sobota, 4 lipca 2026

Bez boju

Są takie relacje, które wchodzą w krew. Dosłownie.
Takie, które najpierw smakują jak wino — gęste, słodkie, obiecujące —
a potem nagle odkrywasz, że pijesz je już tylko po to, żeby przetrwać kolejny dzień.
Żeby zagłuszyć to, czego nie chcesz nazwać po imieniu.

Czasem człowiek patrzy w czyjeś oczy i widzi w nich wszystko:
zaproszenie, obietnicę, zagrożenie, uzależnienie.
One wołają, ciągną, prowadzą…
A Ty idziesz, choć wiesz, że to droga bez powrotu.

I nagle łapiesz się na tym, że nie rozumiesz już siebie.
Że nie potrafisz zatrzymać ani siebie, ani tej drugiej osoby.
Że dziś boli bardziej niż wczoraj, a jutro może nie być lżejsze.
Że tęsknisz nawet wtedy, kiedy powinnaś wreszcie odetchnąć.

Ale jest w tym wszystkim jedna rzecz, której nie oddasz.
Jedna, która trzyma Cię przy życiu, nawet kiedy ktoś wypił z Ciebie wszystko,
co miałaś najdelikatniejszego.

Nie poddasz się bez walki.
Nie tym razem.
Nie za cenę siebie.

Możesz nalać wina — sobie, jemu, światu.
Możesz jeszcze raz spróbować zrozumieć, jeszcze raz dotknąć, jeszcze raz uwierzyć.
Ale nie oddasz już swojego życia komuś, kto nie umie go unieść.
Nie oddasz swojej krwi komuś, kto nie potrafi jej uszanować.

Bo nawet jeśli ktoś zabrał Cię całą,
to Ty wciąż możesz odzyskać siebie.

I to jest ta walka, której nie odpuścisz.
Nie zrezygnujesz z siebie.
Nie tym razem.
Nie bez boju.


Dziękuję, że tu jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, przerwę między słowami.
Że czytacie mnie tak, jak czyta się wiatr: nie oczami, lecz uważnością.

Dziękuję za obecność, która nie domaga się wyjaśnień.
Za czułość, która nie potrzebuje dekoracji.
Za to, że pozwalacie mi być — w pełnym świetle, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu.

Wasza
Monika

PS. Jeśli chcesz mnie wesprzeć:
Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.

1 komentarz: