piątek, 24 lipca 2026

Ostatni walc — ten, który tańczy się w środku człowieka

 


Piszę to cicho, prawie bezgłośnie, tak jak mówi się rzeczy, które bolą najbardziej. Tak jak dotyka się skóry, na której zostały ślady po czymś, czego nie da się już cofnąć.

Czasem mam wrażenie, że moje wnętrze jest zrobione ze szkła. Że wystarczy jeden nieuważny ruch, jedno pytanie zadane zbyt blisko, a wszystko rozsypie się na podłogę. I zostanę tam — wśród własnych drzazg — próbując udawać, że nic się nie stało.

Od kilku dni czuję zapach kwiatów, choć nie ma ich nigdzie. Jakby coś we mnie próbowało się pożegnać, zanim zdążę to nazwać. Jakby ciało wiedziało wcześniej, że nadchodzi moment, którego nie da się już odsunąć na później.

Ta piosenka… Ona nie gra w tle. Ona gra we mnie. W tym miejscu, które zna słodycz pomieszaną z bólem. W tym miejscu, gdzie miód potrafi mieć posmak krwi, a to, co miało być bezpieczne, nagle staje się obce.

I widzę ten obraz: nad naszym wspólnym miejscem — tym, które kiedyś było domem, a dziś jest tylko pęknięciem — coś tańczy. Może wspomnienie. Może echo. Może my, ale już nie tacy sami.

A potem przychodzi to jedno zdanie, powtarzane jak oddech: ta potrzeba, żeby ktoś wreszcie wiedział. Żeby prawda nie musiała już dusić od środka. Żeby nie trzeba było udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.

I to wyznanie — ciche, ale najcięższe — że można być gotowym oddać siebie do końca. Nie dramatycznie. Nie teatralnie. Tylko tak naprawdę: położyć na dłoni ostatnią siłę, ostatni spokój, ostatni oddech, żeby ktoś inny mógł zostać cały.

Może dlatego ta piosenka tak we mnie pracuje. Bo przypomina, że czasem ostatni walc tańczy się nie z kimś, ale ze sobą. W ciszy. W półmroku. W miejscu, gdzie nikt nie widzi, jak drżą ręce.

A teraz chcę powiedzieć coś, co mówię też szeptem, ale z pełnią serca:

Dziękuję, że jesteście. Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie. Że potraficie czytać mnie tam, gdzie słowa dopiero się rodzą. Że siadacie obok, kiedy milknę — jakby milczenie też było rozmową. Że nie próbujecie mnie naprawiać, tylko widzicie człowieka, nie historię.

To Wasza obecność sprawia, że te wszystkie drzazgi nie ranią już tak głęboko. Że mogę oddychać trochę spokojniej. Że mogę wracać — do siebie, do pisania, do życia.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć, informacje są w zakładce „Jak pomóc”. Twoja obecność już jest światłem. Każdy gest ponad to — naprawdę pomaga mi iść dalej.

Wasza, Monika

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz