Zainspirowana kruchą magią utworu „Żółw” Igora Herbuta, napisałam
własną historię.
Historię Moniki — kobiety, która codziennie rozbija głową mur, by poczuć choć
powiew wolności.
Mój dom z cierpliwości
Wszystko zaczęło się od błędu w tkance.
Od splotu nerwów, który zaplątał się w supeł, zanim jeszcze poznałam świat.
Przepuklina oponowo‑rdzeniowa — dla lekarzy
to suchy fakt.
Dla mnie to dożywotni wyrok uwięzienia w ciele, które bywa jak zbuntowany
instrument.
Każda struna fałszuje. Każdy ton tnie jak brzytwa.
„Kolejny ze mną dzielisz oddech bez lęku…”
Moje życie jest jak przeschnięta ziemia — spękana od pragnienia bycia
„normalną”, od marzeń o biegu, który nigdy nie nastąpi.
Kiedy inne dzieci zdzierały kolana na podwórkach,
ja zdzierałam dłonie o obręcze wózka.
Zimny metal stał się moją drugą skórą.
Mobilną fortecą, w której barykadowałam się przed litościwym wzrokiem świata.
„I tak się wychylam – niepewna, jak żółw z kamienia…”
Kiedy leżę na materacu rehabilitacyjnym, a ból rozrywa mi stawy, podaję
światu moje milczenie do czytania.
To milczenie gęste jak smoła.
Jest w nim strach przed jutrem.
Jest wściekłość na własną bezsilność.
Jest potworne zmęczenie rolą „dzielnej Moniki”.
Podaję Wam to milczenie, bo czasem brakuje mi słów, by opisać, jak bardzo
boli dusza, gdy ciało odmawia posłuszeństwa.
„Z patrzenia tka mi się dom…”
Mój dom nie ma adresu.
Mój dom jest utkany z nadludzkiej cierpliwości.
Każda ściana to godziny ćwiczeń.
Każdy sufit to nieprzespane noce zaciśniętych zębów.
To dom bez dachu — bo niebo nade mną wciąż jest ciemne od burz, przed którymi
nie mam gdzie uciec.
„Żółw burzy nie goni, uczy się fali…”
Uczę się tej fali.
Codziennie, mozolnie, centymetr po centymetrze.
Uczę się, że miłość do samej siebie musi być powolna.
Bo nienawiść do własnego ograniczenia uderza jak piorun.
Chcę wierzyć, że ten żółw — skatowany bólem, obciążony kamienną skorupą
diagnoz — w końcu odnajdzie spokój.
„Na plecach odpoczywa światło…”
To światło, o którym piszę, to te rzadkie chwile, gdy zapominam o wózku.
Gdy poezja rozpina mrok moich lęków.
Gdy czuję, że pod skórą — głęboko pod śladami dawnych skorup — wciąż jestem ja.
Nie pacjentka.
Nie przypadek medyczny.
Kobieta, która kocha do woli.
Dziękuję, że jesteście
Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że czytacie to milczenie w moich dłoniach.
Że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy — powoli, bez lęku.
Wasza
Monika
PS. Jeśli chcesz mi pomóc
Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w
zakładce „Jak pomóc” na blogu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz