piątek, 6 listopada 2026

Tylko ja — opowieść o odejściu, które staje się początkiem


 Czasem świat naprawdę pęka na pół.

Nie dlatego, że ktoś go rozbił, ale dlatego, że serce wreszcie przestało udawać, że uniesie wszystko. Bywa, że miłość zamienia się w cichą wojnę — taką, w której nie ma zwycięzców, tylko zmęczenie, które osiada na skórze jak kurz po bitwie.

I wtedy przychodzi ten moment. Nie spektakularny, nie dramatyczny. Raczej taki, w którym człowiek po prostu… przestaje walczyć o coś, co od dawna walczy tylko z nim.

Wychodzisz więc z tego pola bitwy. Powoli. Z oddechem, który pierwszy raz od dawna nie boli. I nagle widzisz, że świat wcale nie jest podzielony na dwa serca. Że istnieje przestrzeń, w której możesz rozkwitnąć sama — nie z przekory, nie z dumy, ale z potrzeby ocalenia siebie.

Idziesz dalej. W słońcu, które wreszcie dotyka Cię jak sprzymierzeniec. Wśród kwiatów, które śmieją się razem z Tobą. Wśród liści, które migoczą jak małe lampki nadziei. I w tym wszystkim jest coś pięknego — bo choć odchodzisz sama, zostawiasz w świecie delikatny ślad światła. Tak jakbyś mówiła: „Jeśli kiedyś zechcesz mnie odnaleźć, będę tam — w tym błysku, który prowadzi do spokoju.”

To nie jest historia o ucieczce. To historia o powrocie. Do siebie. Do własnego głosu. Do życia, które nie musi być walką.

I choć droga bywa samotna, jest też prawdziwa. A prawda zawsze świeci najmocniej.

💛 Dziękuję, że jesteście ze mną

Każdy Wasz gest, każde słowo, każda obecność — to dla mnie więcej, niż potrafię ubrać w zdania. To dzięki Wam mam odwagę opowiadać te historie, nawet te najtrudniejsze.

🙏 Jeśli możecie — zostańcie dalej

Wasze wsparcie naprawdę niesie. Pomaga mi tworzyć, oddychać, iść naprzód. A ja obiecuję, że będę tu — z kolejnymi opowieściami, światłem, które czasem drży, ale nigdy nie gaśnie.

wtorek, 3 listopada 2026

Kotka na gorącym dachu. Opowieść o tej, która wraca nocą

 

Noc ma w sobie coś, czego dniu zawsze brakuje — ciszę, która nie ocenia, i ciemność, która nie pyta o dokumenty, diagnozy ani sprawność.

Noc po prostu przyjmuje. A ja… ja w tej nocy żyję pełniej niż gdziekolwiek indziej.

Kiedy księżyc wspina się po niebie, czuję, jak świat mięknie. Jakby ktoś uchylał przede mną drzwi, których za dnia nie mogę otworzyć. Moje ciało — to, które czasem boli, czasem protestuje, czasem mówi „nie dam rady” — w nocy staje się lżejsze. Nie dlatego, że cudownie zdrowieję. Dlatego, że noc nie wymaga ode mnie udowadniania czegokolwiek.

I wtedy pojawia się ona. Ta część mnie, którą nazywam kotką na gorącym dachu.

Nie chodzi. Nie maszeruje. Ona sunie. Po granicach, po krawędziach, po tym, co możliwe i niemożliwe. Po moich lękach i mojej odwadze.

Za dnia jestem kobietą, która musi planować każdy ruch, każdy transfer, każdy krok, którego nie zrobię. Ale nocą… Nocą jestem tą, która potrafi wspiąć się na dach własnych ograniczeń i spojrzeć na świat z góry.

Kotka nie pyta, czy warto. Kotka wie, że warto.

Bo życie z niepełnosprawnością to nieustanne balansowanie — między bólem a zachwytem, między zmęczeniem a uporem, między tym, co mnie zatrzymuje, a tym, co mnie pcha dalej. I właśnie dlatego ta kotka jest we mnie. Jest moją zuchwałością. Moim „a jednak”. Moim „patrz, potrafię”.

Kto raz spojrzy jej w oczy, ten już nie prześpi spokojnie nocy. Bo w tych oczach jest prawda: że można być kruchą i drapieżną jednocześnie, zmęczoną i niepokonaną, zranioną i wciąż gotową wracać.

A kiedy o świcie znika, zostawia po sobie ślad. Czasem pazur. Czasem myśl, która nie daje spokoju. Czasem odwagę, której za dnia tak bardzo potrzebuję.

Więc jak będzie? Wejdziesz ze mną na ten dach? Tam, gdzie strach miesza się z wolnością, a noc pachnie obietnicą, że jeszcze nie wszystko stracone.

Bo jeśli tak — ja już czekam. Ta kotka. Ta ja.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Twoje wsparcie — słowem, udostępnieniem, obecnością — naprawdę pomaga mi tworzyć, żyć i walczyć o swoją codzienną niezależność. Wszystkie formy pomocy znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

poniedziałek, 2 listopada 2026

Tam, gdzie kończą się ścieżki.

 


Są ludzie, którzy całe życie idą po cudzych śladach.
Powtarzają słowa, które nie są ich.
Gonią za cieniami, które nigdy nie staną się ich własnym światłem.

Ja już wiem, że to nie moja droga.
Nie bawi mnie gonitwa, w której nie ma mnie.
Nie chcę być odbiciem czyjegoś kroku.
Wolę zatrzymać się, odetchnąć i ruszyć tam, gdzie nikt jeszcze nie postawił stopy.


Mój szlak zaczyna się tam, gdzie kończą się wszystkie drogi

To miejsce nie ma drogowskazów.
Nie ma map.
Nie ma przewodników, którzy powiedzą: „tędy”.

A jednak właśnie tam czuję, że jestem u siebie.
Tam, gdzie serce gra cicho, ale pewnie.
Gdzie dusza wreszcie nie musi udawać, że zna tempo narzucone przez świat.

Kiedy gubię krok — słucham.
Kiedy trop się urywa — wracam do siebie.
Bo tylko wewnętrzny kompas wie, dokąd naprawdę chcę dojść.


Zdobędę swój ląd

Nie dlatego, że muszę.
Nie dlatego, że ktoś czeka na mój sukces.
Ale dlatego, że chcę stanąć na ziemi, którą sama odkryłam.

Pierwsza.
Jedyna.
W zgodzie ze sobą.

Wbiję maszt tam, gdzie moje serce powie „to tutaj”.
Nie po to, by zaznaczyć teren, ale by przypomnieć sobie, że mam prawo do własnego miejsca na świecie.


Jeśli kiedyś mnie szukasz

Nie znajdziesz mnie w tłumie.
Nie znajdziesz mnie na skrzyżowaniach, gdzie wszyscy biegną w tę samą stronę.

Spotkasz mnie tam, gdzie cisza ma swój rytm.
Gdzie serce gra na duszy jak na instrumencie, który zna tylko jedną melodię — moją.

A jeśli zgubisz krok, jeśli coś Cię zmyli, jeśli świat stanie się za głośny —
posłuchaj cichych nut.
One zawsze prowadzą do domu.


A jeśli odważysz się pójść swoją drogą

Może i Ty znajdziesz miejsce, którego nie ma na żadnej mapie.
Może odkryjesz swój ląd.
Może wbijesz swój maszt.

Bo każdy z nas ma w sobie przestrzeń, która czeka, aż ktoś wreszcie powie:
„To moje”.



niedziela, 1 listopada 2026

Kiedy jedno słowo unieważnia wszystko. O mitach „godzenia się” z niepełnosprawnością



Czasami wystarczy jedno bezmyślne słowo, żeby cały trud włożony w uświadamianie innych na chwilę opadł, zostawiając po sobie poczucie ogromnej bezsilności.
Niedawno opublikowałam na fanpage’u post z okazji dnia poświęconego świadomości o przepuklinie oponowo-rdzeniowej. Tworzę tę przestrzeń po to, by edukować, pokazywać prawdę o naszej codzienności, przełamywać tabu i uświadamiać, jak naprawdę wygląda życie z tym schorzeniem. W odpowiedzi na ten materiał spotkałam się jednak z podejściem, które w kontekście wrodzonej niepełnosprawności jest nie tylko skrótem myślowym, ale przede wszystkim czymś głęboko krzywdzącym: z radami, że „trudno, trzeba się po prostu pogodzić”.
Z chorobą dawno się pogodziłam
Kiedy słyszę takie teksty, czuję się po prostu zlekceważona. Bo prawda, o której rzadko mówi się głośno, jest taka: ja ze swoją chorobą dawno się pogodziłam.
Przepuklina oponowo-rdzeniowa jest częścią mnie. Oswoiłam ją, znam granice swojego ciała i żyję z nim najlepiej, jak potrafię, każdego dnia na własnych warunkach. Nie wstydzę się jej, nie walczę z samym faktem, że ją mam – ja z nią po prostu żyję.
Wszystko to, co pokazuję tutaj – kulisy ciężkiej rehabilitacji, trudniejsze momenty, gorsze dni, ale też chwile z mojego prywatnego życia – nie ma na celu wzbudzania litości. To nie jest „użalanie się nad sobą”. To czysta, codzienna edukacja. Chcę pokazać Wam, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy osoby z niepełnosprawnością, z jakimi niewidocznymi barierami mierzymy się na każdym kroku i o jak wielką niezależność musimy walczyć.
Wygodna wymówka zamiast empatii
Teksty o tym, że „trzeba się pogodzić”, rzucone ot tak, stają się dla otoczenia wygodną tarczą. Są cichym sygnałem: „nie marudź, siedź cicho, bo i tak nic się nie zmieni”.
Zgoda na własną diagnozę to jedno, ale zgoda na obojętność świata, brak dostępności i spychanie osób z niepełnosprawnościami na margines to zupełnie inna historia. Kiedy ktoś w taki sposób reaguje na moją szczerość, unieważnia całą tę pracę i edukację, którą tu na co dzień prowadzę. Nie potrzebuję dobrych rad, jak żyć z własnym ciałem. Potrzebuję szacunku, partnerstwa i tego, żeby nikt nie odbierał mi głosu.
Realna pomoc zamiast dobrych rad
Walka o samodzielność, sprawność i godne życie to koszty, których po prostu nie da się ominąć. To ciągła, kosztowna rehabilitacja, leczenie i sprzęt.
Dlatego jeśli chcesz realnie wesprzeć moją drogę i to, co tutaj robię – zamiast dobrych rad i machania ręką – wybierz konkret. Możesz przekazać mi 1,5% podatku lub wesprzeć moją zbiórkę darowizną. Dla mnie to realna pomoc w codziennej walce o lepszą sprawność.
• KRS: 0000387207
• Cel szczegółowy: 232 Monika Mosór (Fundacja „Serca dla Maluszka”)
• Link do zbiórki:sercadlamaluszka.pl/podopieczny/monika-mosor/
Nie zbywajmy się wzajemnie. Zobaczcie, jak wygląda ta rzeczywistość naprawdę, i zacznijmy w końcu rozmawiać poważnie.