wtorek, 13 października 2026

Kiedy burza mówi głośniej niż myśli


 Są takie noce, kiedy świat nagle przypomina, że nic nie jest dane raz na zawsze.

Że nawet drewno, które przez lata niosło nas po wodzie, potrafi zaskrzeczeć pod naporem fal. Że pewność — ta, którą nosimy jak medal na piersi — potrafi zadrżeć, gdy sztorm uderzy w burtę zbyt mocno.

Wtedy wszystko, co wydawało się trwałe, zaczyna się chwiać. Jak sny o zazdrości o cudze skarby. Jak myśl, że mamy rację na wyłączność. Jak przekonanie, że morze zawsze będzie łaskawe.

Łódź, którą zbudowałam sama

Od miesięcy czuję, że stoję na brzegu własnego życia z biletem w dłoni, ale nogi nie chcą ruszyć. Moja łódź jest gotowa — zbudowana z lat doświadczeń, z walk, z uporu, z marzeń, które nie chciały umrzeć. Powinnam już dawno wyruszyć.

A jednak coś mnie zatrzymuje. Coś ściska gardło. Coś szepcze, że nie dam rady.

To strach. Ten cichy sabotażysta, który potrafi sparaliżować nawet wtedy, gdy serce krzyczy: „Płyń”.

Sztorm, który sprawdza intencje

Chwytam za ster. Widzę cel — wyraźny, bliski, niemal na wyciągnięcie ręki. Wierzę. Marzę. Idę w to całą sobą.

Ale sztorm ma swoje sztuczki. Zwodzi. Kusi. Próbuje zawrócić mnie z kursu. Fale uderzają jak wątpliwości, które wracają zawsze wtedy, gdy robi się naprawdę trudno.

A ja? Ja walczę. Nie tylko o siebie. Walczę o nas — o tę część mnie, która wciąż wierzy, że warto płynąć mimo wszystko.

Płynę

Może niepewnie. Może z drżącymi dłońmi. Może z sercem, które bije zbyt szybko.

Ale płynę.

Bo nawet jeśli burza krzyczy, a drewno pod stopami jęczy z wysiłku, to wiem jedno: każdy ruch steru, każdy oddech, każdy centymetr zdobytej wody przybliża mnie do miejsca, w którym chcę być.

I to wystarczy, by nie zawrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz