piątek, 31 lipca 2026

Wybieraj tych, którzy widzą cię wśród innych


 Są takie pokoje, w których dopiero widać prawdę.

Nie wtedy, gdy jesteś sama, nie wtedy, gdy ktoś trzyma cię z braku innych opcji. Prawda wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy wokół jest pełno ludzi — a ktoś mimo to patrzy właśnie na ciebie.

Bo łatwo jest wybrać kogoś, gdy pokój jest pusty. Trudniej, gdy pełen jest możliwości. I dopiero wtedy widać, kto wybiera cię naprawdę.

Może właśnie dlatego dziś świecisz inaczej. Jakby ktoś zdjął z ciebie ciężar, który nie był twój. Jakby kolor twojego światła zmienił się, kiedy przestałaś nosić w sobie cudzą złość, cudzą zazdrość, cudze lęki. Kiedy wróciłaś do siebie — do tej wersji, która nie musi niczego udowadniać.

Bo wybieranie siebie nie jest egoizmem. Jest powrotem do domu.

I wiesz… warto wybierać ludzi, którzy znają swoją wartość. Takich, którzy nie muszą walczyć o ciebie, żeby poczuć się lepiej. Takich, którzy potrafią stanąć dla ciebie, kiedy trzeba — bez gier, bez testów, bez udawania.

Były momenty, kiedy mogłeś odejść — a jednak zostałeś. Były powody, by iść razem — a jednak nie poszłaś. I to też jest wybór. Czasem najtrudniejszy.

Ale dziś… dziś naprawdę świecisz inaczej. Jakbyś w końcu oddychała swoim powietrzem. Jakbyś w końcu zobaczyła, że twoje światło nie potrzebuje niczyjej zgody, żeby istnieć.

I może właśnie dlatego w końcu wybierzesz kogoś, kto wybierze ciebie — nie z pustki, ale z pełni.

Dziękuję, że jesteście

Dziękuję za obecność, która nie wymaga tłumaczeń. Za to, że wracacie, nawet kiedy ja znikam w ciszy. Za to, że potraficie czytać między wierszami — tam, gdzie drży głos, a słowa dopiero szukają odwagi. Wasza uważność jest dla mnie światłem, które nie oślepia, tylko prowadzi.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Jeśli czujesz, że chcesz pomóc mi dalej iść, wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu. To dla mnie naprawdę wiele znaczy — bardziej, niż potrafię ubrać w słowa.

wtorek, 28 lipca 2026

Wielkie poszukiwania przed Lublinem: O tym, jak zgubiliśmy wózek i co z tego wynikło



Dzień przed planowanym wyjazdem do Lublina przyniósł u nas absolutny chaos i nagły zwrot akcji. Cały plan był niezwykle prosty: spakować się, odpocząć i ze spokojną głową wyruszyć w drogę. Życie miało jednak wobec nas zupełnie inne intencje, a całe zamieszanie skupiło się wokół jednego, wydawałoby się prostej sprawy – spakowania sprzętu.
Głównym celem wyjazdu było sprawdzenie w Lublinie, który wózek jest dla mnie obecnie najbardziej odpowiedni. Miałam zabrać ze sobą dwa wózki:
• ten, którym poruszam się na co dzień,
• oraz drugi, który od dłuższego czasu stał schowany i nieużywany.
Kiedyś ten drugi model był na mnie po prostu za duży i zupełnie nie spełniał swojej roli. Ponieważ jednak ostatnio trochę przytyłam, połączyłam kropki i doszłam do wniosku, że teraz może pasować idealnie. Należało go po prostu zabrać na przymiarkę i porównanie.
Gdy przyszło do pakowania, padło kluczowe pytanie: gdzie on właściwie jest?
Detektywistyczne śledztwo w domu i piwnicy
Moja mama natychmiast przeszła w pełny tryb detektywa. Przetrzepała dosłownie cały dom – szafy, pawłacze i wszystkie możliwe zakamarki zostały wywrócone do góry nogami. Po drugim wózku nie było jednak najmniejszego śladu.
Z minuty na minutę atmosfera w domu gęstniała. W głowie miałam już najbardziej czarny scenariusz: byłam przekonana, że zamiast planowanego przeglądu i spokojnego testowania moich dwóch wózków, w Lublinie czeka nas awaryjna przymiarka i natychmiastowy zakup zupełnie nowego sprzętu.
Kiedy nadzieja powoli gasła, nastąpił przełom. Ślad powiódł poza nasz dom… do piwnicy u mojej babci, która mieszka około 2 kilometry od nas! Mama szybko tam podjechała i faktycznie – wózek stał w piwnicy, cały i zdrowy, cierpliwie czekając na swój moment.
Ulga była niesamowita. Wyjazd został uratowany, spakowałyśmy oba wózki i mogłyśmy spokojnie ruszać w drogę.
Efekty wizyty w Lublinie: Serwis i przymiarka
Sama wizyta przebiegła bardzo sprawnie pod kątem technicznym. Wózek przeszedł niezbędny serwis: hamulce zostały zrobione, a koła porządnie napompowane, dzięki czemu sprzęt znów śmiga tak, jak powinien.
Podczas wizyty pojawił się jednak bardzo ciekawy wątek diagnostyczny. Miałam okazję przymierzyć specjalną poduszkę, dopasowaną do budowy mojego kręgosłupa. Osobiście nie odczułam dużej różnicy w komforcie – wynikało to głównie z jej wysokości, przez którą moje nogi po prostu wisiały w powietrzu i nie miały prawidłowego podparcia.
Żeby taka poduszka mogła spełniać swoją funkcję i być w pełni użyteczna, należałoby idealnie dostosować do niej całą konstrukcję wózka. W praktyce oznacza to po prostu konieczność zakupu nowego, odpowiednio skonfigurowanego sprzętu.
Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć, jak wyglądała sylwetka podczas próby z tą poduszką:
Wyjazd do Lublina przyniósł więc nie tylko sprawny sprzęt na teraz, ale również cenną wiedzę i konkretne wnioski na przyszłość.
A jak to wygląda u Was? Czy też zdarza Wam się zgubić coś istotnego tuż przed samym wyjazdem? Dajcie znać w komentarzach!

O tym, jak czasem drżymy bardziej, niż chcemy przyznać

 

Są takie chwile, kiedy ktoś patrzy Ci prosto w oczy i nagle wszystko, co próbowałaś ukryć, zaczyna drżeć tuż pod skórą. Jakby dotyk słów potrafił odsłonić więcej niż dłonie. Jakby ktoś czytał Cię nie z kartki, ale z pulsowania żył.

Czasem wystarczy jedno spojrzenie, żeby poczuć, że w środku robi się za głośno. Że myśli są zbyt trzeźwe, choć chód już dawno chwiejny. Że to, co miało być snem, nagle stoi przed Tobą — realne, ostre, nieproszone.

I wtedy zaczyna się ten wewnętrzny dialog, który każdy z nas zna aż za dobrze:

„Kopnij to. Wyrzuć mnie. Zostaw. Wstrzymaj się. Dotknij. Opuść. Oszczędź. Ratuj.”

Jakbyśmy wszyscy byli zrobieni z impulsów, które nie potrafią się zdecydować, czy chcą uciekać, czy zostać. Jakby serce miało własny język — pełen sprzeczności, pełen drżenia, pełen próśb, których nie wypowiadamy na głos.

Bo przecież bywa tak, że kochamy nie tam, gdzie powinniśmy. Że trzymamy się czegoś, co nas rani, bo boimy się pustych rąk. Że wybieramy „złe”, bo „właściwe” wydaje się zbyt dalekie, zbyt trudne, zbyt prawdziwe.

I wtedy pojawia się pytanie, które potrafi przeciąć człowieka na pół:

„Jakby to było, gdybyś kochała tę osobę właściwą?”

To zdanie zostaje w człowieku na długo. Jak echo, które odbija się od żeber.

A jednak — mimo tego chaosu, mimo drżenia, mimo chwiejnego kroku — wciąż próbujemy. Wciąż chcemy, żeby ktoś nas „naprawił”, choć dobrze wiemy, że najpierw musimy nauczyć się trzymać własne serce w dłoniach bez lęku.

Może właśnie dlatego te piosenki tak w nas trafiają. Bo mówią o tym, co niewygodne, ale prawdziwe. O tym, że czasem jesteśmy jednocześnie krzykiem i szeptem. Prośbą i odmową. Ucieczką i powrotem.

A jednak — w tym wszystkim — jest też miejsce na wdzięczność.

Bo to, że mogę tu pisać, że mogę dzielić się tym drżeniem, tym chaosem, tymi obrazami… To dzięki Wam.

Dziękuję za każde wsparcie, za każdy gest, za każde dobre słowo, które podtrzymuje mnie wtedy, gdy mój własny krok staje się zbyt chwiejny.

Jeśli chcesz pomóc mi dalej i być częścią tej drogi — wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”. To tam jest przestrzeń, w której Wasza dobroć zamienia się w realne wsparcie.

A ja… ja będę dalej pisać. Dalej drżeć. Dalej szukać właściwych słów. I dalej wierzyć, że nawet w największym chaosie można znaleźć rytm, który prowadzi do światła.

niedziela, 26 lipca 2026

„Do jutra” — o prostocie, której uczę się każdego dnia

 

Słuchając „Ejtis” LemON, mam wrażenie, że ktoś w końcu wypowiedział na głos to, co od dawna noszę w sobie.

To pragnienie zwykłości. Tego, żeby życie nie bolało bardziej, niż musi. Żeby miłość była prosta, a poranki spokojne. Żeby nie trzeba było udawać, że wszystko jest dobrze, kiedy ciało mówi zupełnie co innego.

Bo kiedy on śpiewa „gdzie jesteś, gdzie jestem”, ja słyszę pytanie, które zadaję sobie od lat. Gdzie jestem w tej chorobie. Gdzie jestem w tym świecie, który biegnie szybciej niż moje nogi. Gdzie jestem ja — ta prawdziwa, nie ta, którą próbuję sklejać z oczekiwań innych.

Choroba uczy mnie prostoty, której wcześniej nie rozumiałam

Kiedyś wierzyłam w więcej. W to, że wszystko da się naprawić siłą woli. W to, że jak będę wystarczająco dzielna, to ból odpuści. W to, że nie wolno się zatrzymać, bo zatrzymanie to porażka.

Dziś wiem, że to nieprawda.

Choroba nauczyła mnie czegoś innego: że najważniejsze rzeczy są ciche, zwyczajne, niepozorne. Że „kocham” nie musi być spektaklem. Że spacer — ten powolny, ostrożny, na miarę mojego ciała — może być większym świętem niż niejedna podróż. Że „do jutra” to czasem największa obietnica, jaką mogę dać.

I że nie muszę wierzyć w wielkie słowa. Wystarczy wierzyć w małe gesty.

„Pożegnam się, dopóki idzie całkiem dobrze” — zdanie, które znam aż za dobrze

W chorobie często trzeba żegnać się z rzeczami, które kiedyś były oczywiste. Z tempem, którego nie utrzymam. Z planami, które ciało odrzuca. Z ludźmi, którzy nie potrafią zostać, kiedy robi się trudno.

Ale to nie są pożegnania z żalem. To są pożegnania z czułością. Z akceptacją. Z wdzięcznością za to, co było.

I z nadzieją, że jutro też jakoś dam radę.

Dziękuję, że jesteście

Za to, że czytacie moje teksty, nawet kiedy znikam na kilka dni, bo ciało mówi „stop”. Za to, że wracacie, choć nie zawsze mam siłę odpowiadać. Za to, że widzicie we mnie człowieka, nie tylko chorobę. Za to, że potraficie być obok — cicho, bez presji, bez oczekiwań.

Wasza obecność jest dla mnie jak te „proste słowa”, o których śpiewa LemON. Prawdziwa. Niezbędna. Ludzka.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu. To miejsce, w którym zebrałam wszystko tak, by było przejrzyste, spokojne i bez nachalności — dokładnie tak, jak lubię.

piątek, 24 lipca 2026

Ostatni walc — ten, który tańczy się w środku człowieka

 


Piszę to cicho, prawie bezgłośnie, tak jak mówi się rzeczy, które bolą najbardziej. Tak jak dotyka się skóry, na której zostały ślady po czymś, czego nie da się już cofnąć.

Czasem mam wrażenie, że moje wnętrze jest zrobione ze szkła. Że wystarczy jeden nieuważny ruch, jedno pytanie zadane zbyt blisko, a wszystko rozsypie się na podłogę. I zostanę tam — wśród własnych drzazg — próbując udawać, że nic się nie stało.

Od kilku dni czuję zapach kwiatów, choć nie ma ich nigdzie. Jakby coś we mnie próbowało się pożegnać, zanim zdążę to nazwać. Jakby ciało wiedziało wcześniej, że nadchodzi moment, którego nie da się już odsunąć na później.

Ta piosenka… Ona nie gra w tle. Ona gra we mnie. W tym miejscu, które zna słodycz pomieszaną z bólem. W tym miejscu, gdzie miód potrafi mieć posmak krwi, a to, co miało być bezpieczne, nagle staje się obce.

I widzę ten obraz: nad naszym wspólnym miejscem — tym, które kiedyś było domem, a dziś jest tylko pęknięciem — coś tańczy. Może wspomnienie. Może echo. Może my, ale już nie tacy sami.

A potem przychodzi to jedno zdanie, powtarzane jak oddech: ta potrzeba, żeby ktoś wreszcie wiedział. Żeby prawda nie musiała już dusić od środka. Żeby nie trzeba było udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.

I to wyznanie — ciche, ale najcięższe — że można być gotowym oddać siebie do końca. Nie dramatycznie. Nie teatralnie. Tylko tak naprawdę: położyć na dłoni ostatnią siłę, ostatni spokój, ostatni oddech, żeby ktoś inny mógł zostać cały.

Może dlatego ta piosenka tak we mnie pracuje. Bo przypomina, że czasem ostatni walc tańczy się nie z kimś, ale ze sobą. W ciszy. W półmroku. W miejscu, gdzie nikt nie widzi, jak drżą ręce.

A teraz chcę powiedzieć coś, co mówię też szeptem, ale z pełnią serca:

Dziękuję, że jesteście. Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie. Że potraficie czytać mnie tam, gdzie słowa dopiero się rodzą. Że siadacie obok, kiedy milknę — jakby milczenie też było rozmową. Że nie próbujecie mnie naprawiać, tylko widzicie człowieka, nie historię.

To Wasza obecność sprawia, że te wszystkie drzazgi nie ranią już tak głęboko. Że mogę oddychać trochę spokojniej. Że mogę wracać — do siebie, do pisania, do życia.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć, informacje są w zakładce „Jak pomóc”. Twoja obecność już jest światłem. Każdy gest ponad to — naprawdę pomaga mi iść dalej.

Wasza, Monika

wtorek, 21 lipca 2026

Jutro, które przychodzi, kiedy jeszcze nie wierzę, że może

 Dziś świat nie kończy się ani dramatycznie, ani głośno.

Dziś po prostu trwa — trochę krzywy, trochę zmęczony, ale wciąż gotowy, żeby dać nam jeszcze jedną szansę. I może właśnie dlatego czuję, że jutro już stoi w progu, choć jeszcze nie zdążyłam po nie sięgnąć.

W środku mam drżenie, które trudno nazwać. To nie strach, nie niepewność — raczej to ciche pragnienie, żeby ktoś został na tyle blisko, by usłyszeć, jak zmienia mi się oddech, kiedy próbuję udawać, że wszystko mam pod kontrolą.

Czasem mam wrażenie, że wystarczyłby jeden krok. Nie wielki gest, nie deklaracja, tylko ten jeden, zwykły, ludzki krok do przodu. Bo świat potrafi być ostry, ale łagodnieje, kiedy ktoś idzie obok.

A ja dziś nie chcę analizować, przewidywać, układać planów. Dziś chcę tylko poczuć, że nie jestem sama w tej przestrzeni między nocą a świtem. Że jest we mnie miejsce, które wciąż potrafi wierzyć, że jutro może być dobre, nawet jeśli wczoraj było ciężkie.

Są takie noce, kiedy nie da się zasnąć. Nie dlatego, że coś boli, ale dlatego, że w środku jest zbyt wiele historii, które domagają się wysłuchania. Zbyt wiele demonów, które trzeba ukołysać, żeby nie wróciły nad ranem.

A jednak — mimo drżenia rąk, mimo zmęczenia — podnoszę głowę. Nie dlatego, że jestem pewna. Dlatego, że chcę spróbować jeszcze raz. I to czasem wystarcza, żeby przetrwać noc i doczekać jutra.

Dziękuję, że jesteś

Dziękuję za to, że wracasz. Że potrafisz czytać mnie nie tylko z liter, ale z ciszy między nimi. Z zawahań, z pauz, z oddechów, które czasem są bardziej szczere niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie wymaga tłumaczeń. Za to, że potrafisz zostać, kiedy ja znikam na chwilę w swoim półmroku. Za to, że widzisz człowieka, a nie tylko historię do poskładania.

Twoja obecność jest dla mnie światłem. Cichym. Ciepłym. Takim, które nie oślepia — tylko prowadzi.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu. Każde wsparcie — nawet najmniejsze — jest dla mnie jak to delikatne jutro, które przychodzi niepostrzeżenie, a zmienia wszystko.

niedziela, 19 lipca 2026

Fantasmagoria

 


Są takie chwile, kiedy świat wygląda jak odbicie w krzywym lustrze — niby znajomy, a jednak odrobinę przesunięty, rozmazany, niepewny. Idę przez te dni trochę osobno, trochę razem z tym, co było, z tym, co jeszcze nie chce odejść. Czasem mam wrażenie, że cień przeszłości macha do mnie z drugiej strony szkła, jakby pytał, czy jeszcze pamiętam drogę powrotną.

A jednak w tym wszystkim jest też blask. Krótki, ostry, niepokojący — jak księżyc, który wygląda zza chmur i udaje, że nic nie widzi. Jak krople zimna spadające z czyjejś twarzy. Jak bose stopy, które pamiętają drogę, nawet jeśli serce chwilowo jej nie widzi.

Bywa, że tracę siebie. Bywa, że tracę Ciebie. Bywa, że wszystko staje się tylko fantasmagorią — obrazem, który drży, kiedy próbuję go dotknąć. A jednak wracam. A jednak widzę. A jednak czuję, choć czasem dopiero po czasie.

I może właśnie o to chodzi — żeby nie udawać, że wszystko jest proste. Żeby pozwolić sobie na smutek spleciony z radością. Na tę dziwną, krótką ulgę, kiedy coś wreszcie można wypowiedzieć. Na to, że nie wszystko da się wymazać z czyichś ust, nawet jeśli bardzo by się chciało.

To jest mój zapis na dziś. Mój oddech. Moja własna fantasmagoria.


Dziękuję, że tu jesteście.
Za obecność, która nie wymaga tłumaczeń.
Za to, że wracacie, nawet kiedy ja znikam na chwilę w swoich mgłach i odbiciach.
Za to, że czytacie mnie sercem, a nie tylko oczami.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć —
wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

Wasza,
Monika

sobota, 18 lipca 2026

Ta lwia część, która jeszcze we mnie oddycha

 


Są dni, w których świat wygląda jak po bitwie — duch unoszący się nad ziemią, szary dym, wzgórze, z którego kiedyś wszystko było jasne.
A teraz… tylko piach w oczach i cisza, która potrafi być bardziej bezwzględna niż jakikolwiek krzyk.

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwiej.
Że serce przestanie tęsknić tylko dlatego, że rozum próbuje być rozsądny.
A jednak we mnie wciąż żyje ta lwia część — ta, która pamięta, która czuje, która myśli za tych, których już nie ma obok.
Ta, która nie daje się uciszyć.

Czasem wszystko gaśnie naraz: kruk, dym, światło.
Zostaje gruz, echo i to jedno wzgórze, na którym tli się jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać.
Może nadzieja.
Może upór.
Może tylko resztki siły, które trzymają mnie przy ziemi, kiedy grzmot rozcina dzień na pół.

I wtedy znów słyszę w sobie ten głos:
że ta lwia część — ta najprawdziwsza, najtwardsza, najbardziej moja — wciąż żyje.
Wciąż tęskni.
Wciąż myśli.
Wciąż nie pozwala mi się poddać.

Może właśnie dlatego idę dalej.
Nie dlatego, że jest łatwo.
Ale dlatego, że coś we mnie wciąż się tli, nawet jeśli świat czasem wygląda jak popiół.


Dziękuję, że tu jesteście

Za to, że wracacie.
Że czytacie między wersami.
Że potraficie usłyszeć drżenie tam, gdzie inni widzą tylko słowa.
Że jesteście obok — nawet wtedy, gdy ja sama znikam na chwilę w swoim własnym dymie i piachu.

To naprawdę ma znaczenie.
Większe, niż potrafię napisać.


Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
To miejsce, w którym opisałam wszystko jasno i konkretnie — tak, żeby każdy, kto chce, mógł zrobić to po swojemu.


czwartek, 16 lipca 2026

Scarlett — o tym, kiedy w człowieku robi się za ciasno

 


Są takie relacje, które od początku idą pod wiatr.
Takie, w których każde słowo jest jak krok po kruchym lodzie,
a każdy gest — jakby trochę za mocny, trochę za późny, trochę nie w tę stronę.

Czasem ktoś pojawia się w naszym życiu z hukiem, z chaosem, z emocją,
która najpierw pociąga, a potem zaczyna dusić.
Najpierw śmieszy, potem męczy.
Najpierw woła: „bądź”, a chwilę później wiesza na Tobie psy.

I nagle orientujesz się, że w tej całej historii
mało masz przestrzeni, mało masz oddechu, mało masz siebie.

Że ktoś łapie i puszcza, łapie i puszcza,
jakby sprawdzał, czy jeszcze stoisz.
Że w tym tańcu szarpnięć i zawahań
Twoje własne serce zaczyna bić nie swoim rytmem.

A przecież człowiek nie jest liną do przeciągania.
Nie jest zabawką, którą można odkładać i brać z powrotem.
Nie jest emocjonalnym magazynem na czyjeś nastroje.

Czasem trzeba powiedzieć:
„Nic z tego nie będzie” — nie z gniewu, lecz z troski o siebie.
Z tej cichej, dojrzewającej świadomości,
że spokój jest ważniejszy niż fajerwerki,
a oddech — ważniejszy niż dramat.

I wtedy robi się miejsce.
Na siebie.
Na światło.
Na ludzi, którzy nie szarpią, nie krzyczą, nie gaszą.
Na tych, którzy widzą Cię naprawdę.


Dziękuję, że tu jesteście

Dziękuję, że wracacie — nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie, pauzę, zawahanie.
Że czytacie mnie nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.

Wasza
Monika


Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
Twoje wsparcie — każde, nawet najmniejsze — naprawdę ma znaczenie.


wtorek, 14 lipca 2026

Cisza, która nie ocenia. O ucieczkach do świata zwierząt i muzyce, która daje schronienie


Czasami w życiu przychodzą takie dni, kiedy w głowie robi się po prostu za głośno. Kiedy świat wokół wymaga zbyt wiele, a codzienne wyzwania zaczynają ciążyć ponad siły. W takich momentach każdy z nas podświadomie szuka swojego bezpiecznego azylu – miejsca, gdzie można zrzucić pancerz, przestać udawać i po prostu odetchnąć.
Na moim blogu ostatnio dzieje się bardzo dużo, a wirtualny papier przyjmuje kolejne przemyślenia. Te najnowsze teksty i refleksje mają jednak wspólny, niezwykle ważny mianownik. Powstają pod ogromnym wpływem magii, wrażliwości i tekstów zespołu LemON oraz solowej twórczości Igora Herbuta. Ich muzyka stała się dla mnie filtrem, przez który przepuszczam świat, i bezpieczną przestrzenią do ubierania emocji w słowa. Na blogu te wpisy i inspiracje pojawiają się regularnie, tworząc mój własny, intymny pamiętnik.
Są jednak takie momenty, w których nawet najpiękniejsze słowa i dźwięki muszą na chwilę ustąpić miejsca absolutnemu wyciszeniu. Kiedy czuję, że mój wewnętrzny limit bodźców został wyczerpany, po prostu potrzebuję ucieczki. Moim celem stało się ostatnio Warszawskie ZOO.
„Są miejsca i chwile, w których nie musisz niczego udowadniać. Gdzie samo istnienie jest już wszystkim, czego od Ciebie potrzeba.”
Niestety, techniczne ograniczenia bloga nie pozwalają mi wstawić tutaj krótkiego filmiku, który nagrałam podczas tej wizyty, ale uwierzcie mi na słowo – te kadry mają w sobie niezwykłą magię! Jeśli macie ochotę go zobaczyć (i być ze mną na bieżąco również w innych momentach), serdecznie zapraszam Was na moje media społecznościowe. Dokładne nazwy moich profili oraz bezpośrednie odnośniki do nich znajdziecie w zakładce Kontakt na górze strony.
Stojąc tam, przed szybą i obserwując podwodny świat, odnalazłam dokładnie to, czego szukałam. Patrząc na majestatycznego hipopotama, który z niesamowitą, wręcz hipnotyzującą lekkością poruszał się pod wodą, oraz na zwinne pingwiny przecinające błękitną toń, poczułam głęboką ulgę.
Zwierzęta mają w sobie coś niezwykle oczyszczającego – one nie oceniają. Nie pytają o nasze plany, nie analizują naszych słabości, nie oczekują, że będziemy silni, uśmiechnięci czy produktywni. Ich obecność jest bezwarunkowa i pozbawiona jakichkolwiek masek. W ich oczach jesteśmy tylko kolejną częścią tego samego świata. Ta prosta prawda przynosi niesamowity reset dla przebodźcowanej głowy.
Wracam z takich mikrowypraw bogatsza o spokój, który pozwala mi pisać dalej. Te chwile spędzone na obserwowaniu prostoty życia zwierząt idealnie łączą mi się z wrażliwością, którą odnajduję w utworach LemONu – to ta sama tęsknota za autentycznością i ucieczką od zgiełku codzienności.
A jak to wygląda u Was? Gdzie najchętniej uciekacie, kiedy czujecie, że świat dokoła zaczyna Was przerastać? Czy zwierzęta lub muzyka również są Waszym lekarstwem na gorsze dni? Podzielcie się swoimi myślami w komentarzach pod tym wpisem.


poniedziałek, 13 lipca 2026

AKE — o ranach, które leczą się tylko wtedy, gdy żyjemy naprawdę

 


Są takie dni, kiedy świat pyta głośniej niż ja sama.
Czy jeszcze czuję.
Czy jeszcze wierzę.
Czy jeszcze potrafię karmić dobro, zanim opadnę z sił.

A przecież wiem — wszyscy śmiejemy się w tym samym języku.
Wszyscy tęsknimy za tym samym:
za chwilą, w której ktoś spojrzy na nas łaskawym okiem
i powie: „widzę Cię, naprawdę Cię widzę”.

Czas nie leczy ran.
To my — w tym, co robimy, w tym, jak wybieramy, w tym, jak wracamy do siebie —
uzdrawiamy nasze chore dusze.
Dzieci naszych lęków.
Nasze własne pola bitwy, na których wciąż próbujemy stanąć prosto.

Czasem tonę w kimś, żeby na chwilę zapomnieć.
Czasem szukam dobrych słów, kiedy ktoś obok śpi spokojnie,
a ja próbuję być kimś, kogo potrzebuje świat.
I wtedy właśnie opadam z sił.

Bo ile można budować siebie z oczekiwań innych.
Ile można wspinać się na wieżę własnych doświadczeń
tylko po to, by zobaczyć, jak wiele jeszcze boli.

A jednak — wciąż wierzę w łagodność.
W to, że można spojrzeć na świat inaczej.
Że można przestać atakować, kiedy brakuje planu.
Że można odłożyć broń, nawet jeśli nikt nas tego nie nauczył.

Szukam dobrych słów.
Dla siebie.
Dla Ciebie.
Dla nas wszystkich, którzy próbujemy żyć tak, żeby nie zgubić serca po drodze.


Dziękuję, że tu jesteście

Dziękuję za Waszą obecność — cichą, wierną, uważną.
Za to, że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Za to, że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Za to, że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.


Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


niedziela, 12 lipca 2026

Stary film — i ci, którzy zostają

Znowu drżę. Kolejna noc pośród tych samych ścian, a jednak coś we mnie przesuwa się jak klatki starego filmu. Jakbym nie był sam… jakby nie ten sam ja. Czasem mam wrażenie, że wszystko jest skazane na łzy, choć przecież wciąż próbuję wierzyć, że może być inaczej.

Pytasz mnie, co czuję. A ja odpowiadam, że czuję już wszystko — czyli nic. Że nasze lato w szron jest ubrane, choć jeszcze niedawno paliło skórę ciepłem. Że we mnie zbiera się coś, co mogłoby wybuchnąć, gdyby nie Twój szept, ten jeden, który mówi, że nie jestem zły. Że widzisz we mnie człowieka, nie cień.

I może właśnie dlatego zostaję. Bo ktoś w końcu widzi we mnie więcej niż moje drżenie.

Dziękuję, że tu jesteście. Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem. Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić. Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień. Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem. Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt. Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Dziękuję za to, że nie próbujecie mnie naprawiać, ulepszać, przyspieszać. Za to, że widzicie człowieka, a nie historię. Za to, że potraficie być — po prostu być — kiedy ja jeszcze uczę się oddychać spokojniej.

Bo może właśnie dzięki Wam ten stary film zaczyna się przewijać inaczej. Może drżenie nie jest końcem, tylko początkiem. Może lato nie zniknęło — tylko na chwilę zasnęło pod cienką warstwą lodu.

Wasza Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć: Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

piątek, 10 lipca 2026

Wiem, że nie śpisz

 Są takie noce, kiedy muzyka mówi za nas więcej, niż odważylibyśmy się powiedzieć sami.

Kiedy słowa z piosenki trafiają w miejsce, którego nie dotykamy na co dzień — zbyt czułe, zbyt nagie, zbyt prawdziwe.

„Wiem, że nie śpisz…” I ja też czasem nie śpię. Czasem przewracam się z boku na bok, próbując znaleźć oddech, który nie będzie bolał. Czasem myślę o tym, jak wiele chciałabym powiedzieć, a jak niewiele z tego naprawdę wychodzi na głos.

I wtedy wracam tutaj. Do Was.

Dziękuję, że tu jesteście. Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem. Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić. Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień. Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem. Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt. Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Dziękuję za to, że nie próbujecie mnie naprawiać, ulepszać, przyspieszać. Za to, że widzicie człowieka, a nie historię. Za to, że potraficie być — po prostu być — kiedy ja jeszcze uczę się oddychać spokojniej.

Wasza Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć: Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

środa, 8 lipca 2026

Kiedy uczysz się widzieć w ciemności

 


Były dni, w których świat wyglądał jak noc bez gwiazd.
Jak przestrzeń, w której nawet echo nie wraca.
Szłam wtedy jak zbłąkany pies — po omacku, po cichu, po swojemu.
Nie wierząc nikomu, nawet sobie.

A jednak czasem jedno spotkanie potrafi zmienić kierunek wiatru.
Nie dlatego, że ktoś mówi prawdę.
Ale dlatego, że przy kimś zaczynasz słyszeć własny głos wyraźniej.
Jakby ktoś odsunął zasłonę z Twoich oczu, choć wcale nie dotknął twarzy.

Wciąż uczę się siebie.
Wciąż nie wiem, jak stanąć, gdy ziemia drży.
Wciąż waham się między skrajnościami, jakby każda była domem.
Ale wiem jedno:
prawdy nie znajdę, jeśli nie spróbuję być sobą — nawet wtedy, gdy to najtrudniejsze.

Są tacy, którzy chcieliby mnie ulepić po swojemu.
Są tacy, którzy widzą we mnie tylko to, co im wygodne.
Są tacy, którzy mówią, jak powinnam żyć, choć sami błądzą.
Już ich nie zwalczam.
Po prostu słucham — i idę dalej.

Bo mimo tylu pomyłek, tylu granic, tylu nieznanych dróg
— wciąż wracam do siebie.
Do tej, którą byłam, zanim świat zaczął mnie przestawiać.
Do tej, która potrafi podać dłoń, nawet gdy sama się trzęsie.
Do tej, która nie boi się już patrzeć w oczy, zamiast w księżyc.

Może właśnie na tym polega światło:
nie na tym, że ktoś je przynosi,
ale na tym, że przy kimś odważasz się je zobaczyć.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt.
Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Dziękuję za to, że nie próbujecie mnie naprawiać, ulepszać, przyspieszać.
Za to, że widzicie człowieka, a nie historię.
Za to, że potraficie być — po prostu być — kiedy ja jeszcze uczę się oddychać spokojniej.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.


poniedziałek, 6 lipca 2026

Pizno — o tym, co przyszło za późno i o tych, którzy zostają na czas


Są takie wspomnienia, które wracają nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że coś w nas wciąż tam stoi.
Jakby czas nie poszedł dalej, tylko czekał razem z nami — nad jeziorem, w deszczu, w tej jednej chwili, która miała zdecydować o wszystkim.

Pamiętam tamto miejsce.
Pamiętam, jak staliśmy obok siebie, niby blisko, a jednak każde w swoim świecie.
Śmialiśmy się z niczego, jakbyśmy nie wiedzieli jeszcze, że życie potrafi być ostre jak szkło.
Deszcz nas nie przeganiał.
Może dlatego, że wtedy wszystko wydawało się możliwe.

A ja czekałam.
Na znak.
Na krok.
Na cokolwiek, co powiedziałoby mi: „jestem tu naprawdę”.
Ale nie zdążyłam się dowiedzieć, jaki jesteś.
Nie tak, jak chciałam.
Nie na czas.

Wciąż widzę ten chabrowy podarunek w jego dłoni.
Trzymany tak mocno, jakby miał mu towarzyszyć aż do końca.
„Doceniaj to” — powtarzały jej głosy, a ona wciąż nie miała pewności.
Bo jak uwierzyć w coś, co jest kruche jak płatek, jak spojrzenie, jak chwila?

On wiedział o niej tylko jedno.
Że kocha kwiaty.
Że w tym jednym geście mieści się cała jego czułość.
A czasem to za mało.
A czasem to wszystko.

„Pizno” to piosenka o spóźnionych słowach.
O tym, co mogło się wydarzyć, ale przyszło za późno.
O ludziach, którzy mijają się o milimetr — i ten milimetr zmienia całe życie.

Może dlatego tak boli.
Bo każdy z nas ma swoje jezioro.
Swoją chwilę, w której stał i czekał.
Swoje pytanie, na które nigdy nie padła odpowiedź.

Ale dziś chcę powiedzieć coś jeszcze.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie — cichy, kruchy, rozwiany jednym podmuchem.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie między literami, zawahanie ukryte w pauzie, myśl, która dopiero szuka odwagi, by się urodzić.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr — nie oczami, lecz uważnością, która widzi więcej niż słowa.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji, bo sama w sobie jest światłem.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym blasku, w półcieniu, w ciszy, która dopiero składa się w kształt.
Za to, że nie odwracacie wzroku, kiedy milknę, tylko siadacie obok, jakby milczenie też było rozmową.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.



sobota, 4 lipca 2026

Bez boju

Są takie relacje, które wchodzą w krew. Dosłownie.
Takie, które najpierw smakują jak wino — gęste, słodkie, obiecujące —
a potem nagle odkrywasz, że pijesz je już tylko po to, żeby przetrwać kolejny dzień.
Żeby zagłuszyć to, czego nie chcesz nazwać po imieniu.

Czasem człowiek patrzy w czyjeś oczy i widzi w nich wszystko:
zaproszenie, obietnicę, zagrożenie, uzależnienie.
One wołają, ciągną, prowadzą…
A Ty idziesz, choć wiesz, że to droga bez powrotu.

I nagle łapiesz się na tym, że nie rozumiesz już siebie.
Że nie potrafisz zatrzymać ani siebie, ani tej drugiej osoby.
Że dziś boli bardziej niż wczoraj, a jutro może nie być lżejsze.
Że tęsknisz nawet wtedy, kiedy powinnaś wreszcie odetchnąć.

Ale jest w tym wszystkim jedna rzecz, której nie oddasz.
Jedna, która trzyma Cię przy życiu, nawet kiedy ktoś wypił z Ciebie wszystko,
co miałaś najdelikatniejszego.

Nie poddasz się bez walki.
Nie tym razem.
Nie za cenę siebie.

Możesz nalać wina — sobie, jemu, światu.
Możesz jeszcze raz spróbować zrozumieć, jeszcze raz dotknąć, jeszcze raz uwierzyć.
Ale nie oddasz już swojego życia komuś, kto nie umie go unieść.
Nie oddasz swojej krwi komuś, kto nie potrafi jej uszanować.

Bo nawet jeśli ktoś zabrał Cię całą,
to Ty wciąż możesz odzyskać siebie.

I to jest ta walka, której nie odpuścisz.
Nie zrezygnujesz z siebie.
Nie tym razem.
Nie bez boju.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

czwartek, 2 lipca 2026

Czym jest dla mnie „Duma Osób z Niepełnosprawnościami”, gdy w środku czuję głównie lęk?


Lipiec na całym świecie jest obchodzony jako Disability Pride Month – Miesiąc Dumy Osób z Niepełnosprawnościami. Kiedy patrzę na te wszystkie nagłówki pełne haseł o sile i niezależności, jako osoba z przepukliną oponowo-rdzeniową, czuję ogromny rozdźwięk. Bo teraz, w tym konkretnym momencie mojego życia, nie czuję się wcale „silna”.
Moja samoocena bywa krucha. Jestem osobą wysokowrażliwą, co oznacza, że wszystko przeżywam mocniej, głębiej, a świat wokół potrafi mnie boleśnie przytłoczyć. Piszę ten tekst z miejsca, w którym jest we mnie mnóstwo lęku – stoję w obliczu trudnego momentu, jakim jest oswojenie i pogodzenie się z myślą o nadchodzącej operacji skoliozy.
Gdzie w tym wszystkim miejsce na dumę? Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie.
Kiedy duma oznacza po prostu: „przetrwam to”
Zawsze wydawało mi się, że duma wymaga ode mnie bycia niezniszczalną. Że muszę z uśmiechem znosić ból, bariery i kolejne diagnozy, żeby udowodnić światu, że daję radę. Ale to nieprawda.
Dla mnie, wysokowrażliwej dziewczyny, duma w tym miesiącu oznacza coś zupełnie innego:
• Prawo do strachu: Jestem dumna z tego, że potrafię przyznać przed samą sobą: „Boję się tej operacji. Boję się bólu, szpitala i tego, co będzie po”. Prawdziwa duma nie odcina się od lęku – ona pozwala mu być, a mimo to idzie naprzód.
• Akceptację swojej wrażliwości: Moje ciało od urodzenia niesie ciężar przepukliny, a teraz kręgosłup potrzebuje kolejnej naprawy. Moje emocje reagują na to wszystko bardzo intensywnie. Przestałam się biczować za to, że płaczę, że potrzebuję ciszy, że czasem mam dość. To nie jest słabość. To moja wrażliwość.
• Szacunek dla swojego ciała: Choć tak często mnie zawodzi, choć wymaga operacji, to wciąż to samo ciało, które niesie mnie przez życie. Zasługuje na opiekę i łagodność, a nie na moją złość.
Ciężki czas i lekcja łagodności
Przechodzę teraz przez jeden z trudniejszych momentów. Myśl o operacji skoliozy paraliżuje, a niska samoocena podpowiada mi czasem najgorsze scenariusze – że jestem ciężarem, że to niesprawiedliwe, że brakuje mi sił.
Ale wiesz co? Przypominam sobie, ile już przeszłam. Przepuklina oponowo-rdzeniowa uczy odporności od pierwszych chwil życia. Nawet jeśli teraz czuję się mała i bezsilna, to ta wewnętrzna siła we mnie jest – po prostu chwilowo przykrył ją lęk.
Miesiąc Dumy nie musi być głośny. Może być cichym szeptem do samej siebie w lustrze: „Dajesz radę. Jesteś ważna. Twoje ciało i Twoje emocje są ważne”.
Moje przesłanie
Chciałabym, żeby ten Disability Pride Month był przypomnieniem dla wszystkich tych, którzy – tak jak ja – nie mają teraz siły na wielkie manifestacje. Dla tych, którzy leżą w łóżku, boją się szpitala, płaczą z przebodźcowania i czują, że nie pasują do idealnego świata.
Nasza duma tkwi w tym, że wciąż tu jesteśmy. Że mimo lęku, niskiej samooceny i trudnych diagnoz, każdego dnia budzimy się i próbujemy na nowo.
Nie musisz być herosem. Masz prawo się bać. Masz prawo być krucha. I w tej swojej kruchości jesteś w pełni wartościowym człowiekiem, który zasługuje na szacunek – przede wszystkim od samego siebie.
Trzymajcie za mnie kciuki w tym czasie. Ja trzymam kciuki za Was. 💙
#DisabilityPrideMonth #PrzepuklinaOponowoRdzeniowa #Skolioza #WysokaWrażliwość #WHP #Akceptacja #MojaHistoria #Duma

.

środa, 1 lipca 2026

Kiedy miłość staje się obecnością

Są takie chwile, kiedy świat nagle staje się prostszy.
Jakby ktoś zdjął z ramion ciężar, którego nawet nie zauważałam, bo nosiłam go tak długo, że stał się częścią mnie.
I wtedy przychodzi ta jedna myśl — zaskakująco oczywista, a jednak wciąż trudna do przyjęcia:
miłość naprawdę wystarcza.

Nie ta filmowa, nie ta idealna, nie ta, którą trzeba udowadniać.
Tylko ta zwyczajna.
Ta, która jest obecnością.
Ta, która mówi: „Jestem. Nie musisz być doskonała.”

Bo niczego nie musimy udowadniać.
Nic nie musimy „zasłużyć”.
Nie musimy być szybsi, sprawniejsi, silniejsi, bardziej „ogarnięci”.
Nie musimy mieć idealnego życia, żeby zasługiwać na ciepło.

Czasem wystarczy, że ktoś po prostu jest.
Że słucha.
Że nie ocenia.
Że trzyma nas w myślach, nawet jeśli nie może trzymać za rękę.

I nagle wszystko staje się łatwiejsze.
Nie dlatego, że świat się zmienia.
Ale dlatego, że my przestajemy walczyć ze sobą.

Może właśnie o to chodzi w tej całej miłości —
nie o wielkie gesty, nie o deklaracje, nie o fajerwerki.
Tylko o to, by w tym wszystkim, co trudne, ktoś powiedział:
„Jesteś dokładnie tam, gdzie masz być. I jesteś wystarczająca.”

A reszta… reszta naprawdę jest prosta.
Bo czasem jedyne, czego potrzebujemy, to odrobina ciepła.
Odrobina obecności.
Odrobina miłości — tej prawdziwej, spokojnej, ludzkiej.


I właśnie dlatego chcę powiedzieć:

Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.