poniedziałek, 6 lipca 2026

Pizno — o tym, co przyszło za późno i o tych, którzy zostają na czas


Są takie wspomnienia, które wracają nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że coś w nas wciąż tam stoi.
Jakby czas nie poszedł dalej, tylko czekał razem z nami — nad jeziorem, w deszczu, w tej jednej chwili, która miała zdecydować o wszystkim.

Pamiętam tamto miejsce.
Pamiętam, jak staliśmy obok siebie, niby blisko, a jednak każde w swoim świecie.
Śmialiśmy się z niczego, jakbyśmy nie wiedzieli jeszcze, że życie potrafi być ostre jak szkło.
Deszcz nas nie przeganiał.
Może dlatego, że wtedy wszystko wydawało się możliwe.

A ja czekałam.
Na znak.
Na krok.
Na cokolwiek, co powiedziałoby mi: „jestem tu naprawdę”.
Ale nie zdążyłam się dowiedzieć, jaki jesteś.
Nie tak, jak chciałam.
Nie na czas.

Wciąż widzę ten chabrowy podarunek w jego dłoni.
Trzymany tak mocno, jakby miał mu towarzyszyć aż do końca.
„Doceniaj to” — powtarzały jej głosy, a ona wciąż nie miała pewności.
Bo jak uwierzyć w coś, co jest kruche jak płatek, jak spojrzenie, jak chwila?

On wiedział o niej tylko jedno.
Że kocha kwiaty.
Że w tym jednym geście mieści się cała jego czułość.
A czasem to za mało.
A czasem to wszystko.

„Pizno” to piosenka o spóźnionych słowach.
O tym, co mogło się wydarzyć, ale przyszło za późno.
O ludziach, którzy mijają się o milimetr — i ten milimetr zmienia całe życie.

Może dlatego tak boli.
Bo każdy z nas ma swoje jezioro.
Swoją chwilę, w której stał i czekał.
Swoje pytanie, na które nigdy nie padła odpowiedź.

Ale dziś chcę powiedzieć coś jeszcze.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt.
Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.



1 komentarz: