czwartek, 30 kwietnia 2026

Czerwona sukienka, szpilki z Garwolina i technologiczna fikcja: Co naprawdę definiuje kobiecość?

 

 


Zanim opowiem Wam tę historię, mam dla Was mały eksperyment.
Pokażę dwa zdjęcia: jedno z przymierzalni — prawdziwe, zwyczajne, moje — oraz drugie, wygenerowane przez AI. Chcę, żebyście wybrali, które według Was jest „prawdziwsze”. Jestem bardzo ciekawa, co zobaczycie, zanim zdradzę, jak wygląda rzeczywistość.

A teraz — skąd w ogóle wziął się ten pomysł?

Ostatnio wybrałam się na zakupy do Warszawy. Misja była jasna: znaleźć idealną kreację na komunię mojego kuzyna. Po przejrzeniu dziesiątek wieszaków trafiłam na tę jedną — czerwoną sukienkę, która od razu powiedziała „bierz mnie”.

Po powrocie do domu wpadłam na pomysł posta dla Was i wygenerowałam przez AI zdjęcie w tej sukience. I właśnie wtedy… wróciło do mnie wspomnienie sprzed prawie 10 lat. Wspomnienie, które idealnie pokazuje, jak długą drogę przeszłam.

Marzenie o szpilkach i lekcja z Garwolina

Prawie dekadę temu miałam jedno wielkie marzenie: nosić buty na obcasie.
Ze względu na moją małą stopę zamówiłam szpilki szyte na miarę. Brzmiało pięknie — do momentu pierwszej przymiarki.

Rzeczywistość była brutalna: moje porażone stopy nie były w stanie wejść w te buty, choćby nie wiem jak piękne były.

Wtedy trafiłam do szewca w Garwolinie. Ten człowiek dokonał niemożliwego — przerobił te szpilki tak, bym mogła je założyć. Jeśli to czyta: dziękuję raz jeszcze.

Założyłam je na okazję, na którą były szyte… i wytrzymałam w nich może godzinę.
Moje stopy powiedziały „stop”, a ja dostałam lekcję, której wtedy bardzo potrzebowałam.

Dzisiejsza perspektywa kontra cyfrowa iluzja

Dziś, patrząc na te dwa zdjęcia — prawdziwe i wygenerowane — uśmiecham się do tamtej dziewczyny sprzed lat.

AI „ubrało” mnie w szpilki i rajstopy, wyprostowało sylwetkę, wygładziło każdy szczegół. Dopasowało mnie do algorytmów, które promują jeden, konkretny wzorzec „zdrowego” wyglądu.

Muszę to powiedzieć jasno: to zdjęcie to technologiczna fikcja.
Moje ciało tak nie wygląda. I co najważniejsze — już nawet nie próbuję dążyć do tego, by tak wyglądało.

Kobiecość to coś więcej niż wygląd

Przez lata świat wmawiał nam, że naszym zadaniem jest „naprawiać się”, by pasować do mitycznej normy.

Ja tę pogoń zakończyłam.

Dziś wiem, że:

·        Moje ciało ma swoją historię, której nie zmienią ani buty szyte na miarę, ani cyfrowe filtry.

·        Kobiecość nie zależy od wysokości obcasa, długości sukienki czy tego, czy mam na sobie rajstopy, czy spodnie.

·        To, co mam w środku — siła, charakter, doświadczenie — waży więcej niż to, co widzi algorytm.

Akceptacja zamiast retuszu

Sztuczna inteligencja może dorysować mi najpiękniejszy ogród, idealnie ułożone nogi i perfekcyjne szpilki.

Ale nie odda jednego: mojej autentyczności.

Wolę moją prawdziwą wersję — tę, która po zakupach w Warszawie wie, że może wyglądać świetnie w czerwonej sukience, nawet jeśli pod nią ma trampki albo ortezę, a nie szpilki z Garwolina.

Wrzucam to porównanie, żeby pokazać, jak łatwo stworzyć iluzję „idealnego ciała”.
Prawdziwe życie dzieje się poza retuszem.

Moje ciało jest dokładnie takie, jakie ma być — i to mi wystarcza.

A Ty?

Co według Ciebie naprawdę definiuje naszą wartość — tę, której nie da się wygenerować jednym kliknięciem.

A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz mi pomóc, wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Kino (nie) dla każdego, czyli tor przeszkód zamiast seansu

 

Wszystko zaczęło się od ciszy.
Takiej, która nie jest zwykłym brakiem dźwięku, tylko czymś… gęstszym.
Ciszą, która osiada na skórze jak kurz w starym kinie, zanim jeszcze zapalą się światła.
Ale już przy wejściu czuję, że wieczór ma dla mnie inny scenariusz.
One wyglądają jakby ktoś zaprojektował je na potrzeby tajnego stowarzyszenia miłośników marmuru.
Czerń tak głęboka, że mogłaby wciągnąć człowieka jak studnia bez dna.
Czerwony pas jak ślad po czymś, co wydarzyło się tu wcześniej i o czym nikt nie chce mówić.
Drobinki światła migoczące jak iskry z zepsutego projektora.
A jednocześnie… złowieszczo.
„Witaj w grze. Zobaczymy, czy przejdziesz pierwszy poziom.”
Powietrze pachnie popcornem, ale pod tą warstwą czuję coś jeszcze — lekki chłód, jakby budynek obserwował mnie z ukrycia.
Rozglądam się za windą.
Nic.
Ani jednej strzałki, ani jednego piktogramu, ani jednego śladu, że gdzieś tu istnieje droga bez barier.
Taki, który nie jest sztuką, tylko… znikaniem informacji.
Odpowiedź pada jak strzał z kapiszona:
Jakby to zdanie odbiło się od ścian i wróciło do mnie w zwolnionym tempie.
Zejść po schodach… żeby skorzystać z windy… która ma zastąpić schody.
To jest architektoniczna zagadka, której nie rozwiązałby nawet Sherlock Holmes.
To ona — niczym postać z kina akcji — wciąga mnie po tych schodach, krok po kroku, jakbyśmy razem próbowały uciec z jakiegoś surrealistycznego labiryntu.
Jej determinacja kontra czyjaś obojętność.
Jej pomoc kontra architektura, która mówi: radź sobie sama.
Chcę tylko zjechać na dół.
Tylko tyle.
Panel martwy.
Cisza, która nie jest zwykłą ciszą, tylko tą… dramatyczną.
Taką, która poprzedza zwrot akcji.
To jest plot twist.
Scena po napisach, której nikt nie przewidział, ale która zmienia cały sens wieczoru.
„Jak my teraz stąd wyjdziemy?”
Możecie mieć światła, które udają Hollywood.
Możecie mieć schody, które wyglądają jak portal do innego wymiaru.
To jest escape room.
Powinna być jak dobry film:
czytelna, logiczna, przewidywalna tam, gdzie trzeba.
Wychodzę z domu z myślą o filmie, a nie o przygodzie.
Staję przed schodami.
Nie są to zwykłe schody — nie.
Wygląda to pięknie.
Jakby ktoś chciał powiedzieć:
Design 1 : Dostępność 0
Wchodzę do środka.
Minimalizm.
Pytam obsługę.
„Żeby dostać się do windy, musi pani najpierw zejść po schodach na dół.”
Przez sekundę mam wrażenie, że słyszę echo.
To nie jest absurd.
Siła asysty vs. słabość technologii
Gdyby nie moja asystentka, zostałabym na tym czerwonym pasie jak bohaterka, której wycięto scenę z filmu.
Jej siła kontra słabość systemu.
Finał, którego nie było w scenariuszu
Po seansie — kiedy światła się zapalają, a sala pustoszeje jak plan filmowy po ostatnim klapsie — podchodzę do windy.
Drzwi zamknięte.
Winda nie działa.
I nagle czuję, że to nie jest awaria.
Zamiast spokojnego powrotu mam napięcie, improwizację i pytanie, które brzmi jak cliffhanger:
Mała prośba do projektantów i menedżerów
Możecie mieć marmury, które błyszczą jak w pałacu.
Ale jeśli:
·        winda jest tylko rekwizytem,
·        oznaczenia są jak szyfry,
·        a procedury awaryjne istnieją tylko w folderach…
…to nie jest to kino.
A dostępność nie powinna być zagadką, którą trzeba rozwiązywać w półmroku.
A Ty?
Czy zdarzyło Ci się kiedyś wejść do miejsca, które miało być przyjazne, a okazało się pełne ukrytych pułapek, absurdów i „zwrotów akcji”?
Opowiedz — bo takie historie potrafią otworzyć oczy bardziej niż niejeden thriller.
A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz mi pomóc, wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Kiedy muzyka niesie bardziej niż nogi… Moja historia z „Mam Talent!” w tle

 

 


To miał być zwykły wieczór. Taki, w którym człowiek odpala Internet „na chwilę”, żeby coś obejrzeć do herbaty, a kończy z otwartymi oczami i sercem, które bije jak po maratonie.
Przewijałam sobie spokojnie filmiki, aż nagle trafiłam na występ Pati Alen i Piotra Iwanickiego z 17. sezonu „Mam Talent!”.
Kliknęłam — bez większego planu.
I wtedy świat mi się zatrzymał.

Gdy marzenie wraca jak bumerang

Zanim opowiem o tym, co zobaczyłam, muszę wrócić do miejsca, które od lat noszę w sobie.

Wyobraź sobie mnie — młodszą o dziesięć lat, z głową pełną planów i sercem, które chciało tańczyć bardziej niż cokolwiek innego.
Nie tylko na weselach, gdzie zawsze znajdę sposób, żeby wjechać na parkiet i zrobić swoje.
Ja chciałam uczyć się profesjonalnego tańca na wózku.
Zrozumieć technikę. Poczuć prowadzenie. Nauczyć się tej płynności, którą mają mistrzowie.

Pamiętam, jak szukałam zajęć. Jak sprawdzałam dojazdy. Jak próbowałam to wszystko poukładać.
I pamiętam też ten moment, kiedy dotarło do mnie, że to marzenie jest… za daleko.
Dosłownie.
Za dużo kilometrów. Za dużo przeszkód. Za dużo „nie da się”.

Odłożyłam je na półkę. Nie wyrzuciłam — nigdy.
Ale przestałam o nim mówić na głos.

A potem kliknęłam „play”

Wracamy do tego wieczoru.
Siedzę z laptopem, przewijam internet, klikam w nagranie i… już po kilku sekundach czuję, że coś we mnie drży.

Muzyka rusza.
Światła przygasają.
A Pati i Piotr zaczynają opowiadać historię, w której każde spojrzenie, każdy obrót, każdy ruch wózka ma znaczenie.

To nie był taniec.
To było porozumienie bez słów.

Piotr — mistrz świata, człowiek, który potrafi zrobić z wózka instrument sztuki.
Pati — lekka, pewna, oddana rytmowi.
Razem — jakby tańczyli od zawsze.

I nagle poczułam, jak coś we mnie pęka.
Nie z bólu.
Z tęsknoty.
Z zachwytu.
Z tego dziwnego uczucia, kiedy widzisz na ekranie czyjeś spełnione marzenie i przypominasz sobie, że kiedyś miałaś dokładnie takie samo.

Wózek, który nie ogranicza — tylko prowadzi

Najbardziej uderzyło mnie to, jak naturalnie wózek stał się częścią choreografii.
Nie dodatkiem.
Nie „mimo wszystko”.
Nie symbolem.

Partnerem.
Drugą parą nóg.
Elementem, który dodaje siły, a nie ją odbiera.

Patrzyłam na nich i czułam, jak muzyka niesie mnie bardziej niż moje własne ciało kiedykolwiek mogło.
I wiesz co?
To było piękne.

Dlaczego o tym piszę?

Bo ten występ — obejrzany przypadkiem, w internecie, między jednym filmikiem a drugim — przypomniał mi coś ważnego:
Marzenia nie umierają tylko dlatego, że nie udało się ich zrealizować w pełnej wersji.
Czasem żyją w nas dalej — w zachwycie, w tęsknocie, w tym ciepłym ukłuciu, które pojawia się, gdy widzimy je u innych.

I może właśnie po to są takie momenty.
Żeby przypominać nam, kim byliśmy.
I kim wciąż jesteśmy.

A teraz chcę usłyszeć Was

Macie takie marzenia, które musieliście odłożyć, ale wciąż coś w Was drży, kiedy widzicie je na ekranie, scenie albo u kogoś bliskiego?
A może taniec — w jakiejkolwiek formie — jest dla Was tą przestrzenią, w której świat na chwilę przestaje istnieć?

Opowiedzcie mi o tym. Chcę poznać Wasze historie.

A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz mi pomóc, wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”.

piątek, 24 kwietnia 2026

System wystawił mi rachunek za marzenia o życiu bez bólu. Kolejna odmowa...


Są takie dni, kiedy człowiek ma ochotę po prostu usiąść i płakać z bezsilności. Kilka dni w mojej skrzynce pocztowej znalazłam list z PCPR w Garwolinie. Kolejne pismo, kolejna sucha, urzędowa formułka i to samo zdanie, które tnie głębiej niż jakikolwiek ból fizyczny: „wniosek rozpatrzony negatywnie”.
To już drugi rok z rzędu. Drugi rok, kiedy słyszę, że na moją sprawność po prostu „nie ma środków”.
Samodzielność to nie luksus, to moja codzienna walka
Dla urzędnika to tylko kolejna sprawa do odhaczenia, rubryka w tabeli, która się nie dopina. Dla mnie to wyrok skazujący na kolejne miesiące zmagania się z ograniczeniami własnego ciała. Turnus rehabilitacyjny to nie są wakacje. To mordercze godziny ćwiczeń, potu i łez, które mają jeden cel: życie bez paraliżującego bólu i choć odrobinę więcej samodzielności.
Chcę móc rano wstać bez jęku, ubrać się, zrobić sobie herbatę. Chcę walczyć o to, by moja niepełnosprawność nie odebrała mi resztek niezależności. Bez intensywnej rehabilitacji to, co wywalczyłam do tej pory, po prostu znika. Moje ciało nie rozumie pojęcia „brak funduszy w budżecie”. Ono sztywnieje i boli teraz.
Gorzka prawda o systemie
Najgorsze w tym wszystkim jest poczucie bycia ignorowaną. Nawet gdyby urząd przyznał mi to dofinansowanie, to i tak byłaby to tylko część potrzebnej kwoty – kropla w morzu potrzeb. Ale w tym roku system uznał, że nie zasługuję nawet na ten ułamek. Po raz drugi z rzędu zostałam odprawiona z kwitkiem.
Skoro system zamknął drzwi, proszę o pomoc Was
Jakiś czas temu otworzyłam zbiórkę. Przeczuwałam, że walka z biurokracją może być nierówna, ale nie sądziłam, że zostanę zostawiona zupełnie sama. W tej chwili ta zbiórka to moja jedyna szansa na wyjazd, na rehabilitację i na życie, w którym ból nie dyktuje warunków.
Zwracam się do Was z prośbą, która płynie prosto z serca. Nie pozwólcie, by urzędnicza decyzja odebrała mi szansę na sprawność. Każda złotówka, każde udostępnienie to dla mnie krok bliżej do celu.
Możesz wesprzeć moją walkę tutaj:
👉 https://pomagam.pl/monikamosor
Dwa lata odmów to dużo, ale wierzę, że siła dobrych ludzi jest większa niż jakikolwiek budżet państwa. Proszę, pomóżcie mi pokazać, że moja sprawność jest ważna.
Dziękuję za każde wsparcie. To dzięki Wam jeszcze mam siłę wierzyć, że będzie lepiej.



środa, 22 kwietnia 2026

Wielka przeprowadzka i moja „Książka Serwisowa” na otwarcie!


Cześć wszystkim!

Jeśli to czytacie, to znaczy, że oficjalnie ewakuowałam się z facebookowego cyrku — z tej areny, gdzie klaunem bywa algorytm, a publiczność znika szybciej niż powiadomienia.
Przeniosłam się tutaj, bo mój sarkazm zaczął się tam odbijać od ścian jak nietoperz w za małej jaskini.
Wiele postów, które znacie z fanpage’a, dostało tu drugie życie, ale ten tekst jest świeży jak farba na drzwiach nowego domu.
To mój symboliczny moment przecięcia wstęgi — choć w moim przypadku częściej to mnie przecinano.

Zanim jednak zaczniemy pisać nową historię, musimy wrócić do „poprzednich sezonów”.
Usiądźcie wygodnie.
Moja droga do osiemnastki nie była bajką — była sagą, epopeją, medycznym fantasy z elementami thrillera.

Fundamenty i systemy operacyjne

Wszystko zaczęło się od Premiery z fajerwerkami (Godzina Zero).
Ledwo zameldowałam się na planecie, a już trafiłam na główną scenę, pod światła lamp operacyjnych, które świeciły jak reflektory na koncercie rockowym.
Moja przepuklina oponowo‑rdzeniowa uznała, że potrzebuje natychmiastowej, autorskiej plastyki — jak diva, która żąda garderoby jeszcze przed wejściem na scenę.

Zanim poznałam smak mleka, poznałam smak chirurgicznej precyzji.
Pierwsze nici, pierwsze sploty, pierwsze linie na mapie mojego ciała — jakby ktoś rysował kontynenty na świeżo powstałej planecie.

Potem przyszła Symfonia na sześć zastawek.
Moja głowa stała się domem dla technologii o kaprysach gwiazdy filmowej.
Przez lata wymieniano je jak sezonowe kolekcje — sześć razy aktualizowano mój wewnętrzny system operacyjny, zanim świat nauczył się, że update’y mogą być religią.

Remonty generalne i błędy w sztuce

Kiedy rówieśnicy biegali za piłką, ja brałam udział w Biodrowym Remake’u.
Ówczesny „architekt” postawił na projekt, który nie przetrwał próby czasu — jak dom z katalogu, który pięknie wygląda tylko na wizualizacji.
Operacja dysplazji była krótkim antraktem, po którym kurtyna opadła, ale wszyscy wiedzieli, że spektakl dopiero się rozkręca.

Dziś moje biodro, z nostalgią starego fortepianu, znów domaga się wymiany na tytanowy model — taki, który nie zagra fałszywej nuty.

Dwa lata później przyszła korekta azymutu.
Moja stopa postanowiła pójść własną, artystycznie wygiętą ścieżką.
Skalpel musiał jej wytłumaczyć, że w życiu warto trzymać się kierunku — nawet jeśli trzeba to zapisać w kościach jak w kamiennych tablicach.

Konstrukcje stalowe (i gumowe...)

W wieku 15 lat nadszedł Wielki Finał Konstrukcyjny.
Implant, który miał być stalową kolumną mojego wewnętrznego panteonu, okazał się… gumowym żartem.
Zbyt krótki, zbyt miękki, zbyt nieśmiały, by trzymać cokolwiek w ryzach.
Rehabilitantka nazwała go „gumowym”, a ja mogłam tylko przyznać, że to najtrafniejsza recenzja sezonu.

W kuluarach już krążą plotki o jego następcy — długim, dumnym, niezłomnym rusztowaniu, które ma wejść na plac budowy jak bohater w finale filmu.

Operacje typu „Black Ops”

A teraz rozdział, którego nie znajdziecie w żadnym folderze informacyjnym.
Moje prywatne misje specjalne — wyprawy w mroczne, ukryte przed światłem dziennym zakamarki dolnych rewirów ciała, gdzie nawet metafory chodzą na palcach.

Walka z partyzantką ropni, wygaszanie ognisk zapalnych w tych delikatnych, intymnych krainach — to była prawdziwa szkoła przetrwania.
Tam, w półmroku operacyjnych lamp, chirurdzy musieli działać jak saperzy na polu minowym.
Każdy ruch był decyzją, każdy centymetr — historią.

Status: 28 lat i „Check Engine” na desce

Dziś mam 28 lat.
Teoretycznie powinnam być w szczytowej formie, praktycznie — jestem jak luksusowy klasyk po przejściach.
Piękny, wyjątkowy, ale z historią tak długą, że mechanicy patrzą na mnie jak na projekt dyplomowy.

Co tym razem?

Słyszę propozycje o przetoce pęcherza — bo moja hydraulika najwyraźniej lubi przygody.
Do tego plotki o protezie kolana lub biodra, żebym mogła dumnie dzwonić na wszystkich bramkach bezpieczeństwa.

Życie ze mną to gra w „co dziś wyskoczy na desce rozdzielczej?”.
Czasem ruszam od razu, czasem mechanik patrzy na mnie z troską i mówi:

„No to… zobaczmy, co tu się wydarzyło.”

Inni zbierali naklejki.
Ja zbierałam blizny, rekonstrukcje i upgrade’y.

Moje ciało to nie tylko biologia — to forteca po przejściach, modernizowana przez najbardziej upartych inżynierów w kitlach.

Może i powinni mnie odprawiać na lotnisku jako towar specjalnej troski, ale jedno wiem na pewno:
jestem nie do zajechania.

Skoro do osiemnastki udało się tak profesjonalnie „odrestaurować ten model”, to teraz jadę przed siebie — nawet jeśli czasem muszę zjechać do pit‑stopu na wymianę części.

Witajcie na blogu

Rozgośćcie się w moich odświeżonych archiwach.
A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak możesz mi pomóc — zajrzyj do zakładki „Jak pomóc”.


poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Nowy blog, nowy rozdział. Dlaczego powstało to miejsce i czego możesz się tutaj spodziewać?

Witajcie w przestrzeni, która dojrzewała we mnie od dawna.
Dziś oficjalnie otwieram mój blog o życiu z niepełnosprawnością, codzienności, podróżach i budowaniu niezależności. To miejsce, w którym znajdziecie szczere historie, refleksje i opowieści, których nie chcę już gubić w algorytmach mediów społecznościowych.

Dlaczego zdecydowałam się na własny blog?

Ostatnie miesiące pokazały mi, że Facebook mocno ogranicza zasięgi, a ważne treści potrafią zniknąć bez śladu. Nie chcę, żeby moje słowa trafiały w próżnię tylko dlatego, że algorytm ma gorszy dzień.

Blog daje mi coś, czego potrzebowałam od dawna:

  • niezależność,
  • swobodę publikacji,
  • możliwość dotarcia do nowych osób,
  • przestrzeń na dłuższe, wartościowe treści.

Chcę, aby moja historia i tematy związane z niepełnosprawnością mogły wybrzmieć szerzej — bez barier, bez ograniczeń, bez cenzury zasięgów.

Co zmienia się w mojej komunikacji?

Fanpage zostaje — ale w nowej roli

Na Facebooku nadal będę obecna, ale skupię się tam na:

  • zdjęciach,
  • krótkich rolkach,
  • szybkich relacjach z codzienności.

To będzie miejsce lekkie, wizualne i spontaniczne.

Blog przejmuje treści głębokie i osobiste

Tutaj znajdziecie:

  • dłuższe wpisy,
  • moje historie w odświeżonej formie,
  • refleksje o życiu z niepełnosprawnością,
  • opowieści z podróży i wyjazdów,
  • teksty, które mają inspirować, edukować i budować społeczność.

Pierwsze wpisy już czekają — dopracowane, dojrzalsze, bardziej „po mojemu”.

Blog pisany w rytmie wiosny i podróży

Nie chcę się spieszyć.
Przed nami wiosna, a przede mną wiele wyjazdów z moją asystentką. To właśnie te podróże będą moją inspiracją i paliwem do pisania.

Ten blog stanie się moim azylem, miejscem, w którym opowiem o wszystkim, co zobaczę i przeżyję. O codzienności, która potrafi zaskoczyć bardziej niż niejeden film.

Podziękowania dla cichego bohatera

Nie zrobiłabym tego sama.
Dziękuję pewnej tajemniczej osobie, która pomogła mi ogarnąć techniczne zakamarki Internetu i przygotować to miejsce dla Was. Bez Twojego wsparcia pewnie wciąż walczyłabym z ustawieniami.

Co znajdziesz na tym blogu?

  • szczere historie o życiu z niepełnosprawnością,
  • praktyczne spojrzenie na codzienność,
  • humor i dystans (moja ulubiona dyscyplina),
  • opowieści z podróży,
  • inspiracje i refleksje,
  • przestrzeń do rozmowy i budowania społeczności.

Zostań na dłużej

Rozgość się.
Daj znać w komentarzu, co myślisz o tym nowym miejscu.
Cieszę się, że jesteś — i że możemy zacząć ten nowy rozdział razem.

Monika



niedziela, 19 kwietnia 2026

Moja niepowtarzalność ma swoją cenę, ale i swoją siłę



Są dni, kiedy patrzę w lustro i widzę przede wszystkim ograniczenia. Widzę wózek, który stał się moimi nogami, i blizny — mapę bitew stoczonych na salach operacyjnych. Ale są też takie dni jak dzisiaj, 20 kwietnia, Dzień Miłości do Różnorodności, kiedy ten obraz nabiera zupełnie innych barw.

To święto zawsze zatrzymuje mnie na chwilę.
Przypomina, że różnorodność nie jest czymś, co trzeba udowadniać. Ona po prostu jest — w naszych ciałach, historiach, możliwościach i ograniczeniach.
I że niepowtarzalność nie jest ciężarem, tylko prawdą o nas samych.

Walka o poranki bez bólu

Moja „niepowtarzalność” nie była wyborem.
Przepuklina oponowo‑rdzeniowa, zespół Arnolda‑Chiariego, wodogłowie i padaczka towarzyszą mi od 28 lat. Zamiast biegania po trawie, życie nauczyło mnie techniki poruszania się na wózku. Zamiast ciszy, często słyszę lęk i ból, który próbuje przejąć kontrolę.

A jednak — w tej całej medycznej terminologii jest też miejsce na marzenia.
Nie o cud, nie o nagłą zmianę.
O niezależność.
O poranki, które nie zaczynają się od walki z własnym ciałem.
O ból na tyle cichy, bym mogła usłyszeć własne myśli.

Różnorodność w praktyce

Dla jednych różnorodność to hasło.
Dla mnie — codzienność.

To sposób, w jaki uczę się świata inaczej niż większość.
To tempo, które nie zawsze nadąża za oczekiwaniami innych.
To ciało, które wymaga więcej troski, czasu i środków, ale w zamian daje mi coś bezcennego: wytrwałość.

Dziś nie chcę mówić o kosztach, rehabilitacji ani sprzęcie.
Dziś chcę mówić o tym, że różnorodność jest piękna, nawet jeśli czasem boli.
I że każdy z nas nosi w sobie coś, co kiedyś było słabością, a dziś jest siłą.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdują się w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
Dziś jednak najważniejsze jest coś innego — zatrzymanie się nad własną historią.

A Ty?

Co w Twojej historii jest najbardziej niezwykłe?
Czy jest coś, co kiedyś uważałeś za słabość, a dziś widzisz jako swoją siłę?
Podziel się tym w komentarzu — może Twoje słowa dodadzą komuś odwagi.


sobota, 18 kwietnia 2026

57% celu, 8 560 zł i rzeczywistość, która potrafi przywalić jak cegła

Zacznę od konkretów, bo to jedyna rzecz, która dzisiaj naprawdę trzyma mnie w pionie — w przeciwieństwie do moich kręgów, które mają ostatnio własne ambicje.

Na koncie jest 8 560 zł.

Jesteście niesamowici.

Każda wpłata, każde udostępnienie, każdy gest — to jak małe światło zapalane w miejscu, gdzie ostatnio bywało ciemno.
Nasza zbiórka osiągnęła 57% celu i to jest ten moment, kiedy człowiek patrzy w ekran i myśli:
„Naprawdę? Naprawdę tyle osób wierzy, że dam radę?”
Życie to nie bajka, a rehabilitacja to nie masaż gorącymi kamieniami
Moja ostatnia rehabilitacja?
To nie była droga do sprawności.
To była walka — surowa, bez filtra, momentami bardziej przypominająca średniowieczne tortury niż cokolwiek, co kojarzy się z „dbaniem o zdrowie”.
Dlaczego?
Bo kiedy miednica jest skręcona, a kręgosłup pracuje jak chce, to kolano dostaje rykoszetem.
I odwrotnie — ból kolana potrafi wywołać reakcję łańcuchową aż do odcinka lędźwiowego.
To wszystko jest jednym wielkim systemem naczyń połączonych, który u mnie ostatnio działa jak orkiestra bez dyrygenta.
Operowane 24 lata temu.
Termin ważności „idealnego stanu” minął szybciej niż gwarancja na mikser z promocji.
Od lat walczę z ponownym zwichnięciem stawu.
Prosto z mostu: dawno tak nie bolało
To był taki, który odbiera oddech.
Taki, przy którym człowiek zaciska zęby tak mocno, że grozi to wizytą u protetyka.
Taki, który pokazuje, że „cierpieć w godnym milczeniu” to mit wymyślony po to, żebyśmy nie krzyczeli.
To orka.
Brutalna.
Bezlitosna.
Sprawdzająca granice, o których człowiek nie wiedział, że istnieją.
Cel jest jeden: turnus
Piszę, bo nie będę udawać, że jest kolorowo, kiedy boli jak diabli.
Moje biodro najwyraźniej przechodzi okres buntu i żyje własnym życiem — a ja muszę jakoś nadążyć.
To konieczność.
To szansa, żeby zatrzymać ten biologiczny chaos, zanim zrobi się jeszcze gorzej.
Jeśli możecie:

  • Wpłaćcie co nieco — każda złotówka to krok w stronę dnia, w którym zaciskam zęby tylko przy jedzeniu twardych orzechów.
  • Udostępnijcie — niech świat zobaczy, że walka trwa, nawet jeśli zawodnik jest trochę „pognieciony”.
  • Napiszcie coś miłego (albo sarkastycznego) — dystans to jedyna rzecz, która u mnie działa bez zarzutu.
Bez Was pewnie rzuciłabym to wszystko w kąt — gdyby tylko biodro pozwoliło mi na taki zamach nogą.

Gdyby moje ciało miało tyle determinacji co Wy, to pewnie kończyłabym rozgrzewkę przed maratonem, a nie zastanawiała się, który staw dziś ogłosi niepodległość.

Poza ekranem telefonu rzeczywistość potrafi być brutalnie szczera.

Kolano boli tak, że trudno to opisać, więc razem z rehabilitantką wzięłyśmy na warsztat kręgosłup i miednicę.

A ja, z moją historią operacji, implantów i stawów, które mają własne zdanie, wchodzę w to wszystko z nadzieją, że może tym razem uda się coś naprawić.

Prawe biodro?

(Listę operacji wrzucę niedługo — to będzie dłuższe niż „Moda na sukces”.)

To nie był zwykły ból.

Rehabilitacja to nie radosne machanie nóżką w rytm radiowych hitów.

Chętnie oddam karnet.

Nie piszę tego, żeby ktoś mnie głaskał po głowie.

Ten turnus to nie są wakacje pod palmami.

Do pełnej kwoty brakuje 6 440 zł.

Link do zbiórki: https://pomagam.pl/monikamosor

Dziękuję, że jesteście.

Lecimy po 100%.


piątek, 17 kwietnia 2026

Moje życie nie kończy się wraz z napisami

Są takie momenty, kiedy fikcja wbija się w rzeczywistość ostrzej, niż byśmy chcieli. Oglądam „Rezydentów” na Netflixie – zwykły wieczór, zwykły serial. I nagle… cios prosto w serce. Na ekranie pojawia się wątek przepukliny oponowo‑rdzeniowej. Ten sam temat, który wraca do mnie jak echo, niezależnie od tego, czy chcę, czy nie.

To uczucie znam aż za dobrze. Podobnie było przy filmie „Świąteczny Książę”, gdzie pokazano dziewczynkę w wieku szkolnym – uczącą się, bawiącą, po prostu żyjącą. Z jednej strony ciepło, z drugiej – w „Rezydentach” chłód sali operacyjnej. Dla widzów to tylko emocjonujący odcinek. Dla mnie – wspomnienie wyryte bliznami na plecach.

Moje życie zasługuje na prawdę, nie hollywoodzki filtr

Dzieciństwo to nie tylko diagnoza

Filmowa dziewczynka pokazała, że z przepukliną można mieć swoje małe, codzienne radości. Ale serial medyczny przypomniał mi o tej drugiej stronie – o bólu, którego nie da się wyciąć w montażu.

To nie jest „szybka naprawa”

W serialu lekarz zamyka przepuklinę i… happy end. U mnie ta walka trwa od urodzenia. To nie wybór, to konieczność. Walka o życie z mniejszym bólem, o niezależność, o godność. Codzienność pełna ograniczeń, wyzwań i strachu przed chwilą, gdy ciało znów odmówi posłuszeństwa.

Gdzie jest prawda o cenie, którą płacę?

Nikt w serialu nie wspomina o tym, że zamknięcie pleców to dopiero początek. Towarzyszy mi wodogłowie, pęcherz i jelita neurogenne, zespół Arnolda‑Chiariego, padaczka. Każdy dzień to podróż przez ból i niepewność.

Marzenia ukryte w liczbach

Telewizja nie mówi o tym, że niezależność kosztuje.
• Podstawowe leczenie i rehabilitacja: ok. 3 400 zł miesięcznie
• Aktywny wózek i ortezy: kilkanaście tysięcy złotych

Bez tego moja wolność znika.

Jestem kobietą, nie „przypadkiem”

Nie zgadzam się, by choroba mnie definiowała. Mam marzenia, uczucia, plany. Codziennie walczę o prawo do decydowania o sobie – nawet wtedy, gdy ciało stawia opór.

Patrząc na ekran, czułam każdą sekundę mojej własnej historii. Chcę, żeby świat zobaczył w końcu człowieka, a nie tylko medyczny przypadek. Chcę żyć z mniejszym bólem. Chcę oddychać pełniej.

Informacje o tym, jak można mnie wesprzeć, znajdują się w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


wtorek, 14 kwietnia 2026

Światło, które wraca — moja codzienność w rytmie LemONa


„Czasem pękam, czasem drżę, ale właśnie wtedy wraca światło. I uczę się je przyjąć.”

Cześć, tu Monika.
Ludzie lubią powtarzać, że czas leczy rany. Brzmi to ładnie, ale życie szybko weryfikuje takie slogany. Czas sam w sobie niczego nie naprawia. To my — naszym wysiłkiem, naszą czułością, naszym codziennym stawaniem do walki — sprawiamy, że to, co boli, zaczyna powoli przestawać krwawić.
To my opatrujemy swoje rany.
To my uczymy się żyć z tym, co pękło.

Moje życie od pierwszego dnia było utkane z wyzwań. Przepuklina oponowo‑rdzeniowa, wodogłowie, padaczka — to nie są tylko medyczne terminy. To krajobraz, po którym poruszam się każdego dnia. Moje ciało jest jak warstwy ziemi: nierówne, popękane, pełne historii zapisanych w bólu, ale też w sile, której sama czasem nie doceniam.

A jednak pod tym wszystkim jest coś, co trzyma mnie przy życiu:
chęć, by iść dalej.
Chęć, by nie pozwolić chorobie decydować za mnie.
Chęć, by wciąż mieć wpływ na własne jutro.

Muzyka, która uczy oddychać

Od lat inspiruje mnie twórczość LemONa. Nie dlatego, że śpiewają o cierpieniu, ale dlatego, że potrafią z bólu zrobić przestrzeń. Ich muzyka przypomina mi, że pęknięcia nie są końcem — są miejscem, przez które wraca światło.
Że można drżeć i iść dalej.
Że można się bać i jednocześnie wierzyć.
Że można być kruchym i silnym w tej samej minucie.

Czasem, kiedy podnoszę się z maty na rehabilitacji, czuję w sobie ten sam rodzaj drżenia, który słyszę w ich utworach.
To drżenie nie oznacza słabości.
To znak, że żyję.
Że walczę.
Że jeszcze tu jestem.

Moja codzienność to sztuka wstawania

Rehabilitacja, ortezy, aktywny wózek, sprzęt, który pozwala mi funkcjonować — to wszystko kosztuje mnie kilkanaście tysięcy złotych rocznie.
To cena za możliwość poruszania się.
Za mniejszy ból.
Za odrobinę niezależności.
Za prawo do decydowania o sobie.

Każdy krok, który robię, jest wywalczony.
Każdy dzień, w którym mogę funkcjonować, jest efektem pracy, której nikt nie widzi.
Każdy ruch to małe zwycięstwo, które składam w sobie jak mozaikę.

Światło wraca dzięki ludziom

Każdy gest wsparcia, każde dobre słowo, każda obecność — to dla mnie jak świt po trudnej nocy.
Jak dowód, że świat jeszcze się nie zamknął.
Że mogę walczyć dalej.
Że nie jestem sama.

Wszystkie aktualne formy wsparcia znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
To tam zebrałam wszystko, co może pomóc mi iść dalej — krok po kroku, dzień po dniu.

Dziękuję, że jesteś.
Dziękuję, że widzisz.
Dziękuję, że pomagasz mi wierzyć, że nawet z najbardziej popękanych miejsc może wyrosnąć coś pięknego.


poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Kiedy stajesz się przezroczysty. O niewidzialności, która boli bardziej niż ból fizyczny



Czy zdarzyło Ci się kiedyś poczuć, jakbyś nagle przestał istnieć?

Jakby świat wokół Ciebie przyspieszył, a Ty — choć wciąż obecny — stał się niewidzialny?

Wiosna wyciąga ludzi na ulice. Słońce, śmiech, spontaniczne plany. Patrzę na to i czuję, jak coś we mnie pęka, bo wiem, co wydarzy się za chwilę. Wystarczy jeden stopień, wysoki krawężnik, zbyt szybkie tempo albo rzucone mimochodem: „chodźmy tam, tam jest fajniej”. I nagle… znikam.
Nie dlatego, że chcę.
Dlatego, że nie mogę.

Kiedy stoicie do mnie plecami

Czy wiesz, co czuję, kiedy stoicie do mnie plecami, planując drogę, na którą ja nie mam wstępu?
To nie jest zwykły smutek.
To uczucie, jakby ktoś wymazał mnie gumką z Waszej rzeczywistości.

Wasze głosy oddalają się, a ja zostaję sama — z bólem, ciszą i ścianą, której nie przeskoczę. Najbardziej boli to, że nikt się nie odwrócił. Nikt nie pomyślał:
„A co z Moniką? Jak ona się teraz czuje?”

Ile razy minęliście kogoś, kto został z tyłu, nawet tego nie zauważając?
Ile razy ktoś udawał, że daje radę, tylko po to, by nie psuć Wam planów?

Przezroczystość, która odbiera godność

W takich chwilach czuję się przezroczysta.
Jakby moja godność, moje tempo, moje potrzeby ważyły mniej niż Wasza wygoda.
A przecież rozwiązanie jest tak proste:

  • jedno spojrzenie wstecz,
  • jedno pytanie: „Dasz radę tam wejść?”,
  • jedna wspólna decyzja: „To chodźmy tam, gdzie wszyscy możemy być razem”.

Bo prawdziwa bliskość nie polega na wspólnym zdjęciu.
Prawdziwa bliskość polega na tym, że nikt nie zostaje za progiem.

Moja codzienność to walka o możliwość bycia z Wami

Każde wyjście z domu to dla mnie mała wyprawa. Walczę z bólem, z ograniczeniami własnego ciała, z lękiem, że znowu zostanę z tyłu. Rehabilitacja, sprzęt, dostosowania — to wszystko kosztuje mnie kilkanaście tysięcy złotych rocznie.
To cena za to, by móc choć trochę dogonić świat.
By nie być niewidzialną.

Nie proszę o litość.
Proszę — zacznijcie widzieć.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie aktualne formy pomocy znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
To tam zebrałam wszystko, co może pomóc mi zburzyć mury, których wielu nawet nie zauważa.

Dziękuję, że czytasz.
Dziękuję, że widzisz.
Twoja uważność jest dla mnie jak otwarte drzwi — do świata, który dla większości jest oczywistością, a dla mnie wciąż pozostaje marzeniem.


sobota, 11 kwietnia 2026

Proszę, tańcz. O miłości, która nie zatrzymuje — i o drodze, którą idę każdego dnia

 


Leżąc na materacu rehabilitacyjnym, poczułam coś, co przyszło do mnie jak ciche olśnienie: prawdziwa miłość nie jest klatką. Nie jest trzymaniem kogoś przy sobie na siłę. Prawdziwa miłość to pragnienie, by druga osoba była szczęśliwa — nawet jeśli to szczęście nie będzie już miało naszego imienia.

Moja codzienność to walka o każdy ruch, o każdy oddech bez bólu, o godność, którą choroba próbuje mi odebrać. A jednak w tej walce jest też miejsce na czułość, na zgodę, na zrozumienie. Często wracam do słów piosenki Dawida Kwiatkowskiego i Kayah:
„Wynajął nam Bóg coś więcej niż dwa metry i miłość, choć przynosi ból”.
Życie jest jak dom na chwilę — piękny, kruchy, wynajęty. Nic nie jest dane na zawsze.

Niedawno, czytając książkę „Dobrze mi się z Tobą rozmawia” Magdaleny Krauze, zadałam sobie pytanie, które potrafi rozedrzeć serce bardziej niż niejeden ból fizyczny:
Czy chciałabym, aby mój partner szukał nowej miłości, gdybym ja była już bliżej końca lub w stanie, który odbiera nam wspólną przyszłość?

Odpowiedź przyszła do mnie spokojnie, jakby czekała od dawna:
Tak. Chciałabym, żeby tańczył.

„Zapomnij, co zabrał Ci czas”

Moja niepełnosprawność zabiera mi sprawność, ale nie chcę, by zabrała radość komuś, kogo kocham. Jeśli moje światło będzie gasnąć, nie mam prawa gasić słońca w czyimś życiu. Miłość nie jest przecież więzieniem — jest obietnicą światła.

„Nikt nie może przestać grać”

Nie chcę być dla nikogo pomnikiem cierpienia. Chciałabym wiedzieć, że gdy przyjdzie moment, w którym będę musiała „zdać klucz” do tego świata, on nie zostanie sam w pustym domu. Że będzie miał obok siebie kogoś, kto potrzyma go za rękę. Kogoś, komu powie: „Dobrze mi się z Tobą rozmawia”.

Miłość bez posiadania

Wierzę, że kochać to puścić wolno. To powiedzieć: „Będę z Tobą do końca tej drogi”, a potem — gdy już trzeba będzie odejść — poprosić szeptem:
„Proszę, tańcz”.

Może to właśnie przepuklina oponowo‑rdzeniowa nauczyła mnie, że życie jest przystankiem dla dusz. Że nic nie trwa wiecznie, ale wszystko może być piękne, jeśli pozwolimy temu płynąć. I że najpiękniejszym prezentem, jaki możemy dać drugiej osobie, jest wolność do bycia szczęśliwym.

Moja codzienna walka o ten „przystanek na drodze”

Każdy mój dzień to walka o sprawność, o niezależność, o to, by móc cieszyć się życiem tak długo, jak to możliwe. Rehabilitacja to nie tylko ćwiczenia — to mój sposób na to, by nie poddać się chorobie, by wciąż móc doświadczać świata, ludzi, Nico, drobnych radości, które składają się na sens.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć w tej drodze, wszystkie aktualne formy pomocy znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
To miejsce, w którym zebrałam wszystko, co może uczynić moją podróż odrobinę lżejszą.

Dziękuję, że jesteś.
Twoja obecność — nawet ta cicha, niewidoczna — sprawia, że łatwiej mi iść dalej. Że mogę walczyć, marzyć i wierzyć, że ten „dom na chwilę” wciąż ma w sobie dużo światła.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Mój osobisty „Titanic” — obraz, który przemówił dopiero później

 

To zdjęcie zrobiłam 8 marca.
Wtedy było tylko migawką — nocą zatrzymaną w kadrze, światłem rozcinającym mgłę, liniowcem utkanym z pary i elektryczności.
Nie wiedziałam, że patrzę na własną przyszłość.

W tamtym momencie marzec był jeszcze łagodny.
Jeszcze nie bolał.
Jeszcze nie szeptał ostrzeżeń pod skórą.
Byłam w swoim codziennym rytmie — tym, w którym ból jest stałym towarzyszem, ale nie dominuje wszystkiego.

A jednak coś w tym obrazie — w tej potędze ukrytej w ciemności — czekało na mnie.
Jakby fotografia miała w sobie proroctwo, którego nie umiałam wtedy odczytać.

Światła, które udawały siłę

Dziś, kiedy wracam do tego marcowego kadru, widzę w nim siebie sprzed burzy.
Statek z tysiącem świateł, pewny, że nic go nie zatrzyma.
Stabilny, dumny, niezatapialny.

A przecież pod koniec miesiąca pojawił się ból kolana — nagły, ostry, jak lodowiec wynurzający się znikąd.
Ciało, które znałam, zaczęło mówić innym językiem.
Każdy krok stał się pytaniem.
Każdy dzień — próbą zrozumienia, skąd płynie sygnał alarmowy.

I nagle zdjęcie z 8 marca zaczęło świecić inaczej.
Jakby chciało powiedzieć:
„Zobacz, już wtedy płynęłaś w stronę czegoś, czego nie widziałaś.”

Czasem obrazy wyprzedzają nasze serca

Patrzę na ten liniowiec z mgły i światła i widzę własną drogę:
rejs, którego nie wybrałam,
siłę, którą udaję,
kruchość, którą noszę pod pokładem.

Widzę siebie — tę z początku marca, jeszcze spokojną, jeszcze nieświadomą.
I siebie z końca miesiąca — już walczącą, już zanurzoną w zagadce bólu, który nie ma prostych odpowiedzi.

To zdjęcie stało się lustrem.
Nie od razu.
Dopiero wtedy, gdy życie dopisało do niego dalszy ciąg.

A jeśli ktoś chce wiedzieć, jak może mnie wesprzeć

Wszystkie informacje znajdują się na moim blogu, w zakładce „Jak pomóc”.
To część mojej historii — tak samo jak zdjęcia, refleksje i codzienna walka o każdy spokojniejszy dzień.

A teraz pytanie do Ciebie

Czy masz w swoim życiu takie zdjęcie, moment albo obraz, który zrozumiałaś dopiero po czasie — jakby czekał, aż Twoje serce dogoni jego znaczenie?


wtorek, 7 kwietnia 2026

Czy mój wózek posiada pole siłowe? O „medycznym spirytyzmie” i znikaniu przed dwudziestką


7 kwietnia. Światowy Dzień Zdrowia.

Dzień, w którym internet pęka od porad o profilaktyce, nowoczesnych terapiach i dbaniu o dobrostan.
A ja… ja chciałabym opowiedzieć Wam o zjawisku, którego nie znajdziecie w żadnym podręczniku.
O magii, która towarzyszy mi od lat.

Od dawna podejrzewam, że mój wózek inwalidzki ma wbudowany generator pola siłowego.
Technologia tak zaawansowana, że potrafi selektywnie tłumić fale dźwiękowe i zaginać czasoprzestrzeń.
Uruchamia się zawsze wtedy, gdy przekraczam próg gabinetu lekarskiego albo podjeżdżam do urzędowej lady.

I wtedy dzieje się to:
staję się przezroczysta.

Medyczny spirytyzm, czyli rozmowa z duchem

Wyobraźcie sobie tę scenę.

Wjeżdżam do gabinetu. Dorosła kobieta.
Mam głos, mam zdanie, mam pełną świadomość swojego zdrowia.
Jestem jedyną osobą w pomieszczeniu, której dotyczy sprawa.

Lekarz podnosi wzrok.
Ale nie na mnie.

Patrzy metr wyżej – na osobę, która mi towarzyszy.
I zaczyna się seans spirytystyczny.

Rozmowa o moich wynikach, moich lekach, moich rokowaniach…
tylko że nie ze mną.
Jakbym była duchem, który nie rozumie ludzkiej mowy.
Albo dzieckiem, które przypadkiem wjechało w poważną naradę dorosłych.

Szczyt absurdu: „Proszę wyjść, muszę pogadać o Pani”

Kulminacja tej farsy następuje wtedy, gdy lekarz – z miną stratega planującego operację wojskową – prosi mnie o opuszczenie gabinetu.

Mnie.
Pacjentkę.
Osobę decyzyjną.

Bo chce „na osobności” omówić moje zdrowie… ze mną nieobecną.

Najwyraźniej w logice systemu prawo do informacji i tajemnica lekarska wygasają dokładnie w momencie, gdy opony mojego wózka dotykają medycznej wykładziny.

To nie jest jednostkowa historia

To jest codzienność wielu z nas.

To pole siłowe działa wszędzie:

  • W urzędzie:
    „A czy ona rozumie, co podpisuje?” – pyta urzędnik, patrząc na osobę obok.

  • W sklepie:
    Moja dłoń staje się niewidzialna, więc reszta pieniędzy ląduje w rękach towarzysza.

  • W restauracji:
    „A co podać pani na wózku?” – pyta kelner, ignorując mój wzrok i moje istnienie.

To boli.
Nie dlatego, że jestem przewrażliwiona.
Tylko dlatego, że każdego dnia muszę walczyć o coś, co powinno być oczywiste: o własną podmiotowość.

Niepełnosprawność nie odbiera rozumu.
Nie odbiera głosu.
Ale system bardzo chętnie próbuje zamienić ją w ubezwłasnowolnienie.

Moja prośba na Światowy Dzień Zdrowia

Nie będzie to apel o fundusze, reformy ani innowacyjne terapie.
Mam dla Was coś prostszego.
Coś, co naprawdę działa.

Jeśli widzisz osobę na wózku – spróbuj tego:

  • powiedz „Dzień dobry” do niej,
  • spójrz jej w oczy,
  • mów do niej, a nie o niej ponad jej głową.

Zapewniam Cię – ona Cię słyszy.
Ona ma coś do powiedzenia.
Ona istnieje.

A teraz jestem ciekawa:
Czy zdarzyło Ci się kiedyś mówić do osoby towarzyszącej zamiast do głównego zainteresowanego?
Albo być świadkiem takiej sceny?
Jakie emocje to w Tobie wywołało – zaskoczenie, wstyd, bezradność, a może coś jeszcze?

Chętnie przeczytam.

sobota, 4 kwietnia 2026

Wielkanoc: czas odrodzenia, odwagi i małych–wielkich zwycięstw



W te wyjątkowe Święta Wielkanocne życzę Wam, aby czas odrodzenia przyniósł nową energię do pokonywania własnych barier. Niech wiosenna nadzieja zagości w Waszych sercach i daje siłę, by patrzeć przed siebie z uśmiechem – nawet wtedy, gdy droga wydaje się wyjątkowo wymagająca.

Dla mnie tegoroczna Wielkanoc jest momentem szczególnej refleksji. Chcę podzielić się z Wami kilkoma zdjęciami, które są czymś więcej niż kadrami ze spaceru. To zapis chwili, w której siła woli okazała się potężniejsza niż ograniczenia ciała.

Jedno z ujęć – to na mostku – ma dla mnie szczególne znaczenie. Choć na co dzień poruszam się na wózku z powodu przepukliny oponowo‑rdzeniowej, w tej jednej krótkiej chwili, dzięki sile rąk i ogromnej determinacji, mogłam przyjąć inną postawę. Dla wielu to zwykły gest. Dla mnie – symboliczny moment „stania na własnych nogach”. Mały triumf nad codziennością, który przypomina, że każdy krok, nawet ten wykonany inaczej niż u większości, ma swoją wartość.

Moja droga to maraton, w którym potrzebuję wsparcia na dwóch kluczowych frontach:

Ciało

Intensywna rehabilitacja to moja szansa na utrzymanie sprawności rąk i kręgosłupa. To dzięki niej mogę pozostać jak najbardziej samodzielna i wciąż zdobywać swoje małe szczyty.

Głowa

To tutaj rodzi się odwaga. Terapia psychologiczna pomaga mi akceptować trudności, oswajać lęki i odnajdywać motywację, by nie zatrzymywać się w pół drogi. To fundament, na którym buduję swoją codzienną siłę.

Wierzę, że każdy z nas ma w sobie przestrzeń na odrodzenie – niezależnie od tego, z czym się mierzy. Jeśli te Święta mają przynieść jedną myśl, niech będzie nią ta: determinacja potrafi unieść nas dalej, niż czasem jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

A ja – z Nico u boku – idę dalej swoją drogą. Z wdzięcznością, uporem i wiosenną nadzieją, którą chcę przekazać także Wam.


czwartek, 2 kwietnia 2026

Inność to nie bariera — to po prostu inny kolor świata

Dziś, 2 kwietnia, świat symbolicznie maluje się na niebiesko. To dzień, w którym mówimy o autyzmie głośniej niż zwykle — nie jako o chorobie, którą trzeba leczyć, ale jako o innym sposobie doświadczania rzeczywistości. O odmiennym rytmie serca, innym przetwarzaniu bodźców, niezwykłej wrażliwości, która zasługuje na pełną akceptację, a nie na powierzchowną ocenę.

Może właśnie dlatego ten dzień tak mocno we mnie rezonuje. Dobrze wiem, jak to jest budować mosty tam, gdzie rzeczywistość stawia mury. Jako osoba, która każdego dnia zmaga się z barierami wynikającymi z niepełnosprawności, czuję głęboką więź z każdym, kto musi wydeptywać własne, często trudne ścieżki. Moja walka o niezależność i życie bez bólu trwa nieustannie, ale to obecność ludzi wokół mnie sprawia, że mam siłę iść dalej.

Prawdziwa inkluzja nie zaczyna się w ustawach ani oficjalnych dokumentach. Rodzi się w otwartym umyśle, w gotowości do zrozumienia drugiego człowieka, w uważności na to, co inne, ale równie wartościowe.

Dziś chcę Was zaprosić do małego gestu, który ma wielkie znaczenie.
Czy włożyliście dziś niebieski akcent, aby symbolicznie okazać solidarność?
A może w Waszym otoczeniu empatia buduje się na co dzień — w rozmowach, w cierpliwości, w zwykłej ludzkiej życzliwości?

Podzielcie się tym w komentarzach. Każda historia, każde słowo wsparcia, każdy przykład zrozumienia to sygnał, że nikt z nas nie idzie przez swoje zmagania samotnie.

Dziękuję, że jesteście. Wasza wrażliwość naprawdę zmienia świat — czasem po prostu dodając mu odrobinę niebieskiego światła.