Są książki, po które sięgamy dla czystej rozrywki, i takie, które uderzają w nas z siłą taranu, bo dotykają strun, które sami nosimy głęboko w sobie. Kiedy wzięłam do ręki powieść Inmy Rubiales „Aż zabraknie nam gwiazd”, myślałam, że to będzie kolejna ładna, urocza młodzieżówka. Los jednak sprawił, że ta historia trafiła do mnie w wyjątkowy sposób. Jako osoba, która od urodzenia z powodu przepukliny oponowo-rdzeniowej i innych schorzeń toczy codzienną walkę o niezależność, mniejszy ból i godność, patrzę na literaturę przez pryzmat własnych doświadczeń. I muszę Wam powiedzieć jedno: ta książka totalnie rozbiła mnie na kawałki, ale też w niesamowity sposób podniosła na duchu.
O czym jest ta historia?
Fabuła skupia się wokół dwójki młodych ludzi, z których każdy niesie na swoich barkach ogromny, przytłaczający ciężar. Liam i Maya spotykają się w momencie, gdy ich światy wydają się rozpadać. Maya zmaga się z bolesną przeszłością, która zamyka ją w klatce strachu, z kolei Liam ukrywa swoje własne demony i ból pod maską obojętności. Tytułowe „gwiazdy” stają się dla nich symbolem nadziei – obietnicą, że nawet po najciemniejszej nocy w końcu może wzejść słońce.
Dlaczego ta historia tak bardzo mną wstrząsnęła?
• Prawdziwy, nieprzerysowany ból: Doskonale wiem, czym jest ciało, które odmawia posłuszeństwa, i codzienność pełna ograniczeń. W literaturze często irytuje mnie, gdy cierpienie jest traktowane powierzchownie. U Inmy Rubiales jest inaczej. Maya i Liam to postacie z krwi i kości. Autorka z ogromną wrażliwością opisuje walkę z lękiem, poczuciem winy i stratą. Czytając to, czułam ten ich wewnętrzny chłód, ale też niesamowitą wolę życia – tę samą, która każe mi codziennie walczyć na materacu rehabilitacyjnym o każdy mały postęp.
• Miłość, która nie jest magią, ale obecnością: Najpiękniejsze w relacji bohaterów jest to, że oni nie ratują się nawzajem jak jacyś superbohaterowie. Ich uczucie nie leczy ran za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oni po prostu są obok. Pokazują sobie nawzajem, że można krwawić, można mieć gorszy dzień i nie trzeba przed nikim udawać idealnego. Ich relacja rodzi się powoli, w bólach i z potknięciami. To droga przez małe zwycięstwa i uśmiech, który pojawia się mimo wszystko – tak bliska mojemu własnemu życiu.
• Niesamowity ładunek emocjonalny: Sposób, w jaki autorka opisała proces odzyskiwania siebie, trafia prosto w serce. Były momenty, kiedy musiałam odłożyć książkę, wziąć głęboki oddech i po prostu to przetrawić. Ta książka przypomina, że nie jesteśmy tylko swoimi diagnozami czy problemami – jesteśmy ludźmi z marzeniami, uczuciami i ogromną chęcią życia.
Drobne minusy
Dla niektórych tempo akcji w środkowej części może wydać się nieco wolniejsze. Autorka mocno skupia się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, przez co warstwa psychologiczna dominuje nad dynamicznymi zwrotami akcji. Jeśli jednak szukasz w literaturze prawdziwych, głębokich emocji, a nie pośpiechu, nie będzie to dla Ciebie żadną wadą.
Podsumowanie
„Aż zabraknie nam gwiazd” to poruszająca, mądra i do głębi podnosząca na duchu lektura. Pokazuje, że choć nie zawsze mamy wpływ na to, z czym przychodzi nam się mierzyć, to od nas zależy, czy pozwolimy, by trudności całkowicie nas zdefiniowały.
Dla mnie to była niesamowicie osobista podróż przez ciemność w poszukiwaniu choćby najmniejszego promyka światła. Przygotujcie kocyk, dużą paczkę chusteczek i nastawcie się na to, że ta historia zostanie z Waszymi sercami na bardzo, bardzo długo.
Moja ocena: Podwójne 10/10 za emocje i autentyczność!
P.S. Jeśli moja codzienna walka jest Wam bliska i chcielibyście dowiedzieć się, jak możecie mnie w niej wesprzeć, wszystkie szczegółowe informacje znajdziecie w zakładce „Jak pomóc”. Z góry dziękuję za każdą dobrą myśl i obecność!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz