niedziela, 18 stycznia 2026

Nico – mój mały pies, moje wielkie wsparcie


 Mówią, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka.

Dla wielu to piękne powiedzenie.
Dla mnie — osoby z niepełnosprawnością — to prawda, którą widzę i czuję każdego dnia.

Nico jest czymś znacznie więcej niż tylko psem.
To codzienna radość, poczucie bezpieczeństwa, motywacja do wyjścia z domu i bezwarunkowa miłość, która nie potrzebuje słów.

Mam na imię Monika, a Nico to mój mały, biały Maltańczyk — pełen energii, czułości i oddania.
Towarzyszy mi w każdej chwili, dodaje siły, przywraca uśmiech i sprawia, że nie czuję się sama.
Przy nim mogę być sobą — bez tłumaczenia się, bez udowadniania czegokolwiek.
On nie widzi „osoby z niepełnosprawnością”.
On widzi mnie.
Kogoś, kogo kocha.

Dzięki niemu łatwiej znoszę samotność.
Czuję się potrzebna.
Mam rytm dnia.
Każdy spacer to okazja, by wyjść do ludzi, zaczerpnąć świeżego powietrza, po prostu żyć.
Często ktoś podchodzi, uśmiecha się do Nico i zaczyna rozmowę.
On przełamuje bariery, które czasem wydają się nie do pokonania.

Niektórzy mówią: „To tylko pies”.
Dla mnie — to rodzina, terapeuta, przyjaciel i najskuteczniejszy lek na smutek.

Dziękuję Ci, Nico, że jesteś.

Zapraszam Cię w naszą wspólną podróż

Jeśli poruszyła Cię nasza historia, zostań częścią tej drogi.
Razem z Nico idę w stronę nadziei, siły i przemiany.
Nie idź sam — zabierz ze sobą tych, którzy noszą Cię w sercu.

Leczenie i rehabilitacja wymagają ogromnej siły, a czasem tej siły brakuje.
Każde okazane serce dodaje mi jej na nowo.

Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc?”.
Twoje wsparcie naprawdę może odmienić moje życie.


czwartek, 8 stycznia 2026

1,5% podatku nie zmieni świata, ale może zmienić mój świat na lepsze

 

Wyobraź sobie, że budzisz się każdego dnia i zanim jeszcze otworzysz oczy, już wiesz, że czeka Cię walka.
Nie z korkami.
Nie z terminami.
Nie z szefem.
Z własnym ciałem.
Z bólem, który nie pyta o porę.
Z ograniczeniami, które nie robią sobie wolnego.
Z lękiem, który potrafi sparaliżować bardziej niż jakakolwiek diagnoza.
Mam na imię Monika. Mam 28 lat, wózek inwalidzki zamiast hulajnogi i więcej schorzeń niż przeciętny podręcznik medycyny.
Ale mam też coś, czego nie da się zmierzyć: upór, marzenia i psa, który wie, kiedy trzeba się przytulić.
Nico — mój czworonożny terapeuta i najlepszy przyjaciel — codziennie przypomina mi, że życie to nie tylko choroba.

Nie proszę o cud. Proszę o szansę.

Na mniej bólu.
Na więcej samodzielności.
Na życie, które nie kręci się wyłącznie wokół rehabilitacji, ale też wokół śmiechu, gry w UNO z przyjaciółmi i koncertów, które leczą duszę.

A jedno z moich największych marzeń już ma datę.
20 września ponownie zobaczę LemON na żywo.
To nie jest tylko koncert.
To symbol tego, że mimo choroby, mimo bólu, mimo ograniczeń — wciąż potrafię żyć, czuć i marzyć.

Codzienna walka o sprawność

Rehabilitacja to mój etat — tylko bez urlopu i bez premii.
Regularnie uczestniczę w specjalistycznych turnusach rehabilitacyjnych, które są jak intensywny kurs przetrwania: wykańczające fizycznie, ale dające nadzieję i realne postępy.

Korzystam też z terapii psychologicznej, bo głowa potrzebuje wsparcia tak samo jak ciało.
A teraz? Szukamy przyczyny bólów głowy, wymiotów i nadwrażliwości słuchowej.
Nawet superbohaterka czasem potrzebuje konsultacji neurologicznej i neurochirurgicznej.

Ile kosztuje codzienna walka o normalność

Co miesiąc potrzebuję około 3400 zł na leczenie i rehabilitację.
Do tego dochodzą ortezy, środki higieniczne, buty ortopedyczne, sprzęt ortopedyczny — aktywny wózek, ortezy — których koszt sięga kilkunastu tysięcy złotych i więcej.

Dla mnie niezależność to jak wygrana w totolotka.
Tylko bez losowania.

Dlatego dziś zwracam się do Ciebie

Do osoby, która może pomóc mi w tej codziennej walce o samodzielność, godność i życie z uśmiechem.

Każda złotówka, każde dobre słowo, każda emocja, którą mi podarujesz — to cegiełka, która buduje mój nowy rozdział.
To nie jest tylko pomoc.
To jest wspólne tworzenie przyszłości, w której choroba nie ma ostatniego słowa.
To jest „team Monika” — i możesz być jego częścią.

Jak możesz pomóc

Przekaż 1,5% podatku:
KRS: 0000387207
Cel szczegółowy: 232 Monika Mosór

Dziękuję, że jesteś tu ze mną.
Dziękuję, że czytasz.
Dziękuję, jeśli zdecydujesz się pomóc.

Razem możemy więcej.

wtorek, 6 stycznia 2026

„Z biegiem lat” – o terapiach, które stały się moimi towarzyszami podróży



Z biegiem lat moja droga była usiana terapiami — jakby każdy zakręt prowadził do nowego towarzysza podróży. Każda z nich przynosiła coś wyjątkowego: dar, doświadczenie, wewnętrzną przemianę. Zostawiały ślady, nie na ciele, lecz w duszy.

Integracja sensoryczna – powrót do siebie

Integracja sensoryczna otworzyła mi drzwi do świata, w którym ciało stało się częścią mnie nie tylko fizycznie, ale świadomie.
Przez zabawę, dotyk, równowagę uczyłam się siebie od nowa. Poznawałam granice, wsłuchiwałam się w potrzeby, rozumiałam reakcje.
Dzięki niej odzyskałam uważność i wewnętrzną ciszę — coś, co w moim życiu zawsze było na wagę złota.

Terapia pedagogiczna – cichy szept wytrwałości

Terapia pedagogiczna była jak spokojny głos, który powtarzał: „spróbuj jeszcze raz”.
Pomogła mi nauczyć się skupienia — czegoś, co wielu traktuje jak oczywistość.
Z moimi słabymi dłońmi każdy rysunek, każda litera była jak szczyt do zdobycia.
A każdy z tych szczytów stawał się moim osobistym zwycięstwem nad niesprawiedliwością losu.

Terapia psychologiczna – bezpieczne miejsce dla duszy

Przy przepuklinie oponowo‑rdzeniowej terapia psychologiczna to nie tylko rozmowa.
To przestrzeń, w której można odłożyć ciężar, nauczyć się rozmawiać z własnym lękiem, oswoić niepokój.
To miejsce, gdzie blizny stają się źródłem siły, a ból przestaje być wrogiem.

Hipoterapia – spotkanie dusz

A potem pojawiły się konie.
Hipoterapia nie była dla mnie terapią w klasycznym sensie.
Była spotkaniem dusz.
Czułam, jak ciepło końskiego ciała koi moją niepewność, a rytm jego kroków uspokaja burzę we mnie.
To był mój osobisty raj — świat utkany z zapachu siana i rytmu kopyt.
Choć dziś biodra nie pozwalają mi już jeździć, tamten świat pozostał we mnie na zawsze.

Fundacja Aktywnej Rehabilitacji – szkoła wolności

Fundacja Aktywnej Rehabilitacji podarowała mi wolność.
Jazda na wózku aktywnym okazała się sztuką: balansowania, przesiadania się, zaufania własnemu ciału.
Ale przede wszystkim nauczyłam się samodzielności.
Tam spotkałam ludzi, którzy nie pytali — rozumieli.
Byli światłem i lustrem.
Do dziś, gdy tylko mogę, wracam na turnusy: uczę się nowych sportów, ale przede wszystkim uczę się siebie.

Nico – terapeuta na czterech łapach

A na końcu tej ścieżki pojawił się Nico.
Mój mały, biały terapeuta.
Anioł na czterech łapach.
Nie wypowiada słów, ale wie wszystko.
Kiedy liże moje stopy, mówi mi w swoim psim języku: „one są, ty jesteś, czujesz”.
Bo czucie nie zawsze jest kwestią nerwów.
Czasem to po prostu miłość w najczystszej postaci.


niedziela, 4 stycznia 2026

„Krok po kroku” – historia, która zaczyna się od dotyku



 Nie pamiętam dnia bez rehabilitacji.
Ale pamiętam ciepło dłoni mojej mamy.
Zanim nauczyłam się mówić, ona już uczyła się mnie — jak mnie trzymać, jak przewijać, jak pielęgnować ciało, które przyszło na świat z wyzwaniem.
Dla wielu byłoby ono zbyt trudne do uniesienia.
Dla niej stało się pierwszą lekcją miłości: odważnej, cierpliwej, bezgranicznej.

Metoda Vojty — mój pierwszy dialog z ciałem

Bardzo wcześnie pojawiła się w moim życiu metoda Vojty.
Z dziecięcej perspektywy była surowa i wymagająca. Dziwne pozycje, uciski w konkretnych punktach, napięcie, którego nie rozumiałam.
Płakałam. Krzyczałam.
A mama ćwiczyła ze mną codziennie, siedem dni w tygodniu.
Dziś wiem, że robiła to z miłości — po to, bym kiedyś mogła zrobić pierwsze, własne kroki.
Choćby tylko po to, by dojść do wózka.
Te kilka kroków stało się moją wolnością.

PNF — metoda, która została ze mną na lata

Potem przyszła metoda PNF.
Uczy mnie do dziś, że każdy mięsień ma znaczenie, a ciało mówi własnym językiem — trzeba tylko nauczyć się go słuchać.
To terapia, która nie pyta, czego nie potrafię.
Ona pokazuje, co jeszcze mogę.

Terapie, które stały się częścią mojego życia

Z czasem pojawiły się kolejne metody — każda z nich zostawiła we mnie ślad.

Terapia manualna

Jak obecność: niewidoczna, ale wyczuwalna.
Pomagała mojemu ciału ufać, rozluźniać się, oddychać przez ból.
Dzięki niej ruchy zaczęły być naprawdę moje.

Terapia powięziowa

Dała mi przestrzeń we własnym ciele.
Pokazała, że napięcia można uwalniać z czułością i szacunkiem.
Że w mięśniach kryją się nie tylko wspomnienia, ale i nadzieje.

Terapia czaszkowo‑krzyżowa

Najdelikatniejszy dotyk, jaki zna moje ciało.
Jak szept skierowany do układu nerwowego.
W jej rytmie odnajduję równowagę — fizyczną i emocjonalną.

Pionizacja — mój symboliczny bunt

Pionizacja była dla mnie czymś więcej niż ćwiczeniem.
Była krzykiem serca: „Chcę stać. Chcę patrzeć w oczy, nie tylko do góry.”
W ortezach, przy kulach — nieważne.
Ważne, że choć na chwilę jestem tam, gdzie inni.
Stoję — fizycznie i emocjonalnie.
Nie jestem tylko osobą z przepukliną oponowo‑rdzeniową.
Jestem kobietą, która codziennie wstaje — czasem na nogi, częściej w sobie.
I robi krok.
Może mały. Może nieidealny.
Ale mój.
Krok po kroku.
Każdy z nich to moje zwycięstwo.

piątek, 2 stycznia 2026

„Z plecakiem odwagi” – opowieść o życiu, które nie mieści się w definicjach



Urodziłam się z plecakiem, którego nikt nie widział. Nie miał zamków, kieszeni ani kolorowych naszywek. A jednak ważył więcej niż jakakolwiek szkolna torba. W środku — słowa, których nie rozumiałam, a które lekarze wypowiadali z powagą dorosłych: przepuklina oponowo‑rdzeniowa, wodogłowie, zespół Arnolda‑Chiariego typu II, neurogenny pęcherz, padaczka, skolioza neurologiczna, dysplazja stawu biodrowego.
Dla innych to trudne nazwy.
Dla mnie — początek historii.

Gdy inni mówili za mnie

Zanim nauczyłam się mówić, mój świat składał się z lamp operacyjnych, szpitalnych kocyków i rozmów dorosłych, którzy decydowali za mnie.
O tym, co trzeba naprawić.
O tym, co może się nie udać.
O tym, co będzie bolało.
Nikt nie powiedział wtedy jednego słowa, które dziś jest moim kompasem: odwaga.

Mój pierwszy „plecak”

Przepuklina oponowo‑rdzeniowa to moment, w którym kręgosłup nie domyka się tak, jak powinien. W moim przypadku część rdzenia wysunęła się na zewnątrz, tworząc miękki guz na plecach.
To był mój pierwszy „plecak” — widoczny, namacalny, inny.
Dziś go nie widać, ale jego konsekwencje niosę każdego dnia.

Za dużo płynu, za dużo siły

Wodogłowie to nadmiar płynu w głowie. Brzmi groźnie, bo takie jest. Dlatego mam zastawkę — mały mechanizm, który dba o równowagę tam, gdzie jej nie widać.
Trochę jak ja.

Mózg, który poszedł własną drogą

Zespół Arnolda‑Chiariego typu II oznacza, że część mózgu zsunęła się do kanału kręgowego. Jakby ktoś próbował zmieścić za dużo kabli w jednej rurce.
A jednak działam.
Nie zawieszam się.
Po prostu funkcjonuję po swojemu.

Błyskawice w głowie

Padaczka pojawia się nagle, jak błysk światła w ciemnym pokoju.
Nie odbiera mi jednak jasności.
Uczy mnie uważności, zatrzymywania się, słuchania własnego ciała.

Sprawy, o których rzadko się mówi

Neurogenny pęcherz to coś, o czym większość ludzi nie rozmawia.
A ja musiałam nauczyć się o tym mówić — i żyć z tym bez wstydu.
To część mojego plecaka, ale nie część mojej wartości.

Kręgosłup w kształcie litery „S”

Skolioza neurologiczna sprawia, że moje plecy nie są proste. Mięśnie i nerwy czasem nie współpracują, jakby każdy grał inną melodię.
A ja i tak idę.
Nie zawsze prosto, ale zawsze naprzód.

Biodro, które ma własne zdanie

Dysplazja stawu biodrowego to ból, ograniczenia i rehabilitacja, która uczy cierpliwości.
Każdy krok — nawet najmniejszy — jest wtedy zwycięstwem.
Nie jestem listą chorób.
Nie jestem zbiorem definicji z podręcznika.
Jestem osobą, która nosi niewidzialny plecak — ciężki, ale mój.
Z marzeniami, pasją, humorem i siłą, której nie da się zmierzyć żadnym badaniem.
Codziennie mówię sobie jedno zdanie:
Dziś też dam radę.