu to jedno kliknięcie i wyjazd.
Dla mnie — osoby z niepełnosprawnością — to wyprawa na własny Everest.

Trzeba było znaleźć opiekuna, transport do Łodzi, zaplanować każdy szczegół.
Ale kiedy cała sala uniosła papierowe płatki śniegu przy „Grudniowym”, poczułam coś, czego nie da się opisać.
Magia. Wspólnota. Jedność.
W tamtej chwili wiedziałam, że warto było pokonać każdą barierę.

Orientarium – marzenie miłośniczki zwierząt

Kolejnym marzeniem była podróż do łódzkiego Orientarium.
Planowanie noclegu, przejazdu pociągiem, zgłoszenie asysty — to nie był spontan, tylko logistyczny maraton.

A jednak się udało.
Dzięki mamie i siostrze, które dosłownie wciągały mnie po schodach, żeby zdążyć na pociąg.

Tak wygląda nasza codzienność: brak wind, niedziałające systemy, brak asysty.
A ja? Nie tracę uśmiechu.

Bo nawet jeśli 99% wypraw to „przygody”, ten jeden procent magii wynagradza wszystko.

Muzyka, bliskość i siła wsparcia

Spotkanie z Kamilem Bednarkiem — spełnione dzięki fundacji You Can Help.
Koncert Dawida Kwiatkowskiego, na którym ochroniarze pomogli mi stanąć tuż przy scenie.

W takich chwilach choroba potrafi zaskoczyć — czasem nawet pomóc znaleźć się bliżej marzeń.
Ale przede wszystkim pokazuje, że ludzie potrafią być dobrzy, uważni i pełni serca.

Podróż ku nadziei

To wszystko nie byłoby możliwe bez ciężkiej pracy mojej, mojej rodziny i rehabilitantów.
Wiem, że jeśli moje ciało choć trochę osłabnie, takie wyprawy przestaną być możliwe.
A na to nie ma mojej zgody.

Marzenia na ten rok

A co przede mną teraz?
Ten rok ma swoje własne, wyjątkowe marzenia.
Największe z nich już czeka w kalendarzu: koncert LemONa i Ewy Farnej w Płocku, 20 września.
To będzie dzień, w którym muzyka znów stanie się moimi skrzydłami.
A co jeszcze przyniesie los — zobaczymy.
Moje życie lubi pisać scenariusze, których sama bym nie wymyśliła.
Jeśli chcesz się przekonać, dokąd zaprowadzą mnie kolejne marzenia,
obserwuj mnie — ta historia dopiero się rozwija.

czwartek, 12 marca 2026

Wiosna marzeń – o turnusie, który jest dla mnie namiastką wakacji

Wiosna zawsze budzi we mnie cichą nadzieję.
Świat zaczyna oddychać pełniej, dni stają się jaśniejsze, a ludzie wokół jakby lżejsi.
Dla wielu to czas pierwszych planów wakacyjnych, spontanicznych wyjazdów, weekendowych wypadów nad jezioro czy w góry.

Dla mnie… to wciąż rzeczywistość pełna rehabilitacji, codziennych obowiązków i barier, których inni nawet nie zauważają.

Nie mogę po prostu wsiąść do pociągu i pojechać nad morze.
Nie mogę zaplanować wyjazdu „z dnia na dzień”.
Polska infrastruktura nadal nie jest przyjazna osobom z niepełnosprawnością, a transport bywa misją, która kończy się na pierwszych schodach.

Turnus rehabilitacyjny — moja namiastka wakacji

Dlatego turnus rehabilitacyjny zaplanowany na październik jest dla mnie czymś znacznie większym niż leczeniem.
To moja przestrzeń na oddech.
Moja szansa, by poczuć się jak człowiek, a nie tylko pacjent.

To czas, kiedy mogę porozmawiać z kimś, kto naprawdę rozumie.
Posiedzieć na świeżym powietrzu.
Pośmiać się.
Złapać dystans.
Zregenerować nie tylko ciało, ale i duszę.

Koszt turnusu to 13 100 zł — i wciąż nie mam pełnej kwoty.
To dla mnie ogromna suma, ale też ogromna szansa na poprawę sprawności i jakości życia.

Dlaczego proszę o wsparcie

Rehabilitacja nie kończy się na turnusie.
To codzienność, która kosztuje mnie 3400 zł miesięcznie — na:

  • rehabilitację,
  • terapię psychologiczną,
  • sprzęt i jego serwis,
  • leki,
  • obuwie ortopedyczne,
  • konsultacje specjalistyczne.

To wydatki, które rosną szybciej niż możliwości.
Dlatego każde wsparcie — nawet najmniejsze — realnie pomaga mi utrzymać sprawność i przygotować się do październikowego turnusu.

Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc?”.

Twoje wsparcie ma moc

Twoja pomoc to dla mnie coś więcej niż pieniądze.
To światło, które rozprasza trudniejsze dni.
To dowód, że nie jestem sama.
To siła, dzięki której mogę walczyć o siebie:

  • o życie z mniejszym bólem,
  • o odrobinę normalności,
  • o możliwość spełniania marzeń, które dla wielu są codziennością.

Z całego serca dziękuję, że jesteś ze mną.
Razem możemy więcej.




wtorek, 10 marca 2026

Schody jak Everest – moja codzienna, cicha wspinaczka


Są dni, kiedy patrzę na schody i czuję, jakby ktoś postawił przede mną górę.
Nie symboliczną.
Prawdziwą.
Taką, która rośnie w oczach, zanim jeszcze zrobię pierwszy ruch.

Dla wielu osób schody to tylko kilka stopni między piętrami.
Dla mnie — to Everest.
Codzienny, nieustępliwy, wymagający.
I choć nie mam liny, czekana ani ekipy wspinaczkowej, mam trzy sposoby, które pozwalają mi zdobywać ten szczyt, kiedy świat zapomina o windach.

1. Zjazd na wózku przy poręczy – balans między strachem a odwagą

Na zdjęciu tego nie widać, ale wtedy była ze mną druga osoba.
Ktoś, kto asekurował mnie z troską, z uważnością, z sercem.
Ale w życiu codziennym nie zawsze mam kogoś obok.
Czasem jestem tylko ja, wózek i schody, które nie pytają, czy dziś mam siłę.

Ten zjazd to zawsze moment zawieszenia.
Sekunda, w której ciało pamięta ból, a serce — odwagę.
To chwila, w której uczę się ufać sobie bardziej niż grawitacji.

2. Zejście w ortezach – wspomnienie, które noszę jak medal

Kiedyś to była moja codzienność.
Każdy krok wymagał ogromnego wysiłku, a ręce pracowały za całe ciało.
Każde zejście było jak walka z własnymi ograniczeniami.

Dziś mogę to robić tylko podczas rehabilitacji, pod czujnym okiem specjalisty.
Moje ciało już nie pozwala na to każdego dnia.
Ale pamiętam tamten czas.
Pamiętam, że potrafiłam.
I noszę to wspomnienie jak medal — dowód, że jestem silniejsza, niż wyglądam.

3. Schodołaz – mój codzienny towarzysz wolności

Schodołaz nie jest tylko urządzeniem.
To mój codzienny sprzymierzeniec.
Mój sposób na wyjście z domu, na spotkanie ze światem, na to, by nie zamknąć się w czterech ścianach.

Dla kogoś to metal i mechanizm.
Dla mnie — symbol niezależności.
Most między mną a życiem, które dzieje się na zewnątrz.

Dlaczego o tym piszę

Bo chcę pokazać, jak bardzo bariery architektoniczne potrafią zmienić czyjeś życie.
To nie tylko schody.
To dostępność.
To równość.
To prawo do samodzielności.

Ale mimo tych przeszkód — nie poddaję się.
Codziennie walczę o siebie.
Codziennie zdobywam swój Everest.
Czasem z pomocą.
Czasem sama.
Zawsze z wiarą, że dam radę.

Bo choć góra jest wysoka, ja mam w sobie siłę, by się wspinać.


Cieszmy się z małych rzeczy – moja droga do zdrowia, lekkości i wdzięczności


 „Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest” — te słowa Sylwii Grzeszczak towarzyszą mi od lat. To mój osobisty hymn. W życiu, w którym każde zwycięstwo — nawet najmniejsze — ma ogromną wartość, te słowa nabierają wyjątkowego znaczenia.
Jednym z takich zwycięstw była utrata wagi.
Dla innych to drobiazg.
Dla mnie — kamień milowy.

Diagnoza, która przewróciła wszystko

Tuż przed osiemnastymi urodzinami usłyszałam diagnozę: padaczka.
Niespodziewany „prezent”, który wywrócił moje życie do góry nogami.

Zanim jednak padły te słowa, spędziłam 43 dni na oddziale neurochirurgii.
Dwie wymiany zastawki.
Nieprzyjemne badania gastrologiczne.
Niezliczone chwile bólu i bezsilności.

A potem pojawiła się Depakina — pierwszy lek, który miał pomóc, a przyniósł skutki uboczne: wypadanie włosów, przyrost wagi, nieustanny apetyt.
W pewnym momencie neurolog powiedziała stanowczo:
„Monika, tak dalej być nie może.”

Spotkanie, które zmieniło wszystko

I wtedy los postawił na mojej drodze panią Anię — dietetyczkę z sercem na dłoni.
Nie miała wcześniejszego doświadczenia z osobami z niepełnosprawnością, ale uwierzyła we mnie.
Uwierzyła, że razem damy radę.

Nasza wspólna droga trwa już osiem lat.

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie — u mnie w domu, bo gabinet, w którym przyjmowała, nie był dostępny dla osoby na wózku.
Nie wierzyłam wtedy, że da się schudnąć przy moich ograniczeniach ruchowych.
Okazało się jednak, że kluczem nie jest intensywny ruch, lecz determinacja i dobrze dobrana dieta.

Efekty, które zmieniły moje życie

Utrata 25 kilogramów.
A wraz z nimi zmieniło się wszystko:

  • Samopoczucie — najlepsze w życiu.
  • Pewność siebie — sukienki, kobiecość, radość.
  • Zdrowie — mniej bólu, większa mobilność.

Z czasem mój metabolizm zwolnił — PESEL robi swoje — ale z panią Anią dokonałyśmy liftingu diety.
I znów widzę efekty.
Czuję, że po raz kolejny zwyciężę.

Kto gotuje? Kto walczy?

Mama przygotowuje większość moich posiłków, bo nasza kuchnia nie jest dostosowana do moich potrzeb.
Wielu mówi:
„To zwycięstwo Twojej mamy.”
Ale ja wiem jedno:
to moja decyzja, moja siła i moja wytrwałość sprawiły, że to się udało.
Mama pomaga — ale to ja codziennie wybieram zdrowie.

Wdzięczność, która niesie

Dziękuję każdemu, kto jest ze mną: słowem, darowizną, obecnością.
Jesteście moim paliwem w drodze ku samodzielności i spełnianiu marzeń.

Dziękuję sobie — za to, że się nie poddałam.
Dziękuję mojej rodzinie, rehabilitantom, lekarzom.
Bez Was nie byłoby mnie tu, gdzie jestem.

Moje ciało to moja świątynia

Nie pozwolę mu osłabnąć.
Bo wtedy marzenia, podróże, codzienność… stałyby się zbyt trudne.
A ja się na to nie zgadzam.

niedziela, 8 marca 2026

Kobiecość, którą chronię jak skarb – moja najcichsza, najprawdziwsza historia


 Są takie chwile, kiedy patrzę w lustro i widzę tylko oczy.
Zmęczone, ale uparte.
I wtedy pytam siebie:
„Kim jesteś, Monika, kiedy nikt nie patrzy?”
Odpowiedź nie przychodzi od razu.
Bo moja kobiecość nie jest oczywista.
Nie przyszła do mnie lekko, jak do wielu dziewczyn, które dorastały bez bólu, bez ograniczeń, bez lęku o każdy ruch.
Moja kobiecość była czymś, co musiałam odnaleźć, zbudować, a czasem wręcz wywalczyć.

Kiedy choroba próbuje odebrać Ci to, co najdelikatniejsze

Niepełnosprawność zabiera wiele rzeczy.
Sprawność. Swobodę. Spontaniczność.
Ale najboleśniej uderza w to, co niewidoczne — w poczucie, że jesteś kobietą, która może być piękna, pożądana, zauważona.

Były dni, kiedy czułam się tylko „przypadkiem medycznym”.
Ciałem, które trzeba naprawiać.
Zadaniem do wykonania.
Problemem do rozwiązania.

A przecież w środku byłam kimś innym.
Dziewczyną, która chciała pomalować usta.
Kobietą, która chciała założyć sukienkę.
Osobą, która chciała poczuć, że jest ważna — nie dlatego, że walczy, ale dlatego, że jest.

Makijaż jako list do samej siebie

Kiedy pierwszy raz pomalowałam usta, to nie był makijaż.
To było wyznanie.
Cichy szept:
„Monika, jesteś tu. Nie zniknęłaś.”

Każdy kolor na powiece, każdy lakier na paznokciach, każde ułożone pasmo włosów było jak cegiełka, którą odbudowywałam siebie.
Nie po to, by komuś się podobać.
Ale po to, by poczuć, że nadal jestem kobietą, a nie tylko pacjentką.

Rehabilitacja jako droga do kobiecości

Moje ciało nie jest łatwe.
Czasem boli tak, że trudno oddychać.
Czasem odmawia posłuszeństwa.
Czasem sprawia, że czuję się obca we własnej skórze.

Dlatego rehabilitacja to dla mnie coś więcej niż ćwiczenia.
To sposób, by odzyskać ciało, które pozwala mi czuć się sobą.
Ciało, które uniesie sukienkę.
Ciało, które pozwoli mi usiąść prosto, spojrzeć komuś w oczy, poczuć się pewnie.
Ciało, które nie będzie przeszkodą w byciu kobietą.

To codzienne koszty, codzienna praca, codzienna walka.
Sprzęt, leki, obuwie ortopedyczne, terapie — wszystko to jest częścią mojej drogi do tego, by móc powiedzieć:
„To ja. Cała ja.”

Na końcu tej historii jestem ja

Nie diagnoza.
Nie wózek.
Nie ograniczenia.
Ja — Monika.
Kobieta, która chce kochać, być kochana i żyć pięknie.
Kobieta, która nie wstydzi się swojej wrażliwości.
Kobieta, która każdego dnia mówi do siebie:
„Nie poddam się. Bo zasługuję na to, by być sobą.”
Dziękuję, że czytasz.
Dziękuję, jeśli zdecydujesz się pomóc.
Dziękuję, że widzisz we mnie kobietę, nie tylko chorobę.