Są takie relacje, które od początku idą pod wiatr.
Takie, w których każde słowo jest jak krok po kruchym lodzie,
a każdy gest — jakby trochę za mocny, trochę za późny, trochę nie w tę stronę.
Czasem ktoś pojawia się w naszym życiu z hukiem, z chaosem, z emocją,
która najpierw pociąga, a potem zaczyna dusić.
Najpierw śmieszy, potem męczy.
Najpierw woła: „bądź”, a chwilę później wiesza na Tobie psy.
I nagle orientujesz się, że w tej całej historii
mało masz przestrzeni, mało masz oddechu, mało masz siebie.
Że ktoś łapie i puszcza, łapie i puszcza,
jakby sprawdzał, czy jeszcze stoisz.
Że w tym tańcu szarpnięć i zawahań
Twoje własne serce zaczyna bić nie swoim rytmem.
A przecież człowiek nie jest liną do przeciągania.
Nie jest zabawką, którą można odkładać i brać z powrotem.
Nie jest emocjonalnym magazynem na czyjeś nastroje.
Czasem trzeba powiedzieć:
„Nic z tego nie będzie” — nie z gniewu, lecz z troski o siebie.
Z tej cichej, dojrzewającej świadomości,
że spokój jest ważniejszy niż fajerwerki,
a oddech — ważniejszy niż dramat.
I wtedy robi się miejsce.
Na siebie.
Na światło.
Na ludzi, którzy nie szarpią, nie krzyczą, nie gaszą.
Na tych, którzy widzą Cię naprawdę.
Dziękuję, że tu jesteście
Dziękuję, że wracacie — nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam: drżenie, pauzę, zawahanie.
Że czytacie mnie nie oczami, lecz uważnością.
Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.
Wasza
Monika
Jeśli chcesz mnie wesprzeć
Wszystkie informacje o tym, jak możesz pomóc, znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
Twoje wsparcie — każde, nawet najmniejsze — naprawdę ma znaczenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz