„Otwieram oczy, idę / widzę na jeden metr /
skoszona trawa, nudny dzień...”
Znasz to uczucie, kiedy życie przypomina spacer
we mgle? Widzisz tylko jeden krok przed sobą. Idziesz, bo trzeba. Bo tak
wypada. Bo ciało i głowa nauczyły się powtarzać te same ruchy każdego dnia.
Monotonia staje się bezpieczna, a jednocześnie dławiąca.
Przez lata myślałam, że moje największe bitwy to
te, które toczę ze światem: z barierami, z codziennością, z opiniami ludzi.
Dopiero z czasem zrozumiałam, że prawda jest o wiele bardziej bolesna.
Najtrudniejszą walkę toczę codziennie sama ze
sobą.
Świat czuję za
mocno, a siebie widzę za mało
Jestem osobą, która czuje wszystko intensywniej.
Moja wrażliwość i empatia pozwalają mi rozumieć ból innych, wspierać ich, być
dla nich. To piękna cecha — ale też miecz obosieczny.
Bo kiedy masz w sobie ocean empatii dla świata, a
jednocześnie zmagasz się z niską samooceną, zaczynasz grać w grę, której nie da
się wygrać.
Innym dajesz prawo do błędów, słabości, potknięć.
Sobie — odmawiasz wszystkiego.
Niska samoocena działa jak filtr: każde dobre
słowo od innych zamienia w przypadek, a każde potknięcie w dowód na to, że
jesteś niewystarczająca. I tak zaczyna się cicha wojna, której nikt nie widzi.
Niewidzialna
walka i ból cudzej oceny
Codziennie walczę o rzeczy, o których mało kto ma
pojęcie. O wstanie z łóżka. O zrobienie kroku. O przetrwanie dnia w świecie,
który nie jest dostosowany ani do mojej wrażliwości, ani do mojego ciała.
To wysiłek, który wyczerpuje mnie do szpiku
kości.
A najbardziej boli jedno: ludzie widzą tylko
to, czego NIE robię.
Nie widzą godzin walki z bólem. Nie widzą
przełamywania lęków. Nie widzą milczących zwycięstw, które odnoszę każdego
dnia. Widzą za to każdy moment, kiedy odpuszczam. Każdą nieobecność. Każde „nie
mam siły”.
Oceniają mnie przez pryzmat tego, czego im nie
dałam — nie tego, ile mnie kosztowało, by w ogóle spróbować.
Strachy, które
trzymają za kark
„Weszłam na jedną chwilę / zostałam kilka lat /
strachy trzymały mnie za kark...”
Lęki są jak cienie. Wchodzisz w nie „na chwilę”,
pozwalasz sobie na jeden moment zwątpienia, jedną myśl, że nie pasujesz, że
jesteś gorsza, że nie spełniasz oczekiwań. A potem budzisz się po latach i
widzisz, że te strachy trzymają cię mocno za kark i nie pozwalają spojrzeć w
górę.
Moim największym przeciwnikiem nie jest pech.
Jest nim ten cichy, destrukcyjny głos we mnie, który szepcze:
„Nie dasz rady.”
„Po co próbujesz, skoro i tak nikt tego nie doceni.”
„Bezpieczniej będzie zniknąć.”
To właśnie dlatego chodzę na terapię. Bo wiem, że
sama nie uniosę wszystkiego. Terapia uczy mnie oddzielać fakty od lęków,
realność od katastroficznych wizji, moje prawdziwe „ja” od tego, co podpowiada
mi strach.
To proces długi, czasem bolesny, czasem
wyczerpujący — ale konieczny, jeśli chcę odzyskać siebie.
Walka z własnym sabotażystą to starcie bez
publiczności. Nikt nie widzi rund, które przegrywam wieczorami. Nikt nie bije
braw, gdy rano mimo wszystko wstaję i idę dalej.
Taniec, z
którego pora się wypisać
„Wiem, że nie chcę się już dłużej bać / nie chcę
tańczyć do melodii, którą znam...”
Najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, gdy
uświadamiasz sobie, że tańczysz do melodii, którą znasz aż za dobrze. Melodii
przepraszania za to, że żyjesz. Melodii udowadniania swojej wartości. Melodii
przejmowania się ludźmi, którzy nie mają pojęcia o Twoim codziennym heroizmie.
Przełom nie następuje wtedy, gdy świat zacznie
zauważać Twój wysiłek.
Przełom następuje wtedy, gdy tę ogromną empatię,
którą masz dla innych, w końcu kierujesz w stronę samej siebie.
Kiedy mówisz: DOŚĆ.
Przestaję tańczyć do melodii oczekiwań. Doceniam
swoje małe-wielkie kroki, nawet jeśli dla kogoś są niewidoczne. Wolę potknąć
się na nowej drodze jako osoba, która walczy o siebie, niż idealnie maszerować
w miejscu, które mnie niszczy.
I wiem, że przede mną długa droga. Terapia,
zmiana nawyków myślenia, uczenie się łagodności wobec siebie — to proces, który
wymaga czasu. Ale po raz pierwszy od dawna czuję, że idę w dobrą stronę.
Otwieram oczy.
Idę.
„Jestem wolny / już mnie porwał wiatr / daleko,
gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd”
Wygrana w walce ze sobą nie oznacza, że ból
znika. Oznacza, że przestajesz pozwalać mu prowadzić Cię za rękę.
Kiedy w końcu podajesz dłoń samej sobie — tej
wrażliwej, wojowniczej, zmęczonej, ale upartej wersji — krajobraz zaczyna się
zmieniać. Nudny dzień ustępuje miejsca dobrym dniom. Mgła się przerzedza. Trawa
znów robi się zielona.
Zamiast patrzeć tylko na jeden metr przed sobą,
zaczynasz spoglądać w gwiazdy.
Otwieram oczy. Idę. I choć moja niewidzialna
walka będzie trwać, to dziś wiem jedno:
Widzę swój wysiłek.
Widzę drogę, którą już przeszłam.
Widzę tę, która jeszcze przede mną.
I to wystarczy, by iść dalej z podniesioną głową.
Dziękuję, że
jesteście
Dziękuję Wam, że po prostu tu jesteście.
Że czytacie to milczenie w moich dłoniach.
Że pozwalacie mi wychylać się ze skorupy — powoli, bez lęku.
Wasza
Monika
PS. Jeśli chcesz mi pomóc:
Wszystkie informacje o tym, jak możesz mnie wesprzeć, znajdziesz w zakładce „Jak
pomóc” na blogu.