Czasem mam wrażenie, że każdy z nas próbuje poskładać siebie jak papierowy model.
Z linii, które ktoś kiedyś narysował za nas. Z miejsc, które pamiętają każde zagięcie. Z prób, które miały być ostateczne, a okazały się tylko szkicem.
Zaginamy się więc i składamy — raz w pół, raz w poprzek, raz pod światło. Próbujemy dopasować się do własnego życia, do własnych ran, do własnych marzeń. A jednak coś wciąż odstaje, coś trzeszczy, coś nie chce się domknąć.
Bywa, że udajemy dom. Budujemy ściany z pozorów, zapalamy światło z nadzieją, że ogrzeje to, czego nie umiemy nazwać. A potem nagle orientujemy się, że to wszystko dymi nami — naszym lękiem, naszym przemilczeniem, naszym zmęczeniem byciem „jak trzeba”.
I wtedy zatrzymujemy się w pół kroku. Miasto za nami jakby przestaje istnieć, a przed nami tli się coś uparcie — małe, ciche, ale żywe. Jakby przypominało, że jeszcze nie wszystko jest stracone.
Czasem pukam do drzwi, które już dawno powinny się otworzyć. Do wspomnień, które próbuję odtworzyć jak akapit wyrwany z książki. Do siebie samej — tej sprzed lat, tej z wczoraj, tej, która jeszcze nie wie, że można inaczej.
I w tym wszystkim — w zawieszeniu, w półcieniu, w ciszy, która dopiero szuka swojego kształtu — jesteście Wy.
Dziękuję za Waszą obecność. Za to, że wracacie, nawet kiedy ja znikam w swoim własnym milczeniu. Za to, że potraficie czytać mnie nie oczami, lecz uważnością. Za to, że pozwalacie mi być człowiekiem, a nie tylko historią.
Jeśli chcesz mnie wesprzeć — wszystkie informacje znajdziesz w zakładce „Jak pomóc”. Twoja obecność już jest wsparciem. Ale jeśli możesz i chcesz zrobić krok więcej, tam znajdziesz drogę.
Monika
Wracaj do nas jak najczęściej! Czekam na każdy wpis, każdą obecność twą! 😘
OdpowiedzUsuń