sobota, 5 września 2026

Dom, który trzaska tak jak ja


Nasz drewniany dom trzaska od wiatru, ale ja wiem, że to nie wiatr jest najgłośniejszy.
Najgłośniejsze są te momenty, kiedy próbuję podnieść ciało, które nie chce współpracować.
Kiedy każdy ruch jest jak rozrywanie szwów, które i tak nigdy się nie zrosły.

Czasem mam wrażenie, że pękam od środka.
Nie spektakularnie.
Nie dramatycznie.
Tylko tak, jak pęka coś, co było zbyt długo przeciążone.
Cicho.
Powoli.
Nieodwracalnie.

Moje ciało to pole bitwy, na którym walczę codziennie.
Nie o zwycięstwo — o centymetr.
O to, żeby usiąść.
Żeby sięgnąć.
Żeby oddychać bez zaciskania zębów.

Są dni, kiedy nawet dotyk jest za ciężki.
Kiedy skóra pamięta każdy ból, każdy upadek, każdy zabieg, każde „proszę się rozluźnić”, którego nie da się spełnić.
Są dni, kiedy przelewam się przez własne ręce,
jakbym była zrobiona z wody, a nie z kości.

Świeca drży.
Ten mały płomień, który nie powinien już świecić, a jednak się upiera.
Oświetla moje pęknięcia, moje zmęczenie, moje „nie dam rady”, które chowam pod uśmiechem.
Oświetla prawdę, której nie chcę widzieć:
że czasem jestem zmęczona byciem silną.
Że czasem chciałabym po prostu przestać walczyć, choć wiem, że nie mogę.

Tu mieszkanie, tu ściana, tu mieszkamy.
Ale ja wiem, że mieszkam też w swoim ciele —
a ono nie zawsze jest domem.
Czasem jest więzieniem.
Czasem polem minowym.
Czasem miejscem, które kocham i nienawidzę jednocześnie.

Z boku wszystko wygląda normalnie.
Zwykłe życie.
Zwykłe ściany.
Zwykłe dni.
A ja wiem, że każdy dzień to balansowanie na granicy bólu,
na granicy wytrzymałości,
na granicy, której nikt nie widzi.

Pijemy czasem, żeby poczuć ciepło.
Żeby na chwilę zapomnieć, że moje ciało ma swoje granice,
a ja mam swoje tęsknoty.
Schylam się nad kielichem i czuję, jak każdy mięsień protestuje,
jakby nawet grawitacja była przeciwko mnie.
A jednak szukam na dnie resztek nadziei.
Resztek siebie.

Świeca dalej drży.
I dalej pokazuje prawdę, której nie chcemy widzieć.
Że czasem jest nam trudno.
Że czasem jest nam za ciężko.
Że czasem trzymamy się tylko dlatego, że nie umiemy puścić.


Dziękuję, że tu jesteś

Dziękuję Ci za to, że czytasz te słowa, choć są surowe jak rana, która nie chce się zagoić.
Za to, że nie odwracasz wzroku, kiedy mówię o bólu.
Za to, że potrafisz być obok — nie z litości, tylko z człowieczeństwa.
Za to, że Twoja obecność jest jak ciepła dłoń na moim ramieniu:
nie naprawia świata, ale sprawia, że łatwiej go unieść.

Twoja obecność naprawdę mnie podnosi.
Czasem bardziej niż cokolwiek innego.


Jeśli chcesz mnie wesprzeć

Jeśli czujesz, że chcesz pomóc mi dalej iść —
nie tylko słowem, ale też realnym wsparciem,
wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”.

To dla mnie ogromnie ważne.
Każdy gest, każda złotówka, każde udostępnienie
to dla mnie kawałek tlenu.

Dziękuję, że jesteś.
Naprawdę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz