wtorek, 23 czerwca 2026

Daj mi teplo o bliskości, która nie musi boleć i o ludziach, którzy potrafią ją unieść

 


Są takie piosenki, które nie wchodzą w życie jak goście.
One wchodzą jak wspomnienia.
Jak coś, co już kiedyś czułaś, ale nie miałaś odwagi nazwać.
„Daj mi teplo” jest właśnie takie — miękkie, ciche, a jednocześnie trafiające prosto w miejsce, które od dawna prosiło o dotyk.

Bo przecież każdy z nas zna ten moment.
Ten tuż przed pocałunkiem, kiedy świat na sekundę przestaje istnieć.
Kiedy oddech drugiej osoby staje się jedynym dźwiękiem,
a oczy — te zielone, brązowe, szare — patrzą tak, jakby widziały Cię naprawdę.
Nie Twoje zmagania.
Nie Twoje historie.
Ciebie.

To nie jest piosenka o wielkiej miłości.
To nie jest hymn o cierpieniu, choć pada tam słowo „cierpienie”.
To jest utwór o cieple, o tej najprostszej, najbardziej ludzkiej potrzebie:
żeby ktoś był.
Żeby ktoś dotknął Cię tak, jakbyś była czymś dobrym.
Żeby ktoś powiedział „dobrze, że Cię mam” — nie dlatego, że musi,
ale dlatego, że naprawdę tak czuje.

I może właśnie dlatego te słowa tak mocno we mnie rezonują:
„Daj mi swoje teplo, a ja dam Ci swoje.”

Nie jako wymiana.
Nie jako układ.
Nie jako obietnica, która ma coś naprawić.
Tylko jako zgoda na bliskość, która nie rani.
Na obecność, która nie zabiera przestrzeni.
Na dotyk, który nie jest próbą posiadania, tylko potwierdzeniem:
„widzę Cię”.

I w tym wszystkim — w tej miękkości, w tej zgodzie na bycie człowiekiem —
jest jeszcze coś, co czuję bardzo mocno.

Wy.

Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam w ciszy.
Że potraficie przeczytać to, czego nie umiem czasem wypowiedzieć.
To drżenie w dłoniach.
To milczenie, które mówi więcej niż słowa.
To wszystko, co dzieje się we mnie pomiędzy jednym oddechem a drugim.

Dziękuję, że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy powoli, delikatnie,
tak jak potrafię — bez pośpiechu, bez presji, bez lęku.
Za to, że mogę tu być sobą.
Za to, że nie muszę niczego udawać.
Za to, że widzicie we mnie człowieka, a nie tylko historię.

Może właśnie dlatego ta piosenka tak mocno we mnie pracuje.
Bo przypomina, że ciepło nie jest luksusem.
Jest potrzebą.
Tak samo jak oddech.
A Wy — swoją obecnością — dajecie mi je częściej, niż myślicie.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


poniedziałek, 22 czerwca 2026

Kiedy dobre wyniki RTG wcale nie cieszą… Moja walka o bezbolesne jutro



Wiele razy wspominałam Wam o tym, że od kilku miesięcy zmagam się z potwornym bólem kolana. Miałam ogromną nadzieję, że to tylko przejściowe, że dam radę to wypracować.
Niestety, rzeczywistość okazała się o wiele trudniejsza. Systematyczna rehabilitacja, w którą wkładałam tyle serca, wysiłku i czasu, nie była w stanie zniwelować tego bólu. Każdy dzień to walka, a brak poprawy po prostu odbierał mi siły i potwornie podcinał skrzydła. Czuję ogromną bezradność i zmęczenie tą sytuacją. Czasami człowiek robi wszystko, co w jego mocy, a ciało i tak mówi „nie”.
W tym całym obłędzie pojawiła się jednak mała iskierka nadziei. Dzięki przepisom o znacznym stopniu niepełnosprawności – które choć raz realnie zadziałały w ekspresowym tempie – udało mi się błyskawicznie zdobyć termin w poradni urazowo-ortopedycznej w Otwocku u lekarza specjalizującego się właśnie w kolanach.
Wiedziałam, że moje ciało to system naczyń połączonych. Przy mojej wadzie, zwichniętym biodrze, zrotowanej miednicy i kręgosłupie piersiowo-lędźwiowym, który wygląda dosłownie jak po wojnie, problem wcale nie musiał leżeć w samym stawie. Dla mnie to nigdy nie była po prostu kwestia "zbolałego kolana". To codzienna, wycieńczająca walka o samodzielność, niezależność i życie bez bólu – o rzeczy, które dla zdrowego człowieka są oczywistością, a dla mnie stanowią życiowy cel.
Diagnoza, która przyniosła trudną prawdę
Jestem już po wizycie u ortopedy i badaniu RTG. Stan samych kolan i bioder jest naprawdę DOBRY!
Choć powinnam się cieszyć, to mam w sobie sporo bardzo różnych i trudnych emocji. Szczerze? Wolałabym, żeby problem leżał w samej nodze, a nie w kręgosłupie. To oznacza bowiem, że źródło bólu kolana to znowu plecy.
Ewentualna trzecia operacja kręgosłupa nie jest czymś, co napawa mnie optymizmem. Tak ogromna ingerencja – implant na całą długość kręgosłupa i śruby przybite do miednicy – mogłaby bardzo utrudnić moją codzienną walkę o samodzielność i niezależność, które są dla mnie wszystkim. Wiem, że ta operacja prędzej czy później i tak się odbędzie... ale będę walczyła z całych sił, żeby stało się to jak NAJPÓŹNIEJ!
Plan działania: Intensywna walka
Teraz moim głównym zadaniem jest intensywna rehabilitacja, która ma ujarzmić ból i odwlec ten zabieg w czasie. Nie marnuję ani chwili – prosto z gabinetu poszłam do rejestracji i zapisałam się w Otwocku do pani doktor specjalizującej się w kręgosłupach. Wizytę mam w kwietniu, a do tego czasu daję z siebie wszystko na ćwiczeniach.
Przede mną czas ciężkiej i, nie ukrywam, koszmarnie kosztownej rehabilitacji. Diagnostyka, konsultacje i codzienna praca z fizjoterapeutami generują koszty, które zaczynają mnie po prostu przerastać.
Dlatego z całego serca proszę Was o wsparcie – każda pomoc w sfinansowaniu mojego leczenia i tej trudnej walki jest dla mnie teraz na wagę złota. Jeśli możecie dołożyć swoją cegiełkę lub po prostu udostępnić ten wpis dalej w świat, będę Wam ogromnie wdzięczna.
 Jak możesz mi pomóc?
Wszystkie szczegółowe informacje o tym, jak przekazać darowiznę na moją rehabilitację i leczenie oraz jak pobrać ulotkę do rozliczenia 1,5% podatku, znajdziesz na moim blogu w zakładce [JAK POMÓC].
Dziękuję, że jesteście tu ze mną. Samo to, że mogę się Wam wygadać i liczyć na Wasze dobre serca, daje mi siłę do działania. Wasze wsparcie dodaje mi skrzydeł! ❤️💪

niedziela, 21 czerwca 2026

Nie biegnę już za nikim

 

Są melodie, które wracają jak dotyk, którego nie pamiętasz, a jednak Twoje ciało go rozpoznaje.
Wracają nie dlatego, że chcesz — tylko dlatego, że coś w Tobie jeszcze nie zostało domknięte.
Coś, co czekało na odwagę, na zgodę, na ostatnie „już wystarczy”.

Ta jedna przyszła do mnie jak chłód na nagą skórę.
Jak przypomnienie, że można trzymać zbyt mocno.
Że można kochać tak, że aż boli — i wciąż nie wystarczy.
Że czasem trzeba wypuścić skrzydła, choć dłonie jeszcze drżą.

I wtedy przychodzi to zdanie, które nie jest już ciosem, tylko prawdą:
że ktoś może być wiosną dla kogoś innego,
a dla Ciebie — tylko zimnym, cichym powietrzem, które nie niesie życia.

Ale wiesz co?
W tej historii nie ma już we mnie złości.
Nie ma żalu.
Jest tylko miękka zgoda.
Jest oddech, który wraca po długim milczeniu.
Jest wolność, która nie krzyczy — tylko siada obok i mówi: „teraz już możesz”.

„Litaj, ptaszko moja” — mówię dziś bez drżenia.
Nie jak pożegnanie.
Jak uwolnienie.
Jak czuły gest wobec czegoś, co było lekcją, a nie przeznaczeniem.

A ja?
Zostaję.
Wreszcie przy sobie.
Wreszcie w miejscu, które nie boli.
W przestrzeni, którą mogę wypełnić własnym ciepłem, własnym oddechem, własnym istnieniem.
Bo czasem największą czułością jest pozwolić komuś odlecieć.
A największą odwagą — nie uciec za nim.


Dziękuję, że jesteście

Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam w ciszy.
Że potraficie przeczytać to, czego nie umiem czasem wypowiedzieć.
To drżenie w dłoniach.
To milczenie, które mówi więcej niż słowa.
To wszystko, co dzieje się we mnie pomiędzy jednym oddechem a drugim.

Dziękuję, że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy powoli, delikatnie,
tak jak potrafię — bez pośpiechu, bez presji, bez lęku.
Za to, że mogę tu być sobą.
Za to, że nie muszę niczego udawać.
Za to, że widzicie we mnie człowieka, a nie tylko historię.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


Rozpoczynamy nową serię: muzyczne opowieści inspirowane LemON i Igorem Herbutem

 



Są takie głosy, które nie tylko się słyszy — one wchodzą pod skórę, rozszczelniają ciszę i otwierają w człowieku przestrzenie, o których istnieniu dawno zapomniał.
Dla mnie jednym z takich głosów jest Igor Herbut.
A jednym z takich światów — LemON.

Dlatego dziś otwieram na blogu nową serię tekstów inspirowanych piosenkami, które niosą w sobie coś więcej niż melodię.
To będą opowieści utkane z emocji, wspomnień, metafor i światła — takie, które rodzą się wtedy, gdy muzyka dotyka najczulszych miejsc.


Co znajdzie się w tej serii?

🔸 Utwory LemON – te znane i te, które żyją ciszej, ale równie mocno.
🔸 Solowa twórczość Igora Herbuta – pełna delikatności, odwagi i kruchości.
🔸 Piosenki, w których Igor był gościem – bo jego głos potrafi zmienić każdy utwór w osobną historię.
🔸 Legendarne covery, które zapisały się w pamięci słuchaczy — jak choćby „Krakowski Spleen”, hołd dla niezapomnianej Kory.

Każdy z tych utworów stanie się dla mnie punktem wyjścia do stworzenia własnej opowieści — czasem metaforycznej, czasem osobistej, czasem zupełnie odrealnionej.


Dlaczego ta seria?

Bo muzyka LemON i Igora Herbuta to dla mnie przestrzeń prawdy.
To miejsce, w którym można się zatrzymać, odetchnąć, poczuć.
To dźwięki, które nie boją się mówić o kruchości, sile, tęsknocie i nadziei.

A ja chcę tę prawdę przenieść tutaj — do mojego domu ze słów.
Do miejsca, w którym spotykamy się bez masek.


Dziękuję, że jesteś obok

Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że w jakiś sposób idziesz tą drogą razem ze mną.
Dziękuję Ci za obecność, za uwagę, za każde zatrzymanie się przy moich słowach choć na chwilę.
Twoje wsparcie — dobre słowo, udostępnienie, a czasem po prostu sama obecność — sprawia, że łatwiej mi podnosić głowę, nawet kiedy świat bywa cięższy niż powinien.


Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie aktualne formy pomocy zebrałam w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
To miejsce, w którym wszystko jest jasno opisane i uporządkowane.

Każdy gest — mały czy duży — naprawdę zmienia moje życie.
Dziękuję za wszystko, co już zrobiłaś/zrobiłeś.
I za to, że nadal tu jesteś.


Zapraszam Cię do tej muzycznej podróży

Czytaj. Czuj. Zatrzymuj się.
Może odnajdziesz w tych tekstach kawałek siebie.
Może coś Cię poruszy, może coś ukoi, a może coś otworzy.

Dziękuję, że tworzysz ze mną to miejsce.

Monika


Cena udawania, że wszystko jest w porządku. O sztuce wciskania hamulca bezpieczeństwa



Czy zdarzyło Ci się kiedyś iść przed siebie tak szybko, że cały świat wokół stawał się tylko rozmazaną smugą? Pędzisz, odhaczasz kolejne zadania, odpowiadasz na wiadomości, a w głowie masz idealnie ułożony plan. Wszystko wygląda świetnie. Na papierze. Bo w środku, pod tą całą grubą warstwą rzekomej pewności siebie, zaczyna brakować Ci tchu.
Niedawno trafiłem na utwór Krzysztofa Iwaneczki „Zatrzymaj się”. I choć nie chcę tu cytować suchych słów z tekstu, to emocje, które ze mną zostawiły, natychmiast ułożyły się w historię, którą po prostu muszę się z Wami podzielić. To opowieść o każdym z nas.
Maska, która zaczyna uwierać
Wszystko zaczyna się od momentu absolutnej, niemal bolesnej szczerości przed samym sobą. Wyobraź sobie, że zdejmujesz z twarzy maskę człowieka sukcesu, eksperta, który zawsze wie, co robi. Czujesz ten paraliżujący wstyd? To ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, jak bardzo nikt nigdy nie nauczył nas rozmawiać o własnej bezsilności. Od dziecka powtarzano nam, by być silnymi, iść do przodu i nie marudzić. Więc kiedy pojawiają się złość, żal czy zagubienie, zamiast stawić im czoła, wolimy udawać, że ich nie ma.
Najgorsze jest jednak to, że świat wokół często oczekuje od nas gotowych recept na życie. Ludzie pytają o rady, patrzą na nas, a w nas krzyczy jedno wielkie pytanie: Jak mam uczyć kogokolwiek, jak żyć, skoro moje własne plany właśnie rozpadły się na kawałki? To moment upadku z wysokiego konia, który zamiast porażką, staje się początkiem wolności.
Cudowne uderzenie w hamulec
W tym całym życiowym pędzie, kiedy chaos próbuje przejąć kontrolę, potrzebujemy jednego: gwałtownego, stanowczego wciśnięcia hamulca awaryjnego. Wizualizuję to sobie jako moment, w którym ktoś bliski – albo nasz własny, głęboko ukryty instynkt samozachowawczy – kładzie nam rękę na ramieniu i zmusza do złapania oddechu.
Wtedy pada to jedno, najważniejsze pytanie, które tak rzadko sobie zadajemy: Co ty właściwie w tym momencie czujesz? Czego TY naprawdę chcesz od życia?
Nagle okazuje się, że największą odwagą wcale nie jest bieg przed siebie bez oglądania się za siebie. Prawdziwym bohaterstwem jest lojalność wobec samego siebie. To zgoda na to, że jeśli droga, którą idziemy od miesięcy czy lat, okazuje się ślepym zaułkiem, to mamy pełne, święte prawo zawrócić. Odwrót wcale nie oznacza przegranej. Czasem to jedyny sposób, by uratować siebie.
Lekcja poobijanych kolan
Dalsza część tej drogi to piękna, choć szorstka lekcja pokory. Człowiek patrzy na swoje życiowe błędy i zaczyna rozumieć, że niewiedza nie jest grzechem. To normalne, że się gubimy. Ludzką rzeczą jest potykać się i upadać, bo tylko z perspektywy parteru widać, jak mocno trzeba się odbić, by znowu stanąć na nogi.
Nikt z nas nie przejdzie przez życie w nieskazitelnie czystym ubraniu. Sparzymy się raz, drugi, dziesiąty. Ale to właśnie te blizny i te trudne momenty budują naszą prawdziwą tożsamość. Każdy z nas ma swoją własną, unikalną ścieżkę i musi ją przejść na własnych warunkach – z prawem do popełniania błędów i szukania własnych odpowiedzi.
Ta historia uczy jednego: kiedy wiatr wieje Ci w oczy, najważniejsze to nie stracić kontaktu z samym sobą. Pozwól sobie na chwilę ciszy.
Słowo ode mnie: Dziękuję, że jesteście!
Na koniec chcę Wam z całego serca podziękować za to, że tu zaglądacie. Wasza obecność, każde wyświetlenie, komentarz i chwila poświęcona na czytanie moich przemyśleń dają mi niesamowitą siłę do działania. To dla mnie bezcenne paliwo.
Jeśli czujecie, że to, co robię, ma sens i chcielibyście wesprzeć moje dalsze kroki oraz rozwój tego miejsca, będę ogromnie wdzięczny za każdą pomoc. Wszystkie szczegóły, informacje o tym, jak możecie realnie dołożyć swoją cegiełkę i dmuchnąć w moje skrzydła, znajdziecie w dedykowanej zakładce [JAK POMÓC] na górze strony.
A jak to wygląda u Was? Potraficie w porę powiedzieć sobie „stop” i sprawdzić, co dzieje się w Waszym sercu, czy raczej pędzicie do odcięcia zasilania? Czekam na Wasze historie w komentarzach!

piątek, 19 czerwca 2026

Ambicja vs. Rzeczywistość: Jak (nie) wracałam do formy nad zalewem w Garwolinie



Znasz to uczucie, kiedy Twoja głowa krzyczy „lecisz!”, a ciało bardzo dosadnie odpowiada „chyba cię poniosło”? No to posłuchajcie, jak wyglądał mój dzisiejszy powrót do aktywności.
Po dłuższej przerwie wybrałam się nad nasz garwoliński zalew retencyjny. Plan był prosty, spokojny i skrojony na miarę moich obecnych możliwości: zrobię dwa kółka, trochę się poruszam, złapię świeże powietrze i wracam. Brzmi rozsądnie, prawda?
I wtedy włączył się tryb: „Ja nie dam rady?!”
Gdy tylko dotarłam na miejsce, w mojej głowie odpalił się wehikuł czasu. Przypomniałam sobie, że jeszcze dwa lata temu bez większego problemu robiłam tu po 5 kółek – czyli jakieś 10 kilometrów! W ułamku sekundy racjonalny plan poszedł w odstawkę, a na jego miejsce wskoczyła czysta, sportowa ambicja. Postanowiłam: dzisiaj też będzie pięć!
Początek był super. Przy czwartym kółku zaczęłam już konkretnie odczuwać zmęczenie, ale w myślach powtarzałam sobie: „Nie no, nie odpuszczę na ostatniej prostej, zrobię to”.
W trakcie tego mojego biegu (czy też – jak kto woli – jazdy) spotkałam znajomego. Popatrzył na mnie, złapał się za głowę i podsumował krótko: „Dziewczyno, ty jesteś szalona, że tyle kręcisz!”. Zaśmiałam się tylko, rzucając: „Trzeba się ruszać i zrzucić parę kilogramów! Jak się nie chodzi na nogach, to trzeba nadrabiać inaczej!”.
Kiedy kręgosłup mówi „auć”
Żeby podkręcić dramatyzm sytuacji i pokazać, jaką mam moc, po tej krótkiej wymianie zdań jeszcze przyspieszyłam tempo. I to był ten moment, w którym mój kręgosłup postanowił zgłosić oficjalny protest. Poczułam bardzo wyraźne, głośne „AUĆ”.
W jednej sekundzie cała ta sportowa duma wyparowała, a ja musiałam gwałtownie zwolnić. Zamiast spektakularnego finiszu, skończyło się na szybkim telefonie do mojej asystentki: „Ratunku, przyjdź po mnie, bo sama nie dam rady wrócić”.
Lekcja na dziś?
To był klasyczny stan, w którym ambicje i obecna kondycja kompletnie nie poszły w parze. Chciałam przeskoczyć dwa lata przerwy w jedno popołudnie.
Choć dumna jestem z tego, że wciąż mam w sobie tyle determinacji, to dzisiejszy dzień był dla mnie lekcją pokory wobec własnego ciała. Czasem największą odwagą nie jest dokończenie założonego celu za wszelką cenę, ale umiejętność powiedzenia „stop”, kiedy organizm o to błaga.
A jak to jest u Was? Wasza ambicja też czasem wygrywa z rozsądkiem?


czwartek, 18 czerwca 2026

Dwie krainy, jedno serce. Moja podróż po godność i niezależność


Mówi się, że każdy z nas nosi w sobie mapę miejsc, które go ukształtowały. Czasami jednak człowiek rodzi się na granicy dwóch zupełnie obcych terytoriów. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam poruszający utwór „Ziemia” w wykonaniu Sargisa Davtyana, poczułam, jak głęboko rezonuje on z moim własnym życiem. Choć artysta śpiewa o rozdarciu między dwoma krajami, ja odnalazłam w tej piosence metaforę mojego własnego losu.
Od dwudziestu ośmiu lat moje życie to bowiem nieustanny taniec między dwoma światami: krainą pełną beztroski, zdrowia i swobody, którą podziwiam z daleka, a surową, pełną barier rzeczywistością niepełnosprawności, w której przyszło mi żyć.
Nazywam się Monika Mosór i mieszkam w Garwolinie. Moja codzienność to walka o to, by te dwa światy w końcu przestały się ze sobą kłócić. By społeczeństwo przestało budować mury, a zaczęło stawiać mosty.
Lekcja obcego języka i próba zakorzenienia
W utworze Davtyana, który stał się inspiracją dla moich przemyśleń, bohater przywołuje symbole kultury, by udowodnić swoją przynależność. Ja też całym sercem chłonę otaczający mnie świat. Jestem kobietą, która kocha życie, ma swoje wielkie marzenia i pragnie być po prostu traktowana jak równa wśród równych.
Jednak los już na starcie rzucił mnie na głęboką wodę, obciążając moje ciało bagażem, którego nikt nie powinien dźwigać. Przepuklina oponowo-rdzeniowa, wodogłowie, padaczka i codzienne dysfunkcje wewnętrznych organów to przeciwnicy, którzy nieustannie próbują odebrać mi prawo do decydowania o sobie. Zamiast spacerów po zielonych polach, moją ścieżką stały się ślady kół wózka inwalidzkiego. Każdego dnia na stole rehabilitacyjnym walczę o to, by moje własne ciało przestało być dla mnie obcym krajem, a stało się domem, w którym panuje spokój.
Syndrom tożsamościowej bezdomności
Piosenka „Ziemia” dotyka bolesnego motywu bezdomności – sytuacji, w której człowiek nigdzie nie czuje się w pełni u siebie. W moim życiu ten stan oznacza niewidzialną barierę, która oddziela mnie od reszty społeczeństwa. To uczucie, gdy świat ludzi sprawnych patrzy na Ciebie z dystansem, widząc jedynie wózek i ograniczenia, jakbyś nie pasował do ich krajobrazu. Z kolei w świecie czysto medycznym jesteś tylko kolejnym numerem w kartotece, kolejnym trudnym przypadkiem do zdiagnozowania.
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na jedno, wspólne „My”? Na to, by usiąść przy jednym stole bez barier, bez litości, za to z pełnym zrozumieniem?
Ta granica staje się jeszcze wyraźniejsza, gdy w grę wkracza proza życia. Moja niezależność ma niestety bardzo wysoką, materialną cenę. Co miesiąc potrzebuję ogromnych kwot na samą rehabilitację, leki oraz specjalistyczny sprzęt. To tworzy finansowy mur, przez który sama nie jestem w stanie przejść. To te chwile, gdy czuję, że brak środków zamyka przede mną drzwi do normalnego świata.
 Zbudujmy wspólny dom
Wierzę jednak – tak jak artysta w swoim utworze – że żadne podziały nie są ostateczne. Korzenie, nawet te mocno poturbowane przez los, potrafią na nowo wrosnąć w ziemię, jeśli tylko poczują ciepło. Psychoterapia pomaga mi odnaleźć wewnętrzne światło w najciemniejszych momentach, ale to obecność drugiego człowieka daje mi realną siłę do działania.
Nie musimy żyć w osobnych światach. Możesz pomóc mi zburzyć te mury i sprawić, byśmy zaczęli mówić o sobie jako o jednej, wspólnej rodzinie. Każdy gest ma znaczenie i pozwala mi wierzyć, że niemożliwe staje się rzeczywistością.
 Jak możesz mi pomóc i jak złapać ze mną kontakt?
 Wszystkie szczegółowe informacje o tym, jak przekazać mi wsparcie (w tym 1,5% podatku czy SMS), a także odnośniki do mojego Facebooka oraz innych mediów społecznościowych, znajdziesz w odpowiednich zakładkach na górze mojego bloga.
Dziękuję Ci za to, że nie przechodzisz obok mojej granicy obojętnie. Dziękuję, że pomagasz mi bezpiecznie zapuścić korzenie w normalnym, pięknym życiu.
Z głęboką wdzięcznością,
Monika Mosór

środa, 17 czerwca 2026

Miłość do zwierząt, chwile bez bólu i walka o sprawność – moja wizyta na Farmie Goławice


Witajcie kochani! 
Dzisiaj chcę się z Wami podzielić czymś bardzo osobistym, a zarazem pięknym. Kto zna mnie bliżej, ten doskonale wie, że bardzo kocham zwierzęta. Mają one w sobie niezwykłą magię – empatię, której często brakuje ludziom, oraz czystą, niczym niewymuszoną radość. Kontakt z nimi od zawsze był dla mnie formą terapii, dlatego kiedy tylko pojawia się okazja, staram się uciekać bliżej natury.
Ostatnio wybrałam się w wyjątkowe miejsce – na Farmę Goławice. To urokliwy zakątek pełen niesamowitych stworzeń. Miałam okazję z bliska przytulić ciekawskie alpaki, nakarmić osiołki, podziwiać dumne pelikany, a nawet spotkać przesympatyczne kapibary i urocze pieski preriowe. Sami zobaczcie na zdjęciach, ile było w tym wszystkim autentycznej, dziecięcej wręcz radości 
Cud, który przyniósł ulgę
Ta wycieczka miała dla mnie znacznie głębszy wymiar, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Od końca marca zmagam się z silnym, nieustannym bólem kolana, który niesamowicie utrudnia mi codzienne funkcjonowanie i potrafi odebrać całą energię. Jednak tam, na farmie, stał się prawdziwy cud.
Kiedy otoczyły mnie te wszystkie cudowne zwierzaki, negatywne emocje i fizyczny dyskomfort po prostu odpłynęły. Dzięki nim chociaż na chwilę mogłam całkowicie zapomnieć o bólu. Obecność zwierząt przyniosła mi psychiczną i fizyczną ulgę, dając mi potężnego kopa motywacyjnego do dalszej walki o siebie. 
Kilka słów o dostępności, czyli okiem wózkowicza 
Jako osoba poruszająca się na wózku, zawsze zwracam uwagę na infrastrukturę miejsc, które odwiedzam. Chcę być z Wami zupełnie szczera – Farma Goławice to cudowne miejsce z ogromnym potencjałem i wspaniałą atmosferą, ale musi jeszcze sporo popracować nad dostępnością dla osób z niepełnosprawnościami.
Największym wyzwaniem na miejscu okazały się kwestie techniczne, takie jak niedostosowana łazienka oraz bariery architektoniczne przy wejściu do kawiarni. Dla osób takich jak ja, samodzielne pokonanie tych przeszkód bywa niemożliwe. Mam ogromną nadzieję, że właściciele farmy z czasem zadbają o te detale, bo ułatwiłoby to życie wielu wyjątkowym gościom, którzy tak jak ja pragną kontaktu z naturą bez barier.
Moja codzienność
Wizyta na farmie była piękną odskocznią, jednak rzeczywistość, do której wracam, bywa trudna. Moja codzienność to przede wszystkim intensywna, nieprzerwana i niestety bardzo kosztowna rehabilitacja związana z przepukliną oponowo-rdzeniową. Aby móc dalej cieszyć się życiem, łagodzić skutki codziennych dolegliwości, przełamywać kolejne bariery i dążyć do jak największej sprawności oraz samodzielności, cały czas potrzebuję wsparcia ludzi o wielkich sercach. Każdy krok do przodu to dla mnie szansa na kolejny dzień bez bólu.
A jak to jest u Was?
Na koniec mam do Was ogromną prośbę i pytanie. Czy Wy również czujecie tak niesamowitą więź ze zwierzętami? Czy macie swoje ulubione miejsca, w których bliskość natury pozwala Wam odciąć się od codziennych trosk, stresu czy bólu?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! Chętnie dowiem się też, jakie zwierzątka ze zdjęć skradły Wasze serca najmocniej – u mnie kapibary i pieski preriowe zdecydowanie wygrywają! 
 Jak możesz mnie wesprzeć?
Jeśli chcielibyście pomóc mi w mojej codziennej walce o sprawność, wszystkie szczegółowe informacje, numery kont oraz sposoby wsparcia znajdziecie na moim blogu w zakładce [JAK POMÓC].
Ogromną pomocą będzie dla mnie również udostępnienie tego wpisu w swoich mediach społecznościowych. To nic nie kosztuje, a pozwala mi dotrzeć dalej.
Dziękuję, że jesteście ze mną na tej drodze i wspieracie mnie w drodze po lepsze jutro! 






wtorek, 16 czerwca 2026

Monika z marzeniami – o tym, jak jedna czerwona sukienka zmieniła wszystko

Pamiętacie mój wcześniejszy wpis o czerwonej sukience, którą kupiłam z myślą o wyjątkowej uroczystości rodzinnej? 31 maja nadszedł w końcu dzień jej wielkiej premiery. Kiedy rano szykowałam się do wyjścia, zupełnie nie spodziewałam się tego, co przyniosą najbliższe godziny. Nastawiałam się po prostu na miły, rodzinny dzień. W końcu jechałam tam świętować sukcesy moich kuzynów – i tutaj zdradzę Wam małą tajemnicę: to nie była zwykła komunia, bo połączono ją z huczną osiemnastką!
Gdy jednak uroczystość się rozpoczęła, poczułam, że to wielkie, rodzinne święto splata się z czymś niezwykle ważnym dla mnie samej. To nie był kolejny zwyczajny dzień, w którym po prostu założyłam ładne ubranie. Tamtego popołudnia wydarzyło się coś znacznie głębszego.
Tego dnia nie byłam „tą biedną Monisią”. Byłam Moniką – kobietą, która ma swoje pasje, cele i wielkie marzenia. Kobietą silną, dumną i w pełni świadomą siebie.
Nie jest mi łatwo o tym pisać, bo na co dzień moja samoocena bywa naprawdę niska. Często toczę ze sobą wewnętrzne bitwy, zmagając się z ogromnym brakiem wiary we własne możliwości. Rzeczywistość bywa brutalna, a budowanie pewności siebie przypomina drogę pod górę. Cholernie ciężko jest czuć się piękną, gdy świat na każdym kroku promuje sztywne, sztucznie wykreowane kanony piękna. Kiedy zewsząd zalewają nas idealne, nieskazitelne obrazki, bardzo łatwo ulec złudzeniu, że brak dopasowania do tych szablonów czyni nas gorszymi.
Jednak w takich momentach jak ten, nagle dzieje się magia i cały ten wewnętrzny krytyk milknie. Tamtego dnia odsunęłam na bok wszelkie kompleksy. Spojrzałam w lustro i poczułam się po prostu przepięknie. Wyrazista czerwień sukienki, cudowny makijaż i idealna fryzura sprawiły, że to, co zewnętrzne, w końcu idealnie współgrało z tym, co od zawsze noszę głęboko w sercu. Poczułam niesamowitą, przepełniającą mnie pewność siebie i czystą, niczym niezmąconą radość.
Ten wyjątkowy stan ducha nie byłby jednak możliwy, gdyby nie dwie cudowne kobiety, które spotkałam na swojej drodze. Z całego serca chcę podziękować Paulinie– to Twoje magiczne dłonie wyczarowały mój wizerunek. Sprawiłaś, że zyskałam niesamowity blask, a fryzura i makijaż idealnie dopełniły całą stylizację. Dziękuję Ci za Twój niezwykły talent i serce włożone w pracę! 🥰
Drugie, ogromne podziękowania kieruję do pani fotograf, Magdaleny. Pani Magdo, przez tych kilka wspólnych godzin bez przerwy powtarzała mi Pani słowa, które wryły mi się w pamięć: że jestem piękną kobietą i że aparat mnie kocha. Pani profesjonalizm, ale przede wszystkim ciepłe, niesamowite wsparcie sprawiły, że całkowicie zrzuciłam pancerz, otworzyłam się i uwierzyłam w to, co widzę na zdjęciach. Pomogła mi Pani przełamać barierę, którą tak często sama wokół siebie wznoszę. Dziękuję za to z całego serca!
Dzielę się z Wami tą opowieścią i tą energią, bo głęboko wierzę, że każda z nas – bez względu na codzienne potyczki z własnymi myślami, wątpliwościami czy narzucanymi nam przez otoczenie wzorcami – zasługuje na to, by poczuć się niepowtarzalnie. Nasze prawdziwe piękno nie mieści się w żadnych szablonach.
Moja codzienna droga po realizację marzeń i walka o pełną niezależność bywają jednak trudne i wymagają sporego wysiłku. Jeśli moja historia poruszyła Wasze serca i chcielibyście stać się częścią mojego świata, pomagając mi w pokonywaniu kolejnych barier, będzie mi ogromnie miło. Wszystkie szczegółowe informacje o tym, jak możecie mnie wesprzeć (w tym dane do przekazania 1,5% podatku czy darowizny), znajdziecie na moim blogu w zakładce „Jak pomóc”.Każdy, nawet najmniejszy gest, dobre słowo czy udostępnienie tego wpisu znaczą dla mnie więcej, niż potrafię wyrazić.
Dziękuję, że jesteście tu ze mną, czytacie moje słowa i towarzyszycie mi w drodze po marzenia!

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Melodia, którą zbyt dobrze znam. O najważniejszej walce, którą toczę każdego dnia

 


„Otwieram oczy, idę / widzę na jeden metr / skoszona trawa, nudny dzień...”

Znasz to uczucie, kiedy życie przypomina spacer we mgle? Widzisz tylko jeden krok przed sobą. Idziesz, bo trzeba. Bo tak wypada. Bo ciało i głowa nauczyły się powtarzać te same ruchy każdego dnia. Monotonia staje się bezpieczna, a jednocześnie dławiąca.

Przez lata myślałam, że moje największe bitwy to te, które toczę ze światem: z barierami, z codziennością, z opiniami ludzi. Dopiero z czasem zrozumiałam, że prawda jest o wiele bardziej bolesna.

Najtrudniejszą walkę toczę codziennie sama ze sobą.


Świat czuję za mocno, a siebie widzę za mało

Jestem osobą, która czuje wszystko intensywniej. Moja wrażliwość i empatia pozwalają mi rozumieć ból innych, wspierać ich, być dla nich. To piękna cecha — ale też miecz obosieczny.

Bo kiedy masz w sobie ocean empatii dla świata, a jednocześnie zmagasz się z niską samooceną, zaczynasz grać w grę, której nie da się wygrać.

Innym dajesz prawo do błędów, słabości, potknięć. Sobie — odmawiasz wszystkiego.

Niska samoocena działa jak filtr: każde dobre słowo od innych zamienia w przypadek, a każde potknięcie w dowód na to, że jesteś niewystarczająca. I tak zaczyna się cicha wojna, której nikt nie widzi.


Niewidzialna walka i ból cudzej oceny

Codziennie walczę o rzeczy, o których mało kto ma pojęcie. O wstanie z łóżka. O zrobienie kroku. O przetrwanie dnia w świecie, który nie jest dostosowany ani do mojej wrażliwości, ani do mojego ciała.

To wysiłek, który wyczerpuje mnie do szpiku kości.

A najbardziej boli jedno: ludzie widzą tylko to, czego NIE robię.

Nie widzą godzin walki z bólem. Nie widzą przełamywania lęków. Nie widzą milczących zwycięstw, które odnoszę każdego dnia. Widzą za to każdy moment, kiedy odpuszczam. Każdą nieobecność. Każde „nie mam siły”.

Oceniają mnie przez pryzmat tego, czego im nie dałam — nie tego, ile mnie kosztowało, by w ogóle spróbować.


Strachy, które trzymają za kark

„Weszłam na jedną chwilę / zostałam kilka lat / strachy trzymały mnie za kark...”

Lęki są jak cienie. Wchodzisz w nie „na chwilę”, pozwalasz sobie na jeden moment zwątpienia, jedną myśl, że nie pasujesz, że jesteś gorsza, że nie spełniasz oczekiwań. A potem budzisz się po latach i widzisz, że te strachy trzymają cię mocno za kark i nie pozwalają spojrzeć w górę.

Moim największym przeciwnikiem nie jest pech. Jest nim ten cichy, destrukcyjny głos we mnie, który szepcze:

„Nie dasz rady.”
„Po co próbujesz, skoro i tak nikt tego nie doceni.”
„Bezpieczniej będzie zniknąć.”

To właśnie dlatego chodzę na terapię. Bo wiem, że sama nie uniosę wszystkiego. Terapia uczy mnie oddzielać fakty od lęków, realność od katastroficznych wizji, moje prawdziwe „ja” od tego, co podpowiada mi strach.

To proces długi, czasem bolesny, czasem wyczerpujący — ale konieczny, jeśli chcę odzyskać siebie.

Walka z własnym sabotażystą to starcie bez publiczności. Nikt nie widzi rund, które przegrywam wieczorami. Nikt nie bije braw, gdy rano mimo wszystko wstaję i idę dalej.


Taniec, z którego pora się wypisać

„Wiem, że nie chcę się już dłużej bać / nie chcę tańczyć do melodii, którą znam...”

Najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, gdy uświadamiasz sobie, że tańczysz do melodii, którą znasz aż za dobrze. Melodii przepraszania za to, że żyjesz. Melodii udowadniania swojej wartości. Melodii przejmowania się ludźmi, którzy nie mają pojęcia o Twoim codziennym heroizmie.

Przełom nie następuje wtedy, gdy świat zacznie zauważać Twój wysiłek.

Przełom następuje wtedy, gdy tę ogromną empatię, którą masz dla innych, w końcu kierujesz w stronę samej siebie.

Kiedy mówisz: DOŚĆ.

Przestaję tańczyć do melodii oczekiwań. Doceniam swoje małe-wielkie kroki, nawet jeśli dla kogoś są niewidoczne. Wolę potknąć się na nowej drodze jako osoba, która walczy o siebie, niż idealnie maszerować w miejscu, które mnie niszczy.

I wiem, że przede mną długa droga. Terapia, zmiana nawyków myślenia, uczenie się łagodności wobec siebie — to proces, który wymaga czasu. Ale po raz pierwszy od dawna czuję, że idę w dobrą stronę.


Otwieram oczy. Idę.

„Jestem wolny / już mnie porwał wiatr / daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd”

Wygrana w walce ze sobą nie oznacza, że ból znika. Oznacza, że przestajesz pozwalać mu prowadzić Cię za rękę.

Kiedy w końcu podajesz dłoń samej sobie — tej wrażliwej, wojowniczej, zmęczonej, ale upartej wersji — krajobraz zaczyna się zmieniać. Nudny dzień ustępuje miejsca dobrym dniom. Mgła się przerzedza. Trawa znów robi się zielona.

Zamiast patrzeć tylko na jeden metr przed sobą, zaczynasz spoglądać w gwiazdy.

Otwieram oczy. Idę. I choć moja niewidzialna walka będzie trwać, to dziś wiem jedno:

Widzę swój wysiłek.
Widzę drogę, którą już przeszłam.
Widzę tę, która jeszcze przede mną.

I to wystarczy, by iść dalej z podniesioną głową.


Dziękuję, że jesteście

Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że czytacie to milczenie w moich dłoniach.
Że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy — powoli, bez lęku.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mi pomóc:
Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

niedziela, 14 czerwca 2026

Namiastka dziecięcych marzeń. Jak pluszak z IKEA przypomniał mi o dawnych pragnieniach

Każdy z nas nosi w sobie jakieś wspomnienie z dzieciństwa, które miało zapach, kształt i… cztery łapy. Dla mnie tym symbolem dziecięcych pragnień od zawsze był pies rasy husky. Wyobrażałam sobie jego hipnotyzujące spojrzenie, dumną sylwetkę i tę niespożytą energię, która idealnie pasowała do moich młodzieńczych marzeń o wielkich przygodach.
Życie jednak pisze własne scenariusze. Dorastanie, codzienne obowiązki, a także różne ograniczenia sprawiły, że to marzenie musiało pozostać w sferze planów. Prawdziwy husky nigdy nie zamieszkał w moim domu. Przez lata wydawało mi się, że ten temat jest już zamknięty – ot, jedno z wielu niespełnionych pragnień, z których się wyrasta.
Jak się okazało, bardzo się myliłam.
Przypadkowe spotkanie w IKEA
Kilka dni temu, spacerując alejkami IKEA, zupełnie nie spodziewałam się, że jedno spojrzenie cofnie mnie w czasie o kilkanaście lat. Na jednej z półek, pośród dziesiątek innych maskotek, siedział on – pluszowy husky.
Nie zastanawiałam się ani chwili. To był impuls, ale też niezwykle oczyszczające uczucie. Kiedy wzięłam go w ramiona, poczułam, jak ta dawna, dziecięca tęsknota na nowo daje o sobie znać, ale tym razem w bardzo ciepły, pozytywny sposób.
Coś więcej niż zwykła maskotka
Dla kogoś z boku to pewnie zwykły kawałek materiału z fabrycznym wypełnieniem. Dla mnie ten pluszak stał się czymś znacznie ważniejszym – bezpieczną namiastką tamtego wielkiego, niespełnionego marzenia.
Oczywiście, że nie zastąpi prawdziwego psa. Nie szczeka, nie biega, nie domaga się spacerów o świcie. Ale ma w sobie coś, co pozwala mi na chwilę zatrzymać się w pędzie codzienności i uśmiechnąć do samej siebie. Kiedy na niego patrzę, przypominam sobie o dziecku, które wciąż we mnie żyje – tym samym, które kiedyś z zapartym tchem oglądało filmy o psich zaprzęgach i wierzyło, że wszystko jest możliwe.
Lekcja od pluszowego husky’ego
Ta sytuacja uświadomiła mi jedną ważną rzecz. W dorosłym życiu często rezygnujemy z marzeń, bo uważamy, że jeśli nie możemy zrealizować ich w 100%, to nie warto w ogóle do nich wracać. A to błąd. Czasem małe kompromisy – takie jak ta maskotka – potrafią przynieść nam ogromną ulgę i masę dziecięcej radości.
Nie wszystkie marzenia muszą się spełniać dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy za dzieciaka. Czasem wystarczy ich mała namiastka, by poczuć się po prostu szczęśliwym.
A jak to jest u Was? Czy macie w swoich domach takie przedmioty, które są symbolem Waszych niespełnionych marzeń z dzieciństwa? Dajcie znać w komentarzach!


sobota, 13 czerwca 2026

Zapiski ze skorupy: moja historia inspirowana „Żółwiem” Igora Herbuta

 



Zainspirowana kruchą magią utworu „Żółw” Igora Herbuta, napisałam własną historię.
Historię Moniki — kobiety, która codziennie rozbija głową mur, by poczuć choć powiew wolności.

Mój dom z cierpliwości

Wszystko zaczęło się od błędu w tkance.
Od splotu nerwów, który zaplątał się w supeł, zanim jeszcze poznałam świat.

Przepuklina oponowo‑rdzeniowa — dla lekarzy to suchy fakt.
Dla mnie to dożywotni wyrok uwięzienia w ciele, które bywa jak zbuntowany instrument.
Każda struna fałszuje. Każdy ton tnie jak brzytwa.

„Kolejny ze mną dzielisz oddech bez lęku…”

Moje życie jest jak przeschnięta ziemia — spękana od pragnienia bycia „normalną”, od marzeń o biegu, który nigdy nie nastąpi.

Kiedy inne dzieci zdzierały kolana na podwórkach,
ja zdzierałam dłonie o obręcze wózka.

Zimny metal stał się moją drugą skórą.
Mobilną fortecą, w której barykadowałam się przed litościwym wzrokiem świata.

„I tak się wychylam – niepewna, jak żółw z kamienia…”

Kiedy leżę na materacu rehabilitacyjnym, a ból rozrywa mi stawy, podaję światu moje milczenie do czytania.

To milczenie gęste jak smoła.
Jest w nim strach przed jutrem.
Jest wściekłość na własną bezsilność.
Jest potworne zmęczenie rolą „dzielnej Moniki”.

Podaję Wam to milczenie, bo czasem brakuje mi słów, by opisać, jak bardzo boli dusza, gdy ciało odmawia posłuszeństwa.

„Z patrzenia tka mi się dom…”

Mój dom nie ma adresu.
Mój dom jest utkany z nadludzkiej cierpliwości.

Każda ściana to godziny ćwiczeń.
Każdy sufit to nieprzespane noce zaciśniętych zębów.
To dom bez dachu — bo niebo nade mną wciąż jest ciemne od burz, przed którymi nie mam gdzie uciec.

„Żółw burzy nie goni, uczy się fali…”

Uczę się tej fali.
Codziennie, mozolnie, centymetr po centymetrze.

Uczę się, że miłość do samej siebie musi być powolna.
Bo nienawiść do własnego ograniczenia uderza jak piorun.

Chcę wierzyć, że ten żółw — skatowany bólem, obciążony kamienną skorupą diagnoz — w końcu odnajdzie spokój.

„Na plecach odpoczywa światło…”

To światło, o którym piszę, to te rzadkie chwile, gdy zapominam o wózku.
Gdy poezja rozpina mrok moich lęków.
Gdy czuję, że pod skórą — głęboko pod śladami dawnych skorup — wciąż jestem ja.

Nie pacjentka.
Nie przypadek medyczny.
Kobieta, która kocha do woli.

Dziękuję, że jesteście

Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że czytacie to milczenie w moich dłoniach.
Że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy — powoli, bez lęku.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mi pomóc

Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

piątek, 12 czerwca 2026

UWAGA, NEUROLOGIA WŁAŚNIE DOSTAŁA ZAWAŁU! Czyli jak moje stopy żyją własnym życiem


Hej! Dziś przychodzę do Was z krótką, ale niezwykle dynamiczną historią o tym, jak moje własne ciało postanowiło zrobić mnie w konia. I to w stylu kina akcji.
Od urodzenia dzielnie walczę z przykurczami w palcach u stóp. Moja absolutna życiowa zmora. Efekt? Regularnie dewastuję swoje własne paznokcie. I tutaj, cała na biało, wkracza Karolina – moja niezastąpiona podolożka.
Dla niewtajemniczonych: podolog to taki czarodziej od zadań specjalnych. Nie bawi się w malowanie wymyślnych kwiatuszków, tylko ratuje ludzkość przed wrastającymi paznokciami, odciskami i innymi „atrakcjami”. Taki superbohater od dolnych kończyn. Co prawda na moich stopach można czasem zobaczyć kolor, czyli hybrydę, ale umówmy się – to nie dla rewii mody. Chodzi wyłącznie o to, żeby maksymalnie utwardzić paznokcie i pozwolić na dłużej utrzymać efekty ciężkiej pracy Karoliny, zanim moje przykurcze znów spróbują dokonać sabotażu.
Błąd w Matrixie i nagły atak... łaskotek
Ostatnio Karolina (znana też jako PodoLala ) odwiedziła mnie na kolejny pedicure podologiczny. Siedzimy, pełne skupienie, Karolina działa, ja się relaksuję... i nagle wydarzył się absolutny hit.
Poczułam łaskotki w prawej stopie. 🤯
Dla jasności: przy moim niedowładzie kończyn dolnych każda taka akcja to jak wygrana w totka i totalny szok kulturowy. Ja w ryk – śmieję się jak szalona, a Karolina patrzy na mnie z totalnym zdezorientowaniem, kompletnie nie ogarniając, z czego właściwie rżę wniebogłosy podczas rutynowego piłowania. Dopiero jak wykrztusiłam, o co chodzi, obie zbierałyśmy szczęki z podłogi.
Prawie znokautowałam doktora, czyli refleks ninja
Oczywiście mam świadomość, że to mógł być jednorazowy błąd Matrixa. Moje nerwy już kiedyś pokazały, że mają bardzo specyficzne poczucie humoru.
Lata temu miałam wycinane znamię na stopie. Dumna i pewna siebie stwierdziłam:
"Eee tam, daj spokój panie doktorze z tym znieczuleniem miejscowym, przecież ja i tak tam nic nie czuję".
Lekarz jednak uznał, że procedury to procedury i lepiej podać. Wbił igłę w stopę... i ku absolutnemu zaskoczeniu mojej mamy, pielęgniarki, samego lekarza (i moim własnym!), moja noga odpaliła tryb ninja. Odskoczyła tak widowiskowo, że powędrowała prosto w kierunku twarzy doktora. Prawie go znokautowałam "niewładną" nogą!
Więc tak – u mnie reakcje czuciowe bywają rzadkie, gwałtowne i, jak widać, bardzo niebezpieczne dla otoczenia. Moje stopy po prostu żyją własnym, bokserskim życiem!
A jak tam Wasze organizmy? Zrobiły Wam kiedyś podobny podstępny numer, wprawiając lekarzy (albo Was samych) w absolutne osłupienie? Dajcie znać w komentarzach!

czwartek, 11 czerwca 2026

Moja wspinaczka: Dlaczego „The Climb” to moja historia

 



Chciałabym podzielić się z Wami refleksją nad utworem, który od lat towarzyszy mi w najtrudniejszych chwilach.
The Climb” Miley Cyrus to dla mnie coś znacznie więcej niż radiowy hit. To ścieżka dźwiękowa mojej codzienności. Za każdym razem, gdy słyszę ten tekst, mam wrażenie, że każda linijka została wyjęta prosto z moich myśli.

Ta piosenka mówi o życiu jako nieustannej wspinaczce — pełnej potknięć, zwątpień, ale też niezłomnej wiary.
Dla mnie, osoby żyjącej od urodzenia z przepukliną oponowo‑rdzeniową, te słowa nie są metaforą.
To mój osobisty manifest.

Walka z własnym cieniem

Najtrudniejszy w tej drodze nie jest wysiłek fizyczny.
Najtrudniejszy jest ten cichy, natrętny głos, o którym mówi piosenka:

„You'll never reach it”Nigdy tam nie dotrzesz.

To głos zwątpienia, który pojawia się, gdy ciało odmawia posłuszeństwa, gdy ból staje się zbyt głośny, a postępy na rehabilitacji są tak małe, że trzeba je mierzyć w milimetrach.

Ale ta piosenka nauczyła mnie czegoś ważnego:
moją górą nie jest niepełnosprawność.
Moją górą jest walka o to, by ona mnie nie zdefiniowała.

Paradoks straty i zysku

W tekście pada zdanie, które mocno we mnie rezonuje:

„Sometimes I'm gonna have to lose”Czasami będę musiała przegrać.

W świecie, który wymaga od nas nieustannego wygrywania, to zdanie jest jak oddech.

  • Uczę się akceptować, że są dni, kiedy „góra” wygrywa.
  • Uczę się, że przegrana jednej bitwy z bólem nie oznacza końca całej drogi.
  • Uczę się, że moja wartość nie zależy od tempa, ale od tego, że w ogóle zdecydowałam się iść.

Chwile, które zapamiętam

Piosenka mówi, że to właśnie trudne momenty zapamiętamy najbardziej.
I to prawda.

Nie pamiętam dni, kiedy było łatwo.
Pamiętam te godziny spędzone na intensywnej pracy nad sobą.
Pamiętam momenty, w których dzięki wsparciu terapeutów i własnemu uporowi odzyskiwałam choćby odrobinę kontroli nad swoim życiem.

To są moje prawdziwe szczyty.

Dlaczego wciąż idę?

Bo, jak mówi utwór:

„It ain't about what's waiting on the other side.”
Nie chodzi o to, co czeka po drugiej stronie.

Nie czekam na cud.
Czekam na każdy kolejny dzień, w którym mogę z godnością i spokojem powiedzieć:

„Wciąż tu jestem. Wciąż się wspinam.”

To nie jest bieg po medal.
To mozolna, trudna, ale piękna wspinaczka po moje własne szczęście i niezależność.
I choć droga bywa stroma — nie zamierzam przestać.

„Keep the faith, baby. It's all about the climb.”

Jeśli chcesz mi pomóc

Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

środa, 10 czerwca 2026

Krzywo, ale stabilnie. Jak popsułam statystyki neurochirurgom i polubiłam mój własny kręgosłup


Czerwiec to Miesiąc Świadomości Skoliozy. Dla mnie? Idealny moment, żeby sypnąć odrobiną zielonego brokatu na moje i tak już mocno pokręcone życie.
Dla większości z Was skolioza to pewnie to legendarne „garbienie się w ławce” albo dramat pod tytułem „krzywo nosiłeś plecak”. U mnie wersja jest znacznie bardziej luksusowa, bo neurologiczna – taki uroczy bonus od przepukliny oponowo-rdzeniowej, z którą znam się osobiście właściwie od kołyski.
Era Pajączka i hurtowni baterii
Zanim jednak wskoczyłam do ortopedycznej ekstraklasy, miałam świetny wstęp jako 8-10 latka. Moja rehabilitantka namiętnie oklejała mnie wtedy kolorowymi tejpami. I dokładnie w tamtym momencie wjechały one: „Dobre Rady Znajomych”.
Ktoś wybitnie genialny uznał, że profesjonalna fizjoterapia to bzdura i moja mama powinna natychmiast zainwestować w Pajączka. Pamiętacie ten hit z telezakupów, który piszczał nieludzko, jak tylko człowiek chociaż trochę się skrzywił?
Mama skwitowała to krótkim śmiechem i uwagą, że na mój kręgosłup musiałaby chyba wykupić roczny zapas baterii z całej hurtowni, bo sprzęt z TV raczej nie udźwignie tej konstrukcji. Spojler: miała absolutną rację.
Konsylium przy kominku i medyczny „teaser”
Prawdziwy festiwal absurdu zaczął się, gdy miałam 14,5 roku. I to od grubej rury – od... bólu w kolanach. Bo przecież jak boli kolano, to na pewno winny jest kręgosłup, logiczne, prawda?
Po rezonansie moje wyniki wylądowały na tzw. kominku neurochirurgów. Wyobrażam sobie to zacne konsylium, na które przypadkiem zaplątał się ortopeda z innego szpitala. Naradzali się, naradzali i w przypływie nagłego natchnienia uznali:
„O, zoperujmy jej skoliozę!”
Wstawili mi krótki implant. Taki medyczny „teaser” – miał mnie wyprostować tylko na tyle, żeby lekarze mogli sprawdzić, czy da się uniknąć wersji rozszerzonej, czyli długiego implantu.
Rehabilitacja pooperacyjna? Czysta sielanka. Do dziś z łezką w oku (i lekkim dreszczem) wspominam ponowną naukę tak skomplikowanych i ekscytujących czynności jak siadanie, wstawanie i spacerowanie w ortezach. Żeby nie było nudno, w pakiecie dostałam bonus: ropień pod najprawdopodobniej cudownie niedopasowanym gorsetem.
Dziewczyna, która popsuła statystyki
Dzięki temu ropniowi trafiłam do ortopedy, który współoperował mnie z neurochirurgiem. Pan doktor po kilku miesiącach rozbrajającą szczerością wyznał, że jak otwierał mój kręgosłup, to był święcie przekonany, że zaraz zobaczymy się znowu, żeby wbić mi długi implant aż do miednicy.
I tu niespodzianka: popsułam im statystyki. Powiedziałam stanowcze: NIE.
Wizja śrub wkręconych w miednicę jakoś nie brzmiała jak przepis na udany weekend. Potwornie się bałam, że ta medyczna innowacja zabierze mi coś tak mało istotnego jak... moja samodzielność i niezależność. Postawiłam wszystko na jedną kartę, zaufałam intuicji i olałam drugi etap.
Dzisiaj temat operacji wraca jak bumerang – tym razem dla odmiany to rehabilitanci z troską przebąkują, że może jednak warto dać się pokroić. A ja, patrząc na spektakularne „sukcesy” podobnych operacji w moim otoczeniu, siedzę sobie spokojnie i ani trochę nie żałuję tamtego „nie”. Przez te lata zdążyłam się ze swoją skoliozą całkiem nieźle skumplować. Ba! Nauczyłam się z nią żyć i momentami ten mój krzywy kręgosłup potrafi nawet w czymś pomóc! 😅
Kolano kontratakuje (czyli czas na Wasz ruch)
Żeby jednak nie było za różowo, od marca moje kolano postanowiło przypomnieć o swoim istnieniu i boli jak za starych, dobrych czasów. Mam głęboką nadzieję, że to nie jest mało subtelne zaproszenie na salę operacyjną. Za bardzo lubię swoje życie na własnych warunkach, żeby oddać je za komplet nowych śrub.
Żeby jednak ta moja niezależność i "krzywa stabilność" mogły trwać jak najdłużej, muszę dbać o tę moją unikalną konstrukcję. A to – jak zapewne się domyślacie – kosztuje sporo potu, czasu i... funduszy na porządną, skrojoną pod moją neuro-wersję fizjoterapię (bo pajączek z telezakupów, jak już wiemy, odpada).
Jeśli macie ochotę dorzucić parę groszy do mojego "funduszu anty-śrubowego" i pomóc mi utrzymać samodzielność na własnych zasadach, będę ogromnie wdzięczna za każde wsparcie!
💰 Jak możesz mi pomóc?
• Przekaż darowiznę:
◦ Nr konta: 85 1160 2202 0000 0001 9214 1142
◦ Tytuł przelewu: 232 Monika Mosór
• Podaruj 1,5% podatku:
◦ KRS: 0000387207
◦ Cel szczegółowy: 232 Monika Mosór
◦ (Fundacja Serca dla Maluszka)
W tym Miesiącu Świadomości Skoliozy życzę Wam prostych kręgosłupów i równie prostej asertywności, kiedy system medyczny próbuje Was trochę za bardzo „wyprostować”. Trzymajcie kciuki za moje kolano! 💪
#MiesiącSkoliozy #ScoliosisAwareness #SarkazmToMojeCardio #MojaHistoria #Samodzielność #Wojowniczka #PrzepuklinaOponowoRdzeniowa #KrzywoAleStabilnie #MojeCiałoMójWybór


wtorek, 9 czerwca 2026

Nigdy nie przepraszaj za to, co masz w sercu. Moje „tak ma być”.

 

 



Są takie utwory, które nie są tylko muzyką. Są jak lustro — takie, w którym nagle widzisz całą swoją walkę, wszystkie nieprzespane noce i każdą kroplę potu wylaną na materacu rehabilitacyjnym.
Nowa piosenka Igora Herbuta stała się dla mnie właśnie takim lustrem. Rozbiła mnie na kawałki tylko po to, by pokazać, że te kawałki wciąż potrafią lśnić.

„Jeśli Twoje intencje są czyste – tak ma być”

Moje intencje od 28 lat są niezmienne: chcę po prostu być.
Chcę decydować o sobie, marzyć, kochać życie — mimo że moje ciało, naznaczone przepukliną oponowo‑rdzeniową, każdego dnia wystawia mi rachunek, o który nigdy nie prosiłam.

Wózek. Ból. Kolejne diagnozy próbujące odebrać mi spokój.
To moja codzienność.
Ale to nie jestem cała ja.

„Nie możesz nigdy przepraszać za to, co masz w sercu, ile w Tobie miłości…”

Przez lata uczyłam się przepraszać.
Za to, że potrzebuję pomocy.
Za to, że moje ograniczenia komuś przeszkadzają.
Za to, że moja niepełnosprawność psuje komuś „idealny obraz świata”.

Dziś, słuchając tych słów, rozumiem jedno: nigdy więcej.

Nie będę przepraszać za to, ile mam w sobie miłości do życia.
Za to, że mimo bólu wciąż mam odwagę się uśmiechać.
Za to, że moje światło „boli tych, którzy jeszcze śpią” — tych, którzy wolą odwrócić wzrok, bo moja walka przypomina im o kruchości wszystkiego, co mają.

Nie zgaszę swojego światła tylko po to, by komuś innemu było wygodniej patrzeć.

„Nie każda cisza jest pustką – tak ma być”

Moja cisza bywa ciężka.
To cisza gabinetów lekarskich.
Cisza po wyjściu ostatniego terapeuty.
Cisza, w której zbieram siły na kolejny ruch.

Ale to nie jest pustka.
To przestrzeń, w której każdego dnia odbudowuję swoją godność.

Igor śpiewa o „oddechu po trudnym słowie”.
Dla mnie tym najtrudniejszym słowem jest prośba o pomoc.
Przyznanie przed samą sobą, że moje serce, choć ogromne, nie opłaci faktur za rehabilitację.
Że moja wola walki nie kupi sprzętu, który pozwala mi pozostać niezależną.

„Teraźniejszość ma coś do powiedzenia”

Moja teraźniejszość mówi wyraźnie: walcz.
Ale mówi też: nie musisz walczyć sama.

Moja codzienność to koszty, bariery i mury, których nie przebiję samym uporem.
Ale to również ludzie — Wy — którzy sprawiacie, że moje „tak ma być” nie brzmi jak wyrok, tylko jak początek nowej siły.

Jeśli chcesz mi pomóc

Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

Dziękuję, że słuchacie mojej ciszy.
Dziękuję, że jesteście moim światłem.