Każdy z nas nosi w sobie jakieś wspomnienie z dzieciństwa, które miało zapach, kształt i… cztery łapy. Dla mnie tym symbolem dziecięcych pragnień od zawsze był pies rasy husky. Wyobrażałam sobie jego hipnotyzujące spojrzenie, dumną sylwetkę i tę niespożytą energię, która idealnie pasowała do moich młodzieńczych marzeń o wielkich przygodach.
Życie jednak pisze własne scenariusze. Dorastanie, codzienne obowiązki, a także różne ograniczenia sprawiły, że to marzenie musiało pozostać w sferze planów. Prawdziwy husky nigdy nie zamieszkał w moim domu. Przez lata wydawało mi się, że ten temat jest już zamknięty – ot, jedno z wielu niespełnionych pragnień, z których się wyrasta.
Jak się okazało, bardzo się myliłam.
Przypadkowe spotkanie w IKEA
Kilka dni temu, spacerując alejkami IKEA, zupełnie nie spodziewałam się, że jedno spojrzenie cofnie mnie w czasie o kilkanaście lat. Na jednej z półek, pośród dziesiątek innych maskotek, siedział on – pluszowy husky.
Nie zastanawiałam się ani chwili. To był impuls, ale też niezwykle oczyszczające uczucie. Kiedy wzięłam go w ramiona, poczułam, jak ta dawna, dziecięca tęsknota na nowo daje o sobie znać, ale tym razem w bardzo ciepły, pozytywny sposób.
Coś więcej niż zwykła maskotka
Dla kogoś z boku to pewnie zwykły kawałek materiału z fabrycznym wypełnieniem. Dla mnie ten pluszak stał się czymś znacznie ważniejszym – bezpieczną namiastką tamtego wielkiego, niespełnionego marzenia.
Oczywiście, że nie zastąpi prawdziwego psa. Nie szczeka, nie biega, nie domaga się spacerów o świcie. Ale ma w sobie coś, co pozwala mi na chwilę zatrzymać się w pędzie codzienności i uśmiechnąć do samej siebie. Kiedy na niego patrzę, przypominam sobie o dziecku, które wciąż we mnie żyje – tym samym, które kiedyś z zapartym tchem oglądało filmy o psich zaprzęgach i wierzyło, że wszystko jest możliwe.
Lekcja od pluszowego husky’ego
Ta sytuacja uświadomiła mi jedną ważną rzecz. W dorosłym życiu często rezygnujemy z marzeń, bo uważamy, że jeśli nie możemy zrealizować ich w 100%, to nie warto w ogóle do nich wracać. A to błąd. Czasem małe kompromisy – takie jak ta maskotka – potrafią przynieść nam ogromną ulgę i masę dziecięcej radości.
Nie wszystkie marzenia muszą się spełniać dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy za dzieciaka. Czasem wystarczy ich mała namiastka, by poczuć się po prostu szczęśliwym.
A jak to jest u Was? Czy macie w swoich domach takie przedmioty, które są symbolem Waszych niespełnionych marzeń z dzieciństwa? Dajcie znać w komentarzach!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz