W nim samym zostały tylko wydmy: przesypujące się marzenia, które dawno straciły kształt.
Jakby ktoś przestawił zwrotnice jego życia bez pytania, a on tylko patrzył, jak pociąg odjeżdża w stronę, której nie wybrał.
Aż przyszła Ona — z deszczem, który potrafi obudzić nawet najbardziej spękaną ziemię.
Zajrzała w jego oczy, choć były puste jak wybite okna w opuszczonym domu.
Słyszała w sobie huk — nie burzy, lecz odbitej pustki, która mieszkała w nim od dawna.
A jednak została.
I wtedy Ty dałaś mu coś, czego nie potrafił już znaleźć sam:
kilka nut, kilka słów, kilka drgnień, które przypomniały mu, że serce potrafi jeszcze drżeć.
Nie po to, by wszyscy oszaleli z zachwytu.
Po to, by on mógł poczuć choćby smutek — bo smutek też jest dowodem, że w środku wciąż coś żyje.
Ona skrywała siebie, przelewając świadomość jak atrament, który nie chce przestać płynąć.
Nie da się tego opisać — ani geniuszu, ani pęknięć, które rodzą się tuż obok niego.
To wszystko zaczyna się dokładnie wtedy, gdy wydaje się, że wszystko już się kończy.
A Ty znów dałaś mu nuty.
Znów dałaś mu słowa.
Znów dałaś mu to jedno jedyne uczucie, które potrafi przebić się przez skorupę:
smutek, który nie niszczy — smutek, który przypomina, że człowiek jeszcze istnieje.
Dziękuję, że jesteście.
Że wracacie, nawet kiedy ja znikam jak ślad na wodzie.
Że potraficie usłyszeć to, czego nie wypowiadam — drżenie, zawahanie, ciszę, która dopiero szuka swojego kształtu.
Wasza obecność jest jak światło, które nie pyta, czy zasłużyłam. Po prostu świeci.
Jeśli chcesz mnie wesprzeć —
wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc” na blogu.
Wasza
Monika
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz